Duch

7 grudnia 2018 § Dodaj komentarz

Jestem duchem niegroźnym, zapomnianym, duchem, na którego niewielu zwraca uwagę. W niedzielny poranek wkraczam do kuchni, mojej, nie mojej, w każdym razie wahałbym się, by rzec, że moja. Siadam na jednym z dwóch krzeseł i wodzę wzrokiem po pomieszczeniu; wzrok ducha pląsa po kuchni, w powietrzu jest cicho i cisza jest ostra, zdolna, zdawać by się mogło, by ciąć to powietrze; cisza ignoruje ducha. Używane z rzadka naczynia, gdyby nie kurz, który dzięki śmiało wdzierającemu się poprzez rozszczelnione żaluzje intensywnemu, ciężkiemu słońcu poranka, gdyby nie kurz, rzekłbyś, że nowe; półki, dźwigające niepotrzebne przedmioty – jakiś słoń wyciosany z kamienia, Kuchnia po męsku ze znaczkiem Ikea, zapomniany wazon, który nigdy nie gościł kwiatów, ledwie żywy kaktus. Oczy wędrują ku sufitowi, rejestruję, że opadła puszka, skrywająca kable i kostkę od lampy, sufit nie jest jednorodny, wyraźne wybrzuszenia, plamy; mucha, wydająca ostatnie tchnienia, jak gdyby w zwolnionym tempie nerwowo miota się wokół tłustej żarówki. Z mojego krzesła, w które w tej chwili, mam wrażenie, zapadłem się niemal, widzę lustro w przedpokoju, lustro, które zna niewiele twarzy i sylwetek, które rejestruje od lat jeśli nie te same, to bardzo podobne sceny. Czajnik zaczyna bulgotać, mój wzrok, wzrok ducha wędruje ku niemu, wstaję i napotykam oczy psa, który zaległ w przejściu pomiędzy kuchnią a przedpokojem, zaległ w bezruchu, lecz oczy żyją, dwie czarne studnie, ufne, wyczekujące, śledzące każdy ruch ducha.

Czajnik przypomina o sobie gorącym bulgotem, zalewam kawę, jest gęsta i lśniąca, paruje; zza okna dochodzą pierwsze szelesty, uderzenia, stłumione głosy, za oknem również zaczyna się niedziela. Lekko uchylam okno; zielona furgonetka, pomimo niedzieli i wczesnej pory, trudzi się, by optymalnie ustawić się pod drzwiami osiedlowego sklepu sieci Albatros, zapewne dostarczono najniezbędniejsze produkty; z mojej perspektywy dostrzegam zielonawe czy może brunatne – promienie wczesnego słońca się rozbryzgują, znaczą wszystko, lecz nie wszystko z równa mocą – plamy krzaków, rozmieszczone jakby na chybił trafił, zza jednego z nich wynurza się stary kot, poszarpany, wyliniały, co bez trudu dostrzegam ze szpary mojego okna. Odnowione elewacje bloków nabierają ciepłych barw za sprawą coraz wyżej sunącego słońca, z klatki naprzeciw wychodzi młoda matka, na jej ramieniu zawisł dwuletni być może, rozwrzeszczany chłopiec, a w drugiej ręce targa nosidełko skrywające inną, cichą jednak istotę; wydaje mi się, że kobieta jest nazbyt ciężko ubrana, postawiony kołnierz skrywa policzki, wokół nóg pałętają się poły długiej, ortalionowej kurtki, nie sposób rozpoznać jej sylwetkę, może tylko te szczupłe łydki dźwigające jej objuczoną potomstwem postać, może tylko te łydki coś tu mogą wskazać; idzie nierówno, szarpie się i szarpie ją uwieszony na ramieniu chłopiec. Odrestaurowany w ubiegłym roku plac zabaw świeci pustką, na huśtawkach, zjeżdżalni, żółtej karuzeli oraz drewnianej obudowie piaskownicy lśnią krople porannej wilgoci, dostrzegam je nawet z mego okna, a piach wewnątrz piaskownicy przypomina glinę.

