Serce trenera Mieczysława

21 sierpnia 2018 § Dodaj komentarz

Gdyby serce mogło myśleć, przestałoby bić.
Fernando Pessoa

Serce trenera Mieczysława nie wytrzymało, pękło; inaczej być nie mogło, nie. Jak to było w istocie, jak to było wówczas, gdyśmy przez pierwsze dwanaście minut bohatersko stawiali opór zmasowanej ofensywie – od pierwszej minuty, od pierwszego gwizdka szpakowatego arbitra z idealnym, jak to pamiętam, przedziałkiem pośrodku czaszki i niechlujnym, niejako dla równowagi, wąsie, arbitra najpewniej zdegradowanego za takie czy inne grzechy, prawdziwe bądź wyimaginowane grzechy, zdegradowanego na nasz poziom z wyższej klasy rozgrywkowej – gdyśmy więc w sposób heroiczny w pełnym tego słowa znaczeniu bronili się przez całe dwanaście minut przed regularnym naporem gospodarzy, wiceliderem szóstej ligi naszego okręgu, niecieszącym się najlepsza opinią, a raczej, dość eufemizmów, cieszącym się zupełnie zasłużoną złą sławą Tajfunem Żądzierz, jak to więc było wtedy, w tamtą dość mokrą, śliską niedzielę późnego października, chociaż bardzo lubiłem, gdy murawa jest śliska, mokra, nie tylko w październiku zresztą, otóż nie mogę już dziś, po tylu latach, dawać stuprocentowej rękojmi, że było tak, jak teraz to pamiętam, niemniej jestem przekonany, że serce trenera Mieczysława zamierając, pękając, wydało z siebie przerażający jęk – w istocie, serce trenera Mieczysława pękło. Skulony, w kłębek jakby zwinięty przez chwilę jeszcze zajmował miejsce na wąskiej ławeczce pod blaszanym daszkiem, wspartym na drewnianych słupkach, która to osobliwa całość stanowiła miejsce przeznaczone dla ekipy przyjezdnej, dla gości, czyli dla nas, którzy stawiliśmy się w Żądzierzy w sile trzynastu graczy, którzy stawiliśmy się w trzynastu pod przywództwem trenera Mieczysława w tamtą wilgotną niedzielę, pamiętam, że niebo od samego rana przypominało gąbkę, chmury były bardzo gąbczaste, o fantazyjnych, ale regularnych kształtach i od samego rana, można było odnieść takie wrażenie, jakaś systematyczna, choć niezbyt śpieszna ręka tę gąbkę wyżymała, jednak, jak już mówiłem, tego rodzaju aura zupełnie mi nie przeszkadzała, tego rodzaju aurę bardzo lubiłem, sprzyjała bowiem grze szybkiej, sprzyjała grze wślizgiem i była wręcz zaproszeniem do oddawania kąśliwych (po ziemi, to jest po trawie) uderzeń na bramkę, krótko mówiąc trener Mieczysław siedział, o ile wolno użyć tego właśnie słowa, siedział jeszcze przez moment na ławce rezerwowych drużyny gości, na naszej ławce, dziś złudzenie mi podpowiada, że siedział już jakby skurczony, pomniejszony, siedział jeszcze chwilę, po czym osunął się w przestrzeń pomiędzy blachę stanowiącą tylną ściankę tej niezbyt okazałej konstrukcji a krawędź ławeczki. Trener osunął się w przestrzeń, osunął i miał więcej już się nie podnieść, albowiem jego umęczone i zdruzgotane serce pękło i wydarzeniu temu, wspominałem już, towarzyszył przeraźliwy jęk.

