Szuflada i Mundial (pięć lat)

13 czerwca 2018 § Dodaj komentarz

A więc – Aldona grozi mi palcem, grozi, chyba z sympatią, nie wolno rozpoczynać zdania od tego przeklętego a więc, Aldona grozi mi palcem, czerwony lakier błyska w nikłym świetle poranka, matowe, mleczne szyby stołówki; przy sąsiednim stoliku Zuza sporządza mój portret: niby te barwy, niby wojenne akcesoria, no cóż, niepokojące moje oblicze na tym portrecie, niepokojąco podobne do Kaczora Donalda, Aldona grozi mi palcem z zaświatów – a więc się przyjdzie teraz wylogować (ordynarne słowo, będzie to później trzeba zrekompensować jakoś) z rzeczywistości, wziąć w nawias, czy może rzeczywistość zepchnąć na margines, oto bowiem nadchodzi, Mundial nastaje, wszystkie moje Mundiale wracają, niezmienna od lat ekscytacja i podniecenie.

Tymczasem to piąty rok mija, czternasty dzień czerwca, dwa tysiące trzynaście, przez okno wdziera się zapach krochmalu, chyba od magla, tak sądzę, teraz i zawsze to tylko szuflada, teraz naprawdę już tylko dla siebie, nadejdzie i było, inne słońce o piętnastej trzydzieści.

Pamiętasz, kto zacz – Olaf Ludwig?

Reklamy

Gęste sny (pocztówka rowerowa)

24 Maj 2018 § Dodaj komentarz

Sny gęstnieją – jeśli się śnią – mam wrażenie, że z każdą prześnioną nocą. Jeśli się śnią, powiedziałem, a przecież to staje się niemalże regułą; śnią mi się, gęste, męczące i – co gorsza – gdzieś kołacze się myśl o ich nieuchronności, że oto teraz, jeśli będą, a będą przecież coraz częściej, to będą zadręczać, niepokoić, jestem zatem na nie poniekąd skazany, skazany na sny gęste i męczące, nieuchronnie cykliczne, tak.

Nie potrafię nikogo wyprzedzić, choć staram się ze wszystkich sił; być może jest tak, że niewystarczająco się staram, bo absorbują mnie również inne kwestie, tuż obok, nade mną, wokół, tymczasem, tętni gdzieś we mnie takie przekonanie, całą uwagę, dostępne skupienie winienem skierować na tę prostą czynność: stopa, pedał, obrót, szybciej, do przodu. Niemniej, nie potrafię; wyprzedzają mnie i już w zasadzie godzę się z taką prawidłowością, porzucam myśl o jakimś dynamicznym zrywie, o jakiejś próbie choćby walki. Wyprzedzają, a ja się rozglądam, lustruję, z niedowierzaniem spoglądam na twarze tych, którzy mnie mijają, by za moment widzieć już tylko ich plecy.

Mijają mnie, twarze i plecy; Horst, na skrzypiącym, trzeszczącym rowerze, wiatr rozwiewa mu poły płaszcza; Wiola i Cyklamen, tandem, który dosiadają, wije się zygzakiem po czerni asfaltu niczym zaskroniec albo zdeformowana salamandra (żółte plamy ich kasków); Marta ze wzrokiem utkwionym przed siebie, nigdzie, skupiona, nienaganna fryzura. I innych przecież rozpoznaję, wszyscy mnie wyprzedzają, nikną mi najsampierw ich twarze, potem sylwetki, nikną; wreszcie lekarz od psów, ten pedałuje z niejakim mozołem, nie bez powodu, ciągnie bowiem doczepiony do czerwonego składaka wózek, w którym, zupełnie mnie to nie dziwi, w którym wsparty na przednich łapach, rozsiadł się był mój pies.

Przebudzenia nie są gwałtowne, być może takie bywają, lecz pamiętam i rejestruję jedynie te codzienne, jak mniemam, powtarzalne, ślamazarne do tego stopnia, że ich bezbarwność lub, lepiej będzie chyba tak to ująć, niewiarygodną szarzyznę, odczuwam niemalże fizycznie, niczym pieczenie skóry, jakieś nieporadne skurcze; można by zatem rzec, że jednak jakaś gwałtowność, ale nie – szara, nadgniła cykliczność wyklucza jakąkolwiek wyraźniejszą odmianę, wszystkie poranki są spowite w półmroku czy wręcz w ciemnościach; w skroniach, w pokoju, w powietrzu wreszcie, tak, wszędzie tętni indyferentność.

