Wszystkie moje nieba

11 kwietnia 2018 § Dodaj komentarz

Ty masz najwyraźniej jakiś problem z tym niebem, powiedziała mi kiedyś Marta, ewidentnie masz jakąś obsesję, być może i niegroźną, tak przypuszczam, no ale jednak coś z tobą jest nie tak, nie po kolei, nie chowaj urazy, bo niebo mam oczywiście tylko na myśli, ten kontekst, coś w tym duchu powiedziała mi ongiś Marta. Rzecz prosta, urazy nie chowałem i nie chowam; pomijam już w tej chwili kwestię dość w tym konkretnym ujęciu drugorzędną, że nigdy, jak sięgnę pamięcią, nie potrafiłem żywić urazy, przechowywać żalu do osób mi bliskich – a Marta na swój sposób, na swój specyficzny i wyjątkowy sposób niewątpliwie należała do osób mi bliskich, do grona, niezwykle wąskiego grona osób mi bliskich, pomijam więc moje w tym względzie, niech mi będzie wolno tak powiedzieć, uwarunkowania, skądinąd bowiem Marta miała słuszność: tak, coś z tym niebem było u mnie nie tak. Mówiąc najogólniej, niebo stanowiło dla mnie częstokroć punkt odniesienia; ileż to razy przy pierwszym porannym papierosie (a także przy ostatnim, nocnym) kontemplowałem firmament, wpadając w niejaką zadumę, ileż to razy pierwszy rzut oka, poprzez rozszczelnione żaluzje, pierwszy rzut oka na nieboskłon stanowił tunel prowadzący mnie ze snu na jawę, och, niezliczone są moje wtrącenia – spójrz, moja droga, na tę czerwoną kulę, na te nabrzmiałe obłoki, spójrz, jakaż przedziwna konfiguracja, że się ograniczę – wspominałem, że powiem o tym najogólniej – do tego, co mi bez nadmiernego wysiłku przychodzi obecnie na myśl. Nie będzie też specjalnym nadużyciem jeśli wyjawię, że niebo, kontemplacja, zaduma na jego tle i pewnego rodzaju obsesja na jego punkcie, nierzadko wywoływały u mnie doznania bez mała mistyczne; tak było i jest, nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. Być może, nie sposób tego wykluczyć, nie była to fiksacja na wskroś wyjątkowa, dana nielicznym, niemniej ową prawidłowość, czy jakkolwiek to inaczej określić, odczuwałem dogłębnie, wyraźnie, niekiedy był to stan przeszyty niepokojem, innym razem zaś – niosący ukojenie. Oczywiście niebo również, a może nawet: przede wszystkim, oczywiście niebo niosło ze sobą myśl o wieczności. Nie było jednego nieba, chociaż to złudzenie, ileż to razy wierzymy w złudzenia, mówiłem więc niekiedy – nieba, różowe bądź niespokojne nieba, nieba sterujące do domu, nieba nabrzmiałe tudzież nisko zwieszone, nieba pęczniejące i zielone po burzy; nie było zatem jednego nieba, chociaż to złudzenie, dziś wolę raczej mówić, że niebo jest zawsze inne, jedno w niezliczonych konfiguracjach. Nieba, moje niebo?

Albowiem, niech mi będzie wolno się ośmielić, a może onieśmielić, sam nie wiem, tu różnica leży w odcieniach, w niuansach nieledwie, więc niech mi będzie wolno powiedzieć, że niebo jest zwiastunem (wszystkie znaki na niebie i ziemi, ale przecież na niebie bardziej, najbardziej, po stokroć na niebie bardziej), doprawdy zwiastunem; być może dnia, prognoz, być może życia, bo życie jest w istocie wszystkim, co mamy, życie, o tak, stąd, hipoteza niezbyt to ryzykowana, niebo jest wszystkim, zwiastunem wszystkiego; niebo niczym lustro, jak lustro, tu się można przeglądać, zobaczyć, życie swe ujrzeć, wszak ujęte w metaforę, bo była mowa, co prawda, o lustrze – metafora, trzeba pamiętać, trzeba mieć na uwadze, hiperbola, hipoteza i trochę też hipertrofia, tak – ale są przecież jeszcze chmury, w skład nieba wchodzące, wiatrem targane, są deszcze najpiękniejsze, niebo nie jest jednorodne i jednoczesne także nie jest, niebo jest życiem, a życie lubi z dala przebywać od łatwych rozwiązań, za nic je ma, sarkazmem i ironią nierzadko je traktuje, życie pielęgnuje niuanse i odcienie, otóż i życie, nic więcej nie mamy, może to niebo jeszcze, co życia jest zapowiedzią i wspomnieniem zarazem, są chwilę, że obawiam się o tym myśleć nawet, bez mała to chwile udręki.