Pękając, serce musiało zapłakać; wydało skowyt przeszywający powietrze, mknący poprzez jeszcze bujne drzewa, jeszcze tu i ówdzie zielone liście, lśniące zielenią spotęgowaną deszczem, liście ociekające obfitymi kroplami, błyszczące zielenią sprawiającą wrażenie świeższej, niż była naprawdę, natomiast tu i tam już liście brązowiejące, już pożółkłe i chyba ten skowyt bardziej, lepiej pasował do tej brązowiejącej żółci. I zamarło wszystko na moment w bezruchu, powadze i zaskoczeniu, zamarł kto żyw, obie ekipy, szpakowaty sędzia z przedziałkiem, że o wąsach nie wspomnę, uszanowała tę chwilę miejscowa publiczność, znana w naszej lidze, złą sławą owiana na wzór tych, których wspierali, może nie dopingiem, nie pieśnią popychającą ku zwycięstwu, nie rytmicznym skandowaniem, ale może winem, które spożywali z upodobaniem podczas niedzielnych rozgrywek na poziomie szóstej ligi, może raczej inwektywami, które bez zahamowań rzucano z trybun w kierunku aktualnego rywala, och, zaraz tam z trybun, z trzech rzędów ławek bez oparcia wokół boiska, a raczej, by ściśle to przedstawić, z trzech rzędów ławek bez oparcia ustawionych wzdłuż dwóch dłuższych boków prostokąta boiska, dość przyzwoitego, w miarę równego, z niezłą jak na ten szczebel rozgrywek infrastrukturą, tak więc uszanowała, dostrzegając ją, podniosłość chwili miejscowa publiczność, która stawiła się w tę deszczową niedzielę tamtego pamiętnego października w sile kilkudziesięciu gardeł i tyluż (zapewne więcej) butelek wina, i już nie było najmniejszych wątpliwości, że moment jest niezwyczajny, że moment jest dostojny, serce trenera Mieczysława zamarło, a zamierając wydało skowyt, zamierając pękło i pociągnęło w patos wszystko, co wokół, wszystko, co wokół boiska, tych trzech rzędów stanowiących, umówmy się, trybuny, gdzie zgromadzili się miejscowi, zatrzymało obie drużyny, arbitra, drzewa lśniące umykającą zielenią i już żółte, już brązowe fragmentami, ustał wiatr pośród drzew, tylko skowyt się wewnątrz listowia kołysał, zamarły pobliskie pola, teraz niczym rozpostarte płótna, niczym malowidła, jak ciche, nieruchliwe i smutne pejzaże, wszystko zamarło i wreszcie zamarło także niebo, deszcz ustał, gąbczaste chmury, wielkie, nabrzmiałe, przystanęły, wyhamowały, niebo nisko zawisło, wkrótce ustał i skowyt, nastała cisza, serce trenera Mieczysława nie wytrzymało, sponiewierane.