/zdjęcie – Robert Doisneau/

Wantuch: odświeżenie i brwi

2 Maj 2018 § Dodaj komentarz

Jakoś mnie się dziś Wacław Wantuch przypomniał; odświeżyć by trzeba artystę, myślę. I czytam chwilę później, że nowych aktów nie będzie, teraz retusze brwi będą.

Żadna goła baba nie podziękowała mi, że chlasnąłem jej zdjęcie na golasa. Bo dlaczego miałaby to robić?

(…)

Mój wujek był zapalonym wędkarzem i kiedyś złowił 16,5-kilogramowego szczupaka. Na zdjęciu stoi dumny z wielgachną rybą, która prawie dorównuje mu wzrostem. Po tym wydarzeniu powiedział: „Ja już większej ryby nie złowię”. I przestał łowić.

/zdjęcie: Wacław Wantuch; cytaty za krakow.wyborcza.pl, rozmowa artysty z Małgorzatą Skowrońską, sierpień 2017/

Na dachu, pośród osiedli

1 Maj 2018 § Dodaj komentarz

Siedzieliśmy z Horstem na dachu czteropiętrowego bloku na jedynym w Niezbaniewicach osiedlu, osiedlu XXX-lecia, osiem identycznych budynków, kiosk plus Delikatesy (tak to się podówczas nazywało – po prostu Delikatesy) i rząd złączonych betonem kilkunastu garaży, wtedy bowiem, takie były czasy, nie było problemów z parkowaniem, co więcej, nie pomylę się zanadto jeśli zawyrokuję, że każdy pojazd przypisany do tego osiedla miał swoje miejsce garażowe, ot i całe osiedle. Jeśli miałbym wskazać coś, sam nie wiem, co – cokolwiek – co najmocniej nie pasowałoby do Niezbaniewic, coś, co stanowiłoby wyłom, haniebną plamę na tle mojej uroczej miejscowości, nikczemny akcent zakłócający piękną melodię, w rytm której Niezbaniewice pulsowały dzień w dzień i noc w noc, och, zwłaszcza w noc, to bez cienia wątpliwości wskazałbym na to osiedle właśnie, wulgarną plwocinę na tle impresjonistycznego płótna, tak. Jak to bywa zupełnie często – sprawy przybierają obrót zgoła odmienny, niż można byłoby przypuszczać, rzeczy mają się całkiem inaczej, niż można by sądzić, kto wie, spróbujmy podciągnąć to pod pojęcie paradoksu, dlaczegóż by nie – pomimo powyższego, pomimo tej niezbyt przychylnej recenzji, nie unikaliśmy osiedla XXX-lecia, co to, to nie, ba, osiedle było niemym – acz i to nie do końca prawdziwy obraz rzeczy – świadkiem niejednego, nie unikaliśmy osiedla i więcej – chętnie nań przebywaliśmy, nie inaczej. Dziś drżenie serca wywołuje we mnie myśl o osiedlu, pomimo tej ponurej odmienności, tej odpychającej szarości (elewacje podówczas szare, z domieszką niezbyt głębokiego brązu), pomimo chłodu osiedla, całorocznego chłodu, który emanował zewsząd, osiem identycznych spowitych chłodem bloków i teren wokół nich, wszystko chłodne, przygnębiające, posępnie odmienne na tle Niezbaniewic; mimo to obraz osiedla, który pielęgnuję, a właściwie który sam się we mnie pielęgnuje, karmi się i troszczy o siebie, mimo to ów obraz przywołany, zazwyczaj niezamierzenie, roztkliwia mnie i obezwładnia.