Reklamy

Michele Rieri

27 listopada 2018 § Dodaj komentarz

Tymczasem takie oto perły.

/zdjęcia: Michele Rieri/

Miejsca, niemal punkty

22 listopada 2018 § Dodaj komentarz

Witajcie na tej nieświętej ziemi, przyjaciele. Istnieją wszakże tutaj, na tej ziemi nieświętej, miejsca na wskroś święte, o których ledwie wspomnienie przeszywa mnie mieszaniną smutku i wzruszenia, miejsca święte, do których wracam regularnie, a pcha mnie ku nim nostalgia, kieruje w ich stronę pamięć, pamięć, którą próżno próbowałem zatracić – miejsc świętych nie sposób zapomnieć, wyrugować. I nie mam na myśli, w każdym razie nie tylko i nie w głównej mierze, otóż nie mam na myśli kościołów; a zresztą, przyjaciele, można te miejsca zwać świątyniami, nasz język nie będzie protestował, zwać je można kościołami, sens jest uchwytny, otóż i imponderabilia, szlachetne ingrediencje rzeczywistości, najszlachetniejsze, im mniej namacalne, im mniej widzialne, tym donioślejsze, otóż, przyjaciele, zamknę oczy i schowam się, skryję, a wówczas najwyraźniej je ujrzę i wtedy najmocniej odczuję trud tej charakterystyki, bezmiar zadania. Albowiem świętość miejsc świętych skrytych pośród tej ziemi nieświętej, świętość tych kościołów – jak ustaliliśmy, język jest giętki, przepełniony duchem koncyliacji, skłonny do kompromisu, przyjaźnie absorbujący, chociaż nie musi nam się to szczególnie podobać – zatem owa świętość polega, kto wie, czy nie w stopniu decydującym, polega na wyciszonej nieobecności, choć trudno zaprzeczyć, że ten jarmark cichych nieobecności nie oznacza, że one – świętość, nieobecności – nie istnieją; otóż, nie.

Wspomniana świętość, przyjaciele, nie ma ze mną wiele wspólnego, albo też, że ujmę to precyzyjniej, nie jest ze mną w relacji bezpośredniej; nie mam na nią wpływu, chcę powiedzieć – i to jest dobre. To wszystko, wybaczcie szczerość, nie wynika z doświadczenia pojmowanego w sposób dosłowny, to nie w doświadczeniu zawarta jest istota tej świętości i jeżeli wnioski muszą być w ogóle skądkolwiek wyciągane, to niechże ich źródłem będzie słabość, nieujarzmiona słabość, tak więc studnią, z której czerpana jest świętość miejsc jest słabość. Słabość przepełniona szczerością, mówię z nisko zwieszoną głową, a może z podniesionym czołem, ze wstydem mówię lub z dumą, szczerze odczuwana słabość, słabość objawiająca się szczerością pozwala zakwitnąć świętości.

Oto i świętość, oto i słabość; świętość, którą powołuje do życia moja słabość, czy też, nie mogę wykluczyć, czy też słabość wypływająca za świętości miejsc, niemal punktów, słabość, którą równam niekiedy ze wzruszeniem, paraliżem, łzami, bywa, uwznioślanym, albowiem – tak – miejsca nierzadko wywołują wzruszenie, a nawet wywołują je zazwyczaj, tak. I żeby to oddać możliwie dokładnie, muszę na moment oddalić się od siebie i spojrzeć z dystansem, spoza siebie, by zaraz wrócić do wewnątrz, do ja, a to chwile tak wyjątkowe i nieczęste, że tym większy trud, by je uchwycić.

Zawsze jednak, niech będzie chwała, mogę zmrużyć oczy.

/zdjęcie: María Tudela/

Poniewczasie

19 listopada 2018 § Dodaj komentarz

Panie: już czas. Tak długo lato trwało.
Rzuć na zegary słoneczne twój cień
i rozpuść wiatry na niwę dojrzałą.