Reklamy

Bałtyk

9 sierpnia 2018 § Dodaj komentarz

Ona będzie moja, powiedział Horst, inaczej sobie tego nie wyobrażam; wakacje w ośrodku „Bałtyk”, jakaż inna nazwa lepiej by się tutaj nadawała – oczywiście, „Bałtyk” nie był jedynym ośrodkiem wypoczynkowym w Kormoranowie (nad Bałtykiem, rzecz jasna), o ile mnie pamięć nie zawodzi, a takie figle w ostatnim czasie to nic specjalnego, w każdym razie, być może przesadzam, w każdym razie pamięć harcuje ostatnio jakby częściej niż onegdaj, otóż o ile mogę polegać na mojej pamięci, a jestem na nią skazany, jest ona moim przeznaczeniem, że tak to ujmę bez głębszej dywagacji nad naturą destynacji jako takiej, zatem o ile mogę na nią liczyć, to tuż obok naszego ośrodka stał płaski i długi „Bursztyn”, nieco dalej – patrząc na morze, po lewej stronie – „Wiking”, wspierający się niemal na bliźniaczym „Gryfie”, choć raczej to oba się wzajem wspierały; z kolei po prawej stronie „Bałtyku” (wciąż z twarzą zwróconą ku morzu) sterczał brzydki, odrapany, obskurny nawet w tamtej epoce „Pirat”, o dziwo, gościła owa placówka największe zastępy turystów, no, może, z drugiej strony, aż tak dziwne to nie było, wreszcie jeszcze dalej po prawej, otoczony drewnianym płotem, jakby celowo odizolowany, takie przynajmniej podówczas odnosiłem wrażenie, nieco wycofany względem pozostałych obiektów świecił żółty, jak gdyby w słońcu skąpany „Sindbad” (wysoki, świecił mimo drewnianego płotu); oczywiście, „Bałtyk” nie stanowił jedynej noclegowni wczasowej w Kormoranowie, niemniej był, by tak rzec, spełnieniem i ukoronowaniem marzeń wcześniejszych i wyobrażeń, a także trwałym i realnym odniesieniem do tych młodzieńczych fantazji, które w tamtym czasie (w zasadzie, myślę niekiedy, czas się przecież nie kończy, nie przemija, to, co przeszło, nie jest mniej realne od tego, co przyjdzie tudzież od tego, co jest teraz, a więc mówiąc: w tamtym czasie – nie jestem precyzyjny) jeszcze były w nas obecne, drgały jeszcze, tętniły, we krwi i wraz z nią pulsowały, wyobrażeń o nadmorskiej kanikule, o urokach upalnych wakacji, zachodach słońca, lekkiej bryzie, dziewczętach w uwodzących strojach plażowych, a w śmielszych chwilach i bez nich, niechby i najbardziej uwodzących, bez nich również, tak, a może i najbardziej bez nich, o resztkach soli na opalonej skórze po morskiej kąpieli, kąpieli pod okiem – tak wierzyliśmy, taką mieliśmy nadzieję – najcudniejszych nimf, leniwie spoglądających z koców, spod parasoli, zza szkieł przeciwsłonecznych okularów i sponad parawanów, nimf o ciałach gładkich i jeszcze piękniej opalonych, w słońcu skąpanych, i zewsząd piski dzieci, podnieconych – piaskowe budowle – rozochoconych, dokazujących, i zewsząd okrzyki dzielnie przemierzających gorące piaski sprzedawców, dźwigających plecaki i przenośne lodówki, zewsząd okrzyki, że piwo, zimne piwo, gotowana kukurydza, zewsząd piski i okrzyki i nimfy wokół, taki był czas (ten, tamten; czas jest) i wyobrażenia, a wyobrażenia nie uległy, nie skapitulowały przed potęgą rzeczywistości, tamtego lata, tamtego pamiętnego lipca, żółtego lipca w ośrodku „Bałtyk”; nieśmiała bryza od morza i zapach olejków do opalania.