Reklamy

Nie ma Żółwia

5 kwietnia 2018 § Dodaj komentarz

Latem, a właściwie lato głównie pamiętam, latem chodziliśmy z Horstem i innymi chłopakami na Bałkańską, do cukierni „U Żółwia”; za kontuarem stała tam Natalia, zawsze w przecudnej białej sukience, jakby to nie cukiernia była, a, nie przymierzając, dom mody. Bywało, że po kilkanaście razy dziennie stawaliśmy w kolejce, a te ustawiały się popołudniami często, a zwłaszcza w niedziele; nawet nie posiadając już funduszy na lody, za ostatnie grosze prosiliśmy o wafelki; te zainstalowane były w dziwnej rurze, nabite jeden w drugi – ilekroć Natalia miała wyciągnąć wafelka, a wyciągało się zawsze od dołu, nachylała się tak, że – chcąc nie chcąc, choć naturalnie bardziej chcąc – wzrok nasz padał na jej dekolt, na mocno ściśnięte piersi z tą boską charakterystyczną wąską szczeliną pomiędzy nimi, nasze oczy płonęły; to była najpiękniejsza kobieta mojego dzieciństwa, o ile jestem w stanie pokusić się o taki werdykt.

Nie ma już kocich łbów na mojej ulicy, nie ma już cukierni „U Żółwia” na Bałkańskiej; może więc czas jednak znika, może zostaje tylko tęsknota, która sunie za nami, towarzyszy nam, niczym kilwater niespiesznym statkom? Nie ma cukierni i Żółw pewnie nie żyje, na pewno nie żyje stary Raciszyn i ciotka już dawno w ziemi spoczęła, o czym wiem niezbicie; jest za to kostka brukowa, także i tu, na Bałkańskiej, także i tu kostka brukowa, a w miejsce cukierni stoi sklep sieci Aligator, czynny codziennie do dwudziestej trzeciej, jak głosi szyld, zielony szyld, a niżej napisów widnieje pomarańczowy pysk gada.

Chodź, mówię do psa, chodź, o, tu, parę kroków stąd – byleby wydostać się z Bałkańskiej, z tego niczym nieosłoniętego paleniska, gdzie zawsze słońce najmocniej dokazywało – o, tam, nieco w lewo odbijemy na Niedługą, a stamtąd prowadzi już ścieżka nad drugie jezioro, chodź, braciszku, tam się napijesz.

/zdjęcie – Aleksander Jałosiński/

Chmury, łby kocie

29 marca 2018 § Dodaj komentarz

Nie ma już kocich łbów na mojej ulicy, nie ma się o co potykać; bladoróżowa kostka brukowa, równo, według planu, według schematu jakiegoś ułożona, nawet szybko ją w miejsce bruku odwiecznego położyli, odwiecznego przynajmniej w tym znaczeniu, że wieczność to wszystko, co pamiętam, to wszystko, odkąd tylko pamiętam, tak więc szybko ją bardzo ułożyli, tak mi się wydaje. Inna rzecz, że przecież ostatnio rzadko tu bywam, rzadziej, niźli chciałbym i rzadziej chyba, niż powinienem aby głowę podatną na tkliwość nakarmić, aby sentymentem pooddychać, acz, słyszałem raz i drugi, że takie powroty, no, mój drogi, to niepodobna, takie nawroty w tamto wczoraj, w tamte odmęty dzieciństwa, młodości, w tamte chmury czasu nieskalanego, toć nie przystoi, toć niepodobna, żeby się babrać w tym, zanurzać, niczym w pierwszym jeziorze na oczach dziewcząt i przy melodiach refrenów. I w chwilach niewzruszonej powagi, w chwilach, gdy staram się racjonalności podporządkować, co znaczy – teraźniejszości, gdy próbuję płynąć z nurtem, to, owszem, zgodzę się, bo zgodzić się trzeba; lecz zaraz refleksja, jakieś ukłucie w sercu, dzwonek alarmowy, cóż tam dzwonek, alarm, alarm, nie inaczej, wyje wówczas syrena, głośno, donośnie, wręcz przenikliwie – jakże to tak, ów czas, chmury nieskalanej młodości, dzieciństwa przenajświętszego, te chmury czasu istnieją pomimo upływu, pomimo rozlicznych odpływów, czas, chociaż niepowstrzymany, chociaż pędzący, czas nie zanika, jest, trwa, we mnie, w nas, we mnie na pewno, poszerza swą jurysdykcję, och, porzućmy eufemizmy, poszerza swą bezwzględną hegemonię, sam bez ustanku rośnie, pęcznieje i więcej go z każdą chwilą, ale przecież – nie zanika, nie sprowadza się li tylko do tego tu i tego teraz. W każdym razie – dawno nie przemierzałem mojej ulicy, stąd wykluczyć nie mogę, że kostkę kładli wolniej, niż mi się zdaje; tak to już jest, że łatwiej nam czas przepływający przez ludzi i miejsca przecenić, przejaskrawić, większą mu siłę nadać, niż na to zasługuje, jeśli tylko nas nie ma w pobliżu – ludzi i miejsc.