Siedzieliśmy z Horstem na dachu jednego z ośmiu identycznych i jedynych (osiem jedynych) bloków na jedynym, ot, swoista wyłączność, monopol niemalże, ech, jakie niemalże, monopol dosłownie (w pełnym tego słowa znaczeniu), na jedynym osiedlu w Niezbaniewicach, osiedlu XXX-lecia, wymieniłem już tę nazwę, osiedlu dość mrocznym, jeśli udałoby mi się oderwać od swojej pamięci, ponoć nie sposób pamiętać wszystkiego, są jednak chwile – chwile męki niekiedy, lecz o tym może kiedy indziej albo i wcale – gdy mam wrażenie, że pamiętam wszystko, no cóż, jeśli taki zabieg powiódłby się, wówczas mogę tak powiedzieć, na dość mrocznym osiedlu, siedzieliśmy więc z Horstem na tym dachu, wsparci plecami o brudne szyby wentylacyjne, nad nami, rzecz oczywista, niebo i czułem się trochę jak w kinie, jak w kinie podczas projekcji filmu, którego do końca nie pojmowałem, myślę, że tak właśnie mogę to ująć. I jakoś swe role musieli też ująć – w tym możliwym, wyobrażalnym filmie, który niby oglądałem, choć nie oglądałem, któż wie, może i w taki czy inny sposób w nim uczestniczyłem, mimo że, naturalnie, zupełnie nie uczestniczyłem, chyba że poprzez tę funkcję, bo przecież nie rolę, biernego widza, może i niewielką rolę odgrywałem nieudolnie – ci biedni aktorzy, którym scenopis przewidział odpowiednie partie, niczego nie rozumiejąc, niczego nie pragnąc, tyle tylko, żeby jak najszybciej zakończyć dzień zdjęciowy, tyle tylko, by jak najprędzej mieć to za sobą, bo grać trzeba, bo toć chleb przecież powszedni naszego zawodu, grać, wczuwać się w postać albo i nie wczuwać, lecz grać, oczywiście, i oczywiście grać wiarygodnie, zatem – wczuwać się, poniekąd, ale to się rzadko udaje, jeno najwybitniejszym, tak, lecz zostawię już aktorów, o nich mniejsza, wreszcie jakoś określić się musieli, o to nietrudno, określali się i ujmowali ci mądrzy reżyserzy, mądrzejsi od siebie, którzy chcąc powiedzieć wszystko, nie mówią niczego; kino totalne jak futbol totalny, nigdy niespełnione, zjadające swój ogon, oba, same siebie pożerające, w nazwie, temacie i tytule, w formie w końcu. Starczy jednak dywagacji; otóż czułem się trochę jak w kinie, podczas trwającego już seansu, jestem odrobinę spóźniony, przemykałem przed chwilą tuż przed ekranem i mój cień przemykał się po ekranie, słychać już było trzask otwieranych puszek i zgrzytający pomiędzy szczękami popcorn i smród popcornu oczywiście czuć można, czuć było, zdeprecjonowane czułe słowo. Otóż, powtórzę, trochę to jak w kinie było, niewiele z filmu rozumiałem, raz, że spóźniony byłem, dwa, film pożerał sam siebie, film był o wszystkim, zatem o niczym, film był totalny, w głównej mierze w tej sytuacji owe cienie, na ekranie, na ścianach, w pamięci, cienie pojęć, mroczne sylwetki wpatrzone w ekran, mroczne sylwetki, zgarbione, skulone pod totalizmem płynącym z ekranu, niczego nie rozumiejące sylwetki w mroku; trochę jak w kinie, jak w filmie trochę, naturalnie – hiperbola, przerysowanie.

Rzecz prosta, nad nami niebo, mimo że noc niebo dosyć widoczne, dlatego że noc ciemne (widoczne jednak), noc była ciemna, bezgwiezdna, chyba też bezksiężycowa, w każdym razie księżyca nie pamiętam, noc – taka mnie myśl ogarnia – bliźniacza siostra śmierci, całuje ją w policzek, taka noc jest zazwyczaj bliska myśli o śmierci, skądinąd takie myślenie przeważnie bywa nieuzasadnione, co nie znaczy, że się nie zdarza, nie powtarza, oczywiście – nie, pomimo nieuzasadnienia, zdarza się i powtarza – tak.