Ona będzie moja, powiedział Horst, inaczej sobie tego nie wyobrażam i wydaje mi się, że te słowa wisiały od dłuższej już chwili nad nami, gdyśmy siedzieli na tarasie restauracji w ośrodku „Bałtyk”. Jakże bezbronni jesteśmy niekiedy, ach, bezbronni jesteśmy zazwyczaj wobec słów i wobec zdarzeń, chociażby wobec zdarzeń i słów w potencji. Och, nieledwie przypadek – siła i teoria znacznie potężniejsza, znacznie ciekawsza, estetyczna bardziej i ludzka niż tak czy inaczej pojmowany determinizm, mimo wsparcia swej wulgarnej wzgardy – ileż to razy przypadek decyduje o tym czy o tamtym, decyduje o naszym życiu; słowa wisiały nad nami i słowa padły, co, rzecz oczywista, nie oznacza, że paść musiały. Nie wiem do dziś – może to szum wentylatora, okropny szum tego mechanizmu, który zlewał się ze zwyczajowym gwarem popołudnia, gorącym oddechem popołudnia na tarasie restauracji, może to wrzask mew, które za nic mając gniew wczasowiczów, uparcie krążyły, wznosząc się i opadając, nierzadko siadając na murku wokół tarasu, na maszcie, którego zwieńczenie obwieszczało możność kąpieli, względnie jej brak (flaga czarna, biała lub czerwona, w tamto popołudnie flaga najbielsza, zapraszająca, flaga kusząca), może to nawoływania plażowego naganiacza, werbującego chętnych na rejs tutejszym stateczkiem, stylizowanym na żaglowiec, może to wreszcie nieznośny zapach gotowanej kapusty, był nieziemski wprost upał, jak to pośrodku dorodnego lata, pełnego, napęczniałego, lata pulsującego słońcem i beztroską – po dziś dzień nie wiem, dlaczego te słowa padły, pomimo że mogły, naturalnie, acz w żadnym razie paść nie musiały. Słowa padają, i zdarzenia się dzieją, chociaż ni jedne, ni drugie nie są konieczne, nic o nich nie wiemy, póki się nie zdarzą bądź nie padną, póki nie skrzyżują ludzkich losów, pojedynczych egzystencji, które dotąd (póki słowa nie padły lub zdarzenia się nie dokonały) biegły równolegle, bez punktów stycznych (albowiem nic się nie dokonało jeszcze i żadne słowa nie zostały wypowiedziane, co więcej – nic powiedziane być nie musiało, nie było konieczne, by zdarzyło się cokolwiek, być może stąd, między innymi, wywodzi się nasza bezbronność); można nawet suponować, że równie wielka potencja drzemie w tym, co się nigdy nie stanie i nigdy nie zostanie powiedziane, choć zdarzyć się może i ma sposobność być wypowiedzianym. Niemniej to, czy słowa padną czy nie, czy zdarzenia się dokonają czy wręcz przeciwnie – nie będą mieć miejsca, jest zawsze poza ludzkim wyobrażeniem, jest niewidoczne i nieznane i tylko dzięki temu możliwe jest życie; nie ma konieczności, są przypadki, istoty ludzkie od nich zależą, tak właśnie, życie jest możliwością pośród przypadków, los się wije w labiryntach możliwości, zdarzenia się dzieją i równie dobrze nic się nie dzieje, czas nigdy się nie kończy i nie znika, słowa wzbierają i zostają wypowiedziane bądź pogrążone w milczeniu, przestworza potencji i wyspy tajemnic.

Lipiec

25 lipca 2018 § Dodaj komentarz

Drży jeszcze żółty lipiec, dogorywa, miesiąc złoty.

/zdjęcie – Nina Leen, 1950/

Spokojna twarz Marty (suplement)

18 lipca 2018 § Dodaj komentarz

Twarz miała zawsze, przynajmniej tak dziś to widzę, twarz miała zawsze spokojną. Rzecz oczywista, o twarzach wiele możemy powiedzieć: mogą być mniej lub bardziej zarysowane, solidne albo wątłe, drgające nieustannie bądź apatyczne, suche i nieme, a także odwrotnie – nieustannie rozedrgane i jakby wilgotne, zawsze żyjące, rozdokazywane; o twarzach możemy sporo powiedzieć, lecz o jej twarzy chcę rzec dziś właśnie to, że, jak gdyby, znajdowała się w nieustannym spokoju. Z dużym upodobaniem patrzyłem często na jej twarz, wszak z największym wtenczas, gdy miałem pewność – albo tak mi się tylko wydawało – że sam obserwuję, nie będąc jednocześnie obserwowanym. O szybsze bicie serca przyprawiały mnie jej nieledwie niewinne, neutralne i naturalne zarazem gesty, gdy, dajmy na to, odgarniała włosy z twarzy, w rezultacie zaczesując je palcami za uszy, jakże miły obraz, w zamyśleniu zastygała na dłuższy moment (odmierzałem czas do chwili, gdy w końcu zaczynała na powrót mrugać, trzepotać rzęsami, a rzęsy miała piękne, podkreślone czy kiedy indziej wcale niepodkreślone stosownym tuszem, tak myślę, że to tuszem się czyni, bo był czas, że widywałem ją regularnie, w różnych sytuacjach, ale rzęsy miała zawsze piękne, w owym trzepocie najpiękniejsze), niekiedy marszczyła czoło, znak, że jakowaś zgryzota, frasunek albo zwykłe pytanie ją nachodziły, to znów pocierała skronie, szukając koncentracji i wreszcie, kiedy uśmiechy spływały na jej usta i całą twarz spokojną – bo właśnie tak było, że raczej się uśmiechała – twarz spokojna pomimo i dzięki uśmiechom – uśmiechała się bardziej niż śmiała, nawet w radości jej twarz była spokojna, bardzo lubiłem patrzeć na jej spokojną twarz, najwyższe ukontentowanie, spokojna i piękna twarz Marty.