Każ się napełnić ostatnim owocom;
niech je dwa jeszcze ciepłe dni opłyną,
znaglij je do spełnienia i wypędź z mocą
ostatnią słodycz w ciężkie wino.

Kto teraz nie ma domu, nigdy mieć nie będzie.
Kto teraz sam jest, długo pozostanie sam
i będzie czuwał, czytał, długie listy będzie
pisał i niespokojnie tu i tam
błądził w alejach, gdy wiatr liście pędzi.

Rainer Maria Rilke – Dzień jesienny

/przeł. Mieczysław Jastrun; zdjęcie: Zbigniew Wójcik, za: szerokikadr.pl/

Powroty nieznużone

15 listopada 2018 § Dodaj komentarz

Gra się, jest grane.

/Thelonious Monk, 1964, Monterey Jazz Festival, zdjęcie – Jim Marshall/

Ostatnie kosze wiklinowe

2 listopada 2018 § Dodaj komentarz

Czuję w dłoni mocno naprężoną smycz, ciągnie się pies ku morzu, zawsze się ciągnął ku wodzie, tak że morze nie jest tu wyjątkiem, tak że nie dziwię się zupełnie, a nawet więcej – to ciągnięcie się napełnia mnie swego rodzaju rozrzewnieniem, albowiem ta jego, psa przypadłość nie jest, jak zdawać by się mogło, cechą właściwą wieku szczenięcemu, lecz stanowi istotny rys jego charakteru, jest w tego psa wpisana i gdyby któregoś dnia nie ciągnąłby się ku wodzie, gdyby zaniechał szarpania smyczy a wraz ze smyczą szarpania i mnie, to wówczas, tak, niewątpliwie zaniepokoiłbym się. Ale teraz ma lat szesnaście, stary, poczciwy przyjaciel, i szarpie mnie ku morzu, choć dyszy, charczy ciężko, trudno mu już w tym piasku, poprzez tę plażę ku wodzie się ciągnąć i mnie nie jest lekko, piasek zdaje się tutaj jakby szczególnie głęboki, acz żadnej pretensji do niego nie mam, odrzucam jakąkolwiek skargę – też mi byłby to resentyment, pożal się Boże – raczej odczuwam wspomniane rozrzewnienie, przypominam sobie te wszystkie nasze wędrówki, spacery wszelakie, ku wodzie i wszędzie indziej, choć, prawdę mówiąc, gdy był szczeniakiem, w co trudno mi dziś niemal uwierzyć, szesnaście lat to nie mrugnięcie okiem (czas nigdy nie ginie), otóż wtedy, owszem, to ja musiałem go ciągnąć, zdarzało się. Potem jednak, raz posmakowawszy w kąpieli, w pogoni wpław za patykami, za piłką, za czymkolwiek (nie przesadzam), potem jednak rozkochał się mój pies w wodzie, że ni sól morska, ni prąd rzeki czy wreszcie kwitnące intensywnie wczesnym latem tafle jezior go nie odstraszały, za nic je miał, że, bywało, siłą lub fortelem go z plaż odciągać musiałem i te okoliczności niekiedy furorę robiły, gdym je przy takiej czy innej okazji tu i ówdzie relacjonował.

Słońce się chyli, w ostatnich pokłonach się rozpływa, pomarańczowa – ostatnia faza – gęsta kula, jaskrawa, intensywna ponad cierpliwość oczu, tak że muszę je mrużyć, z wolna czerwienią się napełniająca, ta czerwona już w sumie kula chowa się w morzu, ostatnie ukłony, żegnaj dniu, jak zawsze niespełniony, jak zawsze przedwcześnie żegnany, żegnaj, słońce się tli jeszcze, lecz znika, rozpływa się w morzu, poza horyzont, poza pulę dzisiejszych zdarzeń, które się zdarzyły i które się nie zdarzyły, choć zaistniały w potencji, słońce już niemal skryte, ostatnie oddechy przed zmierzchem.