Otóż nie ma na mojej ulicy kocich łbów, gdy teraz ją przemierzam, właściwie wlokę się, człapiąc, nie ma już ogrodu i domku starego Raciszyna, to wszystko wokół, ulica, okolica, wprawdzie te same, wszak nie takie same. Słońce unosi się, rozgrzane do niepojętych granic, drży, napuchnięte, niczym balon, w który wtłoczono powietrza w nadmiarze, czerwone mi się zdaje, rozgrzane jak węgiel; również powietrze drży, znów mi się zdaje, to efekt tego skwaru. Świeża kostka brukowa, obawiam się, wkrótce zacznie parować; o kocie łby byłbym spokojny. O moją łydkę, ledwie człapiącą, ociera się pies, sam ledwo człapie, powlecze łapami; język wywiesił, suchy potwornie, rzekłbyś, ostatnie szwy go trzymają, dyszy z nadmiaru gorąca, z pragnienia, a obok nas – dwa cienie. Trzeba ci, przyjacielu, wody, myślę i się rozglądam; o, za rogiem przecież cukiernia, na Bałkańskiej, cukiernia „U Żółwia”.

Lekarz od psów

16 marca 2018 § Dodaj komentarz

Nieszczęście polega na tym, że jesteś zbyt zamknięty w sobie i straciłeś zupełnie wiarę w ludzi. Zgodzisz się przecież, że nie można obdarzać swoimi uczuciami wyłącznie psa.
Michaił Bułhakow

Obaj, lekarz od psów i ja, obaj paliliśmy papierosy; oczywiście, wiedziałem, że to weterynarz, wszak wewnętrznie, na swoje, rzekłbym, potrzeby, otóż wewnętrznie nie potrafiłem określać go inaczej, niż lekarz od psów. Lekarz od psów był otyły, potwornie sapał, odniosłem jednak wrażenie, że nie tylko ze względu na palonego właśnie papierosa; ja paliłem i nie sapałem. Jego wielka, okrągła twarz, twarz pokryta nieregularnym zarostem, żółtym albo rudym – przez małe okno do gabinetu wpadało sporo nawet światła, więcej, niż można by przypuszczać, dzień był słoneczny i ładny, stąd, przez owe świetlne snopy, nie mogłem się zdecydować, czy bardziej rude czy raczej żółte to były sterczące plamy krótkich kłaczków – jego wielka twarz przypominała, jako żywo, naszkicowane dziecięcymi rączkami słońce na przedszkolnej ilustracji albo, tu naszło mnie drugie skojarzenie, oblicze pluszowego misia, zmęczonego czasem i dziecięcymi zabawami, misia, który towarzyszy w każdym wyjeździe, tkwi w rozedrganych objęciach każdej niebezpiecznej nocy i służy wiernie, bo przecież inaczej nie sposób, przez wiele lat; miałem takiego misia.