Kiedyś pofarbowała włosy na czarno, krócej je przycięła (lecz niezbyt krótko, wciąż mogła je pieścić, zaczesywać, modelować, a zwłaszcza za uszy odgarniać, jakże piękny widok, kosmyki i małżowina, teraz nieco krótsze kosmyki i czarne), ale twarz nieustannie ta sama, nieustannie spokojna; dobrze jej było również w czerni. Dobrze jej było i mnie również, kiedy miałem sposobność obserwować Martę, co, na pewno napomknąłem, czyniłem z przyjemnością; był czas, że miałem możliwość obserwować ją w miarę często. Naturalnie, podpatrywania nie ograniczały się li tylko do twarzy, mimo że twarz jej najbardziej pamiętam, pamiętam głównie; twarz miała spokojną, lecz również spokojnie, miękko i spokojnie chodziła, jej kroki miękkie i zmysłowe, w krótkiej spódniczce z rozcięciem na udzie, rajstopy, a jeszcze bardziej pończochy, powiedzmy, że szare, w sukience kremowej tudzież obcisłych dżinsach, bardzo pięknie chodziła, powabnie i czysto, rzekłbym, kobieco i naturalnie, szpilki, pantofle nawet jakby odrobinę dziecięce lub ciężkie buty z brązowej skóry, jeśli kroczyła pośród śniegów, jeśli zaspy omijała, co również szło jej miękko, szła miękko, chodziła; spokojne kroki pośród śniegów, spokojnie zanurza bose stopy w piasek nadmorski, w delikatne piaski plaży, z najwyższą gracją, spokojnie.

/fotografia – Jiří Růžek, 2017/

Szuflada i Mundial (pięć lat)

13 czerwca 2018 § Dodaj komentarz

A więc – Aldona grozi mi palcem, grozi, chyba z sympatią, nie wolno rozpoczynać zdania od tego przeklętego a więc, Aldona grozi mi palcem, czerwony lakier błyska w nikłym świetle poranka, matowe, mleczne szyby stołówki; przy sąsiednim stoliku Zuza sporządza mój portret: niby te barwy, niby wojenne akcesoria, no cóż, niepokojące moje oblicze na tym portrecie, niepokojąco podobne do Kaczora Donalda, Aldona grozi mi palcem z zaświatów – a więc się przyjdzie teraz wylogować (ordynarne słowo, będzie to później trzeba zrekompensować jakoś) z rzeczywistości, wziąć w nawias, czy może rzeczywistość zepchnąć na margines, oto bowiem nadchodzi, Mundial nastaje, wszystkie moje Mundiale wracają, niezmienna od lat ekscytacja i podniecenie.

Tymczasem to piąty rok mija, czternasty dzień czerwca, dwa tysiące trzynaście, przez okno wdziera się zapach krochmalu, chyba od magla, tak sądzę, teraz i zawsze to tylko szuflada, teraz naprawdę już tylko dla siebie, nadejdzie i było, inne słońce o piętnastej trzydzieści.

Pamiętasz, kto zacz – Olaf Ludwig?