Ona się tuli do niego, wtulona weń, suną plażą wtulone sylwetki, cienie doprawdy, już poza słońcem wszystko, poza horyzontem zdarzeń; one się tulą do nich, oni wtulenie odwzajemniają, taka pora, żeśmy z psem na tej plaży prawie niczym intruzi, jeszcze jakaś spóźniona rodzina, dzieci na rękach niesione, być może już śpiące, zagubione dzieci na rękach, zagubione we mroku, zatrzymane zabawą, uciechą, pogrążeni w beztrosce, lecz teraz już poza horyzontem zdarzeń, teraz już czas ich wzywa, już sen się upomina, oto królestwo nocy, zmierzch jest hasłem do odwrotu dla zapóźnionych w beztrosce rodzin, dzieci na wpół przytomne, znużone i dzień znużony ustał, oto królestwo nocy, teraz już tylko wtuleni, objęci, ona i on, ręka na biodrze, na ramieniu, dłoń muskająca jej plecy, dłoń spoczywająca na pośladkach albo i dłonie splecione, powietrze jest gorące i horyzont zdarzeń szerszy, tu i ówdzie przystanki na pocałunki, palce wplecione we włosy, wiklinowe kosze, ona i on, niczym wyspy, niczym zapowiedzi nadchodzącej nocy, wiklinowe kosze wypełnione szeptami, oddechami, szelestem rozgrzanych warg, jesteśmy intruzami. Wprawdzie ja bardziej, bo pies zaległ, zmęczony, sfatygowany, wykopał sobie niespieszne coś na kształt dołka, w którym zaległ, skulił się, jak to tylko on potrafi, patrząc z góry przypomina przechyloną literę C, język tylko wywiesił, pewnie spragniony. Patrzę wciąż w morze, och, teraz to omal li tylko granatowa, a może już czarna przestrzeń, nadchodzi królestwo nocy, tak że niepodobna już precyzyjnie różnicować, czarna przestrzeń, bliska i utracona zarazem, spokojne fale rozbijają się, odnoszę wrażenie, tuż przed moimi stopami, tuż przed psem skulonym w literę C, w groźnym a cichym szumie odnajduję niejakie ukojenie i niechęć, by uczynić cokolwiek; odwracam się, wiklinowe kosze i ja, i my przed nimi, zbędni, spowici mrokiem, niedostrzegalni i niepotrzebni, przede mną Kormoranów, istnieje jeszcze, znaczy perspektywę nikłymi światłami, różowe, blade, także żółte plamy, rzadkie, szeroko rozstawione, tak jakby nakrapiane, ciche refleksy światła, oto i ledwie zarysowana sylwetka ośrodka „Bałtyk”, w którym się zatrzymałem, istnieje jeszcze, jeszcze istniejemy, przeklęte słowo: jeszcze; chodź, zmuszam siebie i psa, chodź, czas na nas, królestwo nocy, lekko szarpię za smycz, ogarnia mnie przeświadczenie, że już nigdy tutaj nie wrócę, znów wzrok w kierunku morza, bezmiar czerniejącej otchłani wody, przy brzegu zmierzwionej falami, bezmiar morza zlewa się z bezkresnym niebem, gwiazdy nieliczne, noc w sumie jest dość mroczna, potęga nocy, otóż to, już tutaj nie wrócę, myślę i na moment zamieram, potęga nostalgii, już tutaj nie wrócę, chociaż będę tu zawsze, czas się nigdy nie gubi, tak.

Wymienni

26 października 2018 § Dodaj komentarz

I tak mija nam życie, mija na udawaniu, że jesteśmy wyjątkowi i wybrani, podczas gdy naprawdę okazujemy się wymienni, okazujemy się rezultatem smętnej, żałosnej, odpustowej loterii.

Javier Marías, Czarne plecy czasu

A poza tym zmierzch, październik; zmierzcha się i będzie jeszcze bardziej.