Na dachu zatem siedzieliśmy, nad nami noc, ciemna i widoczna pomimo tego, bez gwiazd i bez księżyca prawdopodobnie, jeśli wierzyć pamięci, a przeważnie daję jej wiarę, nie mam specjalnych powodów, by jej tego odmawiać, wiara i pamięć, również w siostrzanej relacji (noc i śmierć, nieuzasadnienie), widziałem mroczną sylwetkę Horsta, sylwetkę jak cień, niebo było nisko zwieszone, wsparci o szyby z głowami w nocy, niemal niebo się na nas osuwało, tak sobie siedzieliśmy, a w miarę upływu nocy znikało wino jabłkowe, tak głosiła skąpa etykieta, chociaż najbardziej smakowało landrynkami. Wino znikało – noc postępowała – przyznam więc: wina znikały w miarę, jak noc płynęła i chyba, przypuszczam, nie bez związku z tą relacją Horst zapytał, jak chciałbym umrzeć; a ja umrzeć nie chciałem, nie widziałem, żeby się mogło na to zanosić, stąd to pytanie nie wydało mi się potrzebne, wydało mi się zgoła niepotrzebne, niczego nie potrafiłem odpowiedzieć, a może nie chciałem, zapadło milczenie, czemu trudno się dziwić, noc objęła już wszystko, znikały sylwetki, noc nie dopuszczała ni śladu cienia (bez gwiazd, bez księżyca, bez cieni), sylwetki już mroczne bezwzględnie, sylwetki hipotetyczne i wyobrażalne jedynie, niebo złączyło się z nocą – siostrzane relacje – pozostało już tylko milczenie, pozostało jedynie zawieszone niczym to niebo nad nami pytanie Horsta, ciche oddechy zostały i wino, z dłoni do dłoni, z ust do ust krążące, pocałunki nocy.

Pamiętam znacznie więcej, niż powinienem, pamiętam więcej, niż jestem w stanie unieść. Dziś Horst nie żyje, nie znaczy to jednak, że jest martwy; tak, śmierć Horsta nie oznacza, że zniknął, mimo że martwy – żyje, odnoszę czasem wrażenie, że nawet żyje bardziej, kropla spływa po moim kręgosłupie, kropla zimnego potu, i również – tak – dreszcze, wstrząsają mną dreszcze, nierówno uderza sumienie. Pamiętam więcej, niż mogę powiedzieć; śmierć i noc, wiara i pamięć, zdarzają się nadal takie noce, które zlewają się z ciemnym niebem, blisko, pośród szeptów, tuż nad moją głową, pocałunki pamięci.

Noc nie noc, przyjacielu, gwieździsta czy zupełnie czarna, z księżycem skrytym czy rozdętym, o to wszystko mniejsza, skoro pójdziemy, w śnieg czy w parne objęcia nocy letniej, nocy gorącej; tak czy owak – pójdziemy, to pewne jak mało co. Co prawda to nasze osiedle – twoje od zawsze, moje od jakiegoś czasu – jest znacznie większe, niż samotne osiedle w Niezbaniewicach (Astronomowie w końcu, przy nich i XXX-lecie liche), tu jednak dane mi było mieszkać, jest dane; tutaj mieszkamy i od szesnastu twoich lat je przemierzamy, kroczymy przez nie, każda aleja (Kopernik, Galileusz, najdostojniejsi, najdostojniejsze aleje i mniej tylko trochę dostojni Kepler, Newton i Halley, szerokie aleje, w końcu kameralni raczej Ptolemeusz i Heweliusz, kameralne alejki, uboczne i dyskretne) jest nam znana wybornie, każdy krzak, nierówność, korzeń podbijający asfalt, każda z licznych wierzb płaczących, najwięcej tych karłowatych, wreszcie mijane twarze, niektórym się skłaniamy, niektóre nam się niekiedy skłaniają, sylwetki wyprężone i elastyczne lub zgarbione i chwiejne, część rozpoznajemy, raczej bez nazwisk, bez imion także, dlatego wszystkie – twarze, sylwetki – wprawdzie są rozpoznawalne, niemniej nietrwałe, gdyż trwałość może dać imię, to lub tamto określić, inne przypisać, bez imienia zostaną sylwetki, sylwetki jak cienie, krążące, jako i my, po osiedlu, najpewniej tysiące sylwetek snujących się po alejach, którym patronują astronomowie (pośrodku, mniej więcej, alejki Arystarcha znajduje się solidna ławka, na której często, zwłaszcza w dni słoneczne, bezwietrznie, siadam, najczęściej palę wówczas, a ty, przyjacielu, kładziesz się u mych stóp, pod ławką, w jej cieniu, obok bardzo piękny krzew, którego nazwy nie znam, być może też przez to nietrwały, więc jego piękno umykające, niepewne, za nim, w tle, że tak to ujmę, umierający kasztanowiec). Znamy więc to osiedle, znamy tych astronomów, któż by ich nie znał, krzaki i nierówności, wierzby karłowate, wierzby płaczące (mają imię), czasem przygnieciony kasztanowiec, najbardziej zaś znam ciebie, przyjacielu i nasza relacja, duch się wkrada, bez mała, nasza relacja jest substancją, a właściwie więź, bo więź jest silniejsza niż relacja, więź albo zażyłość, niewymuszona, przez czas utrwalona, czas uciekający, chmura przeszłości, która zażyłość konstytuuje i umacnia, najbardziej znam, poprzez relację, mocniej – więź i substancję, najbardziej znam ciebie, mój drogi, tak mi się wydaje, jak kiedyś mi się zdawało, że znam Horsta i też jakoś tłumaczyłem sobie tamtą relację jako coś trwalszego, jako więź właśnie. Wciąż widzę jego twarz, twarz Horsta, widzę jak teraz ciebie, stary druhu, gdy suniesz z wywieszonym językiem i czujnym nosem wzdłuż Keplera, co znaczy, że wracamy, co oznacza, że powrót; wierzby poczynają z wolna szumieć, poplątane kruche gałęzie, wierzby zaczynają płakać, ostatnie, suche liście konającego kasztanowca w szumie i we łkaniu.