Gęste sny (pocztówka rowerowa)

24 Maj 2018 § Dodaj komentarz

Sny gęstnieją – jeśli się śnią – mam wrażenie, że z każdą prześnioną nocą. Jeśli się śnią, powiedziałem, a przecież to staje się niemalże regułą; śnią mi się, gęste, męczące i – co gorsza – gdzieś kołacze się myśl o ich nieuchronności, że oto teraz, jeśli będą, a będą przecież coraz częściej, to będą zadręczać, niepokoić, jestem zatem na nie poniekąd skazany, skazany na sny gęste i męczące, nieuchronnie cykliczne, tak.

Nie potrafię nikogo wyprzedzić, choć staram się ze wszystkich sił; być może jest tak, że niewystarczająco się staram, bo absorbują mnie również inne kwestie, tuż obok, nade mną, wokół, tymczasem, tętni gdzieś we mnie takie przekonanie, całą uwagę, dostępne skupienie winienem skierować na tę prostą czynność: stopa, pedał, obrót, szybciej, do przodu. Niemniej, nie potrafię; wyprzedzają mnie i już w zasadzie godzę się z taką prawidłowością, porzucam myśl o jakimś dynamicznym zrywie, o jakiejś próbie choćby walki. Wyprzedzają, a ja się rozglądam, lustruję, z niedowierzaniem spoglądam na twarze tych, którzy mnie mijają, by za moment widzieć już tylko ich plecy.

Mijają mnie, twarze i plecy; Horst, na skrzypiącym, trzeszczącym rowerze, wiatr rozwiewa mu poły płaszcza; Wiola i Cyklamen, tandem, który dosiadają, wije się zygzakiem po czerni asfaltu niczym zaskroniec albo zdeformowana salamandra (żółte plamy ich kasków); Marta ze wzrokiem utkwionym przed siebie, nigdzie, skupiona, nienaganna fryzura. I innych przecież rozpoznaję, wszyscy mnie wyprzedzają, nikną mi najsampierw ich twarze, potem sylwetki, nikną; wreszcie lekarz od psów, ten pedałuje z niejakim mozołem, nie bez powodu, ciągnie bowiem doczepiony do czerwonego składaka wózek, w którym, zupełnie mnie to nie dziwi, w którym wsparty na przednich łapach, rozsiadł się był mój pies.

Przebudzenia nie są gwałtowne, być może takie bywają, lecz pamiętam i rejestruję jedynie te codzienne, jak mniemam, powtarzalne, ślamazarne do tego stopnia, że ich bezbarwność lub, lepiej będzie chyba tak to ująć, niewiarygodną szarzyznę, odczuwam niemalże fizycznie, niczym pieczenie skóry, jakieś nieporadne skurcze; można by zatem rzec, że jednak jakaś gwałtowność, ale nie – szara, nadgniła cykliczność wyklucza jakąkolwiek wyraźniejszą odmianę, wszystkie poranki są spowite w półmroku czy wręcz w ciemnościach; w skroniach, w pokoju, w powietrzu wreszcie, tak, wszędzie tętni indyferentność.

/zdjęcie – Robert Doisneau/

Wantuch: odświeżenie i brwi

2 Maj 2018 § Dodaj komentarz

Jakoś mnie się dziś Wacław Wantuch przypomniał; odświeżyć by trzeba artystę, myślę. I czytam chwilę później, że nowych aktów nie będzie, teraz retusze brwi będą.

Żadna goła baba nie podziękowała mi, że chlasnąłem jej zdjęcie na golasa. Bo dlaczego miałaby to robić?

(…)

Mój wujek był zapalonym wędkarzem i kiedyś złowił 16,5-kilogramowego szczupaka. Na zdjęciu stoi dumny z wielgachną rybą, która prawie dorównuje mu wzrostem. Po tym wydarzeniu powiedział: „Ja już większej ryby nie złowię”. I przestał łowić.

/zdjęcie: Wacław Wantuch; cytaty za krakow.wyborcza.pl, rozmowa artysty z Małgorzatą Skowrońską, sierpień 2017/