Wszystkie moje nieba

11 kwietnia 2018 § Dodaj komentarz

Ty masz najwyraźniej jakiś problem z tym niebem, powiedziała mi kiedyś Marta, ewidentnie masz jakąś obsesję, być może i niegroźną, tak przypuszczam, no ale jednak coś z tobą jest nie tak, nie po kolei, nie chowaj urazy, bo niebo mam oczywiście tylko na myśli, ten kontekst, coś w tym duchu powiedziała mi ongiś Marta. Rzecz prosta, urazy nie chowałem i nie chowam; pomijam już w tej chwili kwestię dość w tym konkretnym ujęciu drugorzędną, że nigdy, jak sięgnę pamięcią, nie potrafiłem żywić urazy, przechowywać żalu do osób mi bliskich – a Marta na swój sposób, na swój specyficzny i wyjątkowy sposób niewątpliwie należała do osób mi bliskich, do grona, niezwykle wąskiego grona osób mi bliskich, pomijam więc moje w tym względzie, niech mi będzie wolno tak powiedzieć, uwarunkowania, skądinąd bowiem Marta miała słuszność: tak, coś z tym niebem było u mnie nie tak. Mówiąc najogólniej, niebo stanowiło dla mnie częstokroć punkt odniesienia; ileż to razy przy pierwszym porannym papierosie (a także przy ostatnim, nocnym) kontemplowałem firmament, wpadając w niejaką zadumę, ileż to razy pierwszy rzut oka, poprzez rozszczelnione żaluzje, pierwszy rzut oka na nieboskłon stanowił tunel prowadzący mnie ze snu na jawę, och, niezliczone są moje wtrącenia – spójrz, moja droga, na tę czerwoną kulę, na te nabrzmiałe obłoki, spójrz, jakaż przedziwna konfiguracja, że się ograniczę – wspominałem, że powiem o tym najogólniej – do tego, co mi bez nadmiernego wysiłku przychodzi obecnie na myśl. Nie będzie też specjalnym nadużyciem jeśli wyjawię, że niebo, kontemplacja, zaduma na jego tle i pewnego rodzaju obsesja na jego punkcie, nierzadko wywoływały u mnie doznania bez mała mistyczne; tak było i jest, nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. Być może, nie sposób tego wykluczyć, nie była to fiksacja na wskroś wyjątkowa, dana nielicznym, niemniej ową prawidłowość, czy jakkolwiek to inaczej określić, odczuwałem dogłębnie, wyraźnie, niekiedy był to stan przeszyty niepokojem, innym razem zaś – niosący ukojenie. Oczywiście niebo również, a może nawet: przede wszystkim, oczywiście niebo niosło ze sobą myśl o wieczności. Nie było jednego nieba, chociaż to złudzenie, ileż to razy wierzymy w złudzenia, mówiłem więc niekiedy – nieba, różowe bądź niespokojne nieba, nieba sterujące do domu, nieba nabrzmiałe tudzież nisko zwieszone, nieba pęczniejące i zielone po burzy; nie było zatem jednego nieba, chociaż to złudzenie, dziś wolę raczej mówić, że niebo jest zawsze inne, jedno w niezliczonych konfiguracjach. Nieba, moje niebo?

Albowiem, niech mi będzie wolno się ośmielić, a może onieśmielić, sam nie wiem, tu różnica leży w odcieniach, w niuansach nieledwie, więc niech mi będzie wolno powiedzieć, że niebo jest zwiastunem (wszystkie znaki na niebie i ziemi, ale przecież na niebie bardziej, najbardziej, po stokroć na niebie bardziej), doprawdy zwiastunem; być może dnia, prognoz, być może życia, bo życie jest w istocie wszystkim, co mamy, życie, o tak, stąd, hipoteza niezbyt to ryzykowana, niebo jest wszystkim, zwiastunem wszystkiego; niebo niczym lustro, jak lustro, tu się można przeglądać, zobaczyć, życie swe ujrzeć, wszak ujęte w metaforę, bo była mowa, co prawda, o lustrze – metafora, trzeba pamiętać, trzeba mieć na uwadze, hiperbola, hipoteza i trochę też hipertrofia, tak – ale są przecież jeszcze chmury, w skład nieba wchodzące, wiatrem targane, są deszcze najpiękniejsze, niebo nie jest jednorodne i jednoczesne także nie jest, niebo jest życiem, a życie lubi z dala przebywać od łatwych rozwiązań, za nic je ma, sarkazmem i ironią nierzadko je traktuje, życie pielęgnuje niuanse i odcienie, otóż i życie, nic więcej nie mamy, może to niebo jeszcze, co życia jest zapowiedzią i wspomnieniem zarazem, są chwilę, że obawiam się o tym myśleć nawet, bez mała to chwile udręki.

Nie ma Żółwia

5 kwietnia 2018 § Dodaj komentarz

Latem, a właściwie lato głównie pamiętam, latem chodziliśmy z Horstem i innymi chłopakami na Bałkańską, do cukierni „U Żółwia”; za kontuarem stała tam Natalia, zawsze w przecudnej białej sukience, jakby to nie cukiernia była, a, nie przymierzając, dom mody. Bywało, że po kilkanaście razy dziennie stawaliśmy w kolejce, a te ustawiały się popołudniami często, a zwłaszcza w niedziele; nawet nie posiadając już funduszy na lody, za ostatnie grosze prosiliśmy o wafelki; te zainstalowane były w dziwnej rurze, nabite jeden w drugi – ilekroć Natalia miała wyciągnąć wafelka, a wyciągało się zawsze od dołu, nachylała się tak, że – chcąc nie chcąc, choć naturalnie bardziej chcąc – wzrok nasz padał na jej dekolt, na mocno ściśnięte piersi z tą boską charakterystyczną wąską szczeliną pomiędzy nimi, nasze oczy płonęły; to była najpiękniejsza kobieta mojego dzieciństwa, o ile jestem w stanie pokusić się o taki werdykt.

Nie ma już kocich łbów na mojej ulicy, nie ma już cukierni „U Żółwia” na Bałkańskiej; może więc czas jednak znika, może zostaje tylko tęsknota, która sunie za nami, towarzyszy nam, niczym kilwater niespiesznym statkom? Nie ma cukierni i Żółw pewnie nie żyje, na pewno nie żyje stary Raciszyn i ciotka już dawno w ziemi spoczęła, o czym wiem niezbicie; jest za to kostka brukowa, także i tu, na Bałkańskiej, także i tu kostka brukowa, a w miejsce cukierni stoi sklep sieci Aligator, czynny codziennie do dwudziestej trzeciej, jak głosi szyld, zielony szyld, a niżej napisów widnieje pomarańczowy pysk gada.

Chodź, mówię do psa, chodź, o, tu, parę kroków stąd – byleby wydostać się z Bałkańskiej, z tego niczym nieosłoniętego paleniska, gdzie zawsze słońce najmocniej dokazywało – o, tam, nieco w lewo odbijemy na Niedługą, a stamtąd prowadzi już ścieżka nad drugie jezioro, chodź, braciszku, tam się napijesz.

/zdjęcie – Aleksander Jałosiński/

Chmury, łby kocie

29 marca 2018 § Dodaj komentarz

Nie ma już kocich łbów na mojej ulicy, nie ma się o co potykać; bladoróżowa kostka brukowa, równo, według planu, według schematu jakiegoś ułożona, nawet szybko ją w miejsce bruku odwiecznego położyli, odwiecznego przynajmniej w tym znaczeniu, że wieczność to wszystko, co pamiętam, to wszystko, odkąd tylko pamiętam, tak więc szybko ją bardzo ułożyli, tak mi się wydaje. Inna rzecz, że przecież ostatnio rzadko tu bywam, rzadziej, niźli chciałbym i rzadziej chyba, niż powinienem aby głowę podatną na tkliwość nakarmić, aby sentymentem pooddychać, acz, słyszałem raz i drugi, że takie powroty, no, mój drogi, to niepodobna, takie nawroty w tamto wczoraj, w tamte odmęty dzieciństwa, młodości, w tamte chmury czasu nieskalanego, toć nie przystoi, toć niepodobna, żeby się babrać w tym, zanurzać, niczym w pierwszym jeziorze na oczach dziewcząt i przy melodiach refrenów. I w chwilach niewzruszonej powagi, w chwilach, gdy staram się racjonalności podporządkować, co znaczy – teraźniejszości, gdy próbuję płynąć z nurtem, to, owszem, zgodzę się, bo zgodzić się trzeba; lecz zaraz refleksja, jakieś ukłucie w sercu, dzwonek alarmowy, cóż tam dzwonek, alarm, alarm, nie inaczej, wyje wówczas syrena, głośno, donośnie, wręcz przenikliwie – jakże to tak, ów czas, chmury nieskalanej młodości, dzieciństwa przenajświętszego, te chmury czasu istnieją pomimo upływu, pomimo rozlicznych odpływów, czas, chociaż niepowstrzymany, chociaż pędzący, czas nie zanika, jest, trwa, we mnie, w nas, we mnie na pewno, poszerza swą jurysdykcję, och, porzućmy eufemizmy, poszerza swą bezwzględną hegemonię, sam bez ustanku rośnie, pęcznieje i więcej go z każdą chwilą, ale przecież – nie zanika, nie sprowadza się li tylko do tego tu i tego teraz. W każdym razie – dawno nie przemierzałem mojej ulicy, stąd wykluczyć nie mogę, że kostkę kładli wolniej, niż mi się zdaje; tak to już jest, że łatwiej nam czas przepływający przez ludzi i miejsca przecenić, przejaskrawić, większą mu siłę nadać, niż na to zasługuje, jeśli tylko nas nie ma w pobliżu – ludzi i miejsc.

Otóż nie ma na mojej ulicy kocich łbów, gdy teraz ją przemierzam, właściwie wlokę się, człapiąc, nie ma już ogrodu i domku starego Raciszyna, to wszystko wokół, ulica, okolica, wprawdzie te same, wszak nie takie same. Słońce unosi się, rozgrzane do niepojętych granic, drży, napuchnięte, niczym balon, w który wtłoczono powietrza w nadmiarze, czerwone mi się zdaje, rozgrzane jak węgiel; również powietrze drży, znów mi się zdaje, to efekt tego skwaru. Świeża kostka brukowa, obawiam się, wkrótce zacznie parować; o kocie łby byłbym spokojny. O moją łydkę, ledwie człapiącą, ociera się pies, sam ledwo człapie, powlecze łapami; język wywiesił, suchy potwornie, rzekłbyś, ostatnie szwy go trzymają, dyszy z nadmiaru gorąca, z pragnienia, a obok nas – dwa cienie. Trzeba ci, przyjacielu, wody, myślę i się rozglądam; o, za rogiem przecież cukiernia, na Bałkańskiej, cukiernia „U Żółwia”.