Dopaliliśmy papierosy – święta chwila, bez względu na miejsce i okoliczności – gasząc je w monumentalnej, szklanej popielnicy; lekarz od psów wytarł ogromne, spocone dłonie – dzień był słoneczny i dość ciepły, jak chyba wspomniałem – w coś na kształt kitla czy może fartucha, a co, jak sądzę, nie było w istocie ani jednym, ani drugim. Zacząłem się zastanawiać, jak te wielkie, spocone teraz i najpewniej zazwyczaj ręce, zwieńczone pulchnymi palcami, jak te ręce mogły zapracować sobie na uznanie i renomę, jak mogły specjalizować się w chirurgii i ortopedii weterynaryjnej, jak oznajmiła mi swego czasu strona internetowa jego kliniki, bo jako klinika w oficjalnym obiegu funkcjonował gabinet – usytuowany w dość ponurej sutenerze – opasłego lekarza od psów. Lekarz zwiesił głowę na piersi, w tej pozycji poruszył nią, jak gdyby w geście przeczenia, jak gdyby swędziała go broda, co zresztą było zupełnie możliwe, te kępy zarostu najwyraźniej nigdy nie dawały mu spokoju, a więc zapewne, tak, musiał się podrapać; wisiał tak chwilę, wreszcie z trudem uniósł swą okrągłą głowę i zwrócił ją ku mnie, oczy miał przymknięte, ale w końcu uniósł ciężkie powieki i jął świdrować mnie małymi oczkami i ani ów wzrok, którym mnie lustrował, ani te oczka jakoś do niego nie pasowały, chociaż, dalibóg, muszę się zwolnić z obowiązku eksplikacji, nie wyjaśnię więc, dlaczego. Pies leżał pomiędzy mną a lekarzem od psów, pomiędzy moimi a jego nogami, pod biurkiem, potężnym i zawalonym wszystkim, co w takim gabinecie potrzebne i całkiem zbędne, pies leżał i również dyszał, lecz jego, psa, sapanie było mi milsze, delikatniejsze, bardziej na miejscu. Pies poruszył się nieznacznie; podrapałem go za uchem, potem pod brodą, wiedziałem, gdzie lubi najbardziej – odwdzięczył się, niespiesznie polizał mnie po wierzchu dłoni, język miał suchy i jak zawsze chropowaty, przyjemnie chropowaty; mój przyjacielu, pomyślałem, braciszku.

No cóż, odezwał się głosem cichym i ciężkim jednocześnie, głosem, który, można było odnieść takie wrażenie, wisiał w powietrzu jeszcze chwilę po tym, jak zanikł, niczym dym z naszych już jakiś czas temu zgaszonych papierosów, dym, który nadal unosił się w gabinecie z małym, do połowy uchylonym oknem; no cóż, co ja tu będę, ten, tego, wielce panu opowiadał, nie jest źle, a zważywszy na dostojny wiek pana przyjaciela, powiem więcej, powiem mocniej, jest, drogi panie, w zasadzie dobrze, zamilkł, właściwie trzeba powiedzieć – zawiesił się, być może zmęczony, patrząc na niego dochodziłem do wniosku, że trudno byłoby znaleźć czynność, choćby najlżejszą, która nie męczyłaby go, proszę pamiętać o słusznej korpulencji, o okrągłej, gargantuicznej, sądzę, że mam prawo użyć tego sformułowania, głowie i o zaroście chyba także trzeba pamiętać.

Właściwie wszystko, co było do powiedzenia, zostało powiedziane, tak mi się wydaje teraz i wówczas też tak sądziłem; słowa się wyczerpały. Lekarz od psów patrzył na mnie nadal, pan i pies, rzekł po dłuższej chwili zawieszenia, jakby chcąc zaprzeczyć temu spostrzeżeniu, które na mnie spłynęło, zanegować je albo co najmniej wziąć w jakiś nawias, pan i pana pies, wie pan, ale umilkł, chyba niespodziewanie, tak jak niespodzianie chciał coś dopowiedzieć, jakby chciał ów wyczerpany przecież limit słów zwiększyć, podbić, ale umilkł, wciąż na mnie patrząc. I po kolejnej chwili ciężkiego milczenia spróbował – tak przypuszczam, tak mi się wydaje, że była to tego rodzaju próba – otóż spróbował się chyba roześmiać, koniec końców (próba ewidentnie, boleśnie nieudana), nawet się nie uśmiechnął, zadławił się, myślę, zaczął kasłać, był nawet moment, że otarła się o mnie myśl, iż się dusi; pies, zaniepokojony, uniósł łeb, usiadł, podkulił ogon, znów podrapałem go za uchem, tak, jak lubił najbardziej. Lekarz od psów uspokoił się, oddech doprowadził do w miarę regularnych sapnięć, pożegnaliśmy się bez słów, słusznie przypuszczałem, że limit się wyczerpał, nie było nic więcej do powiedzenia.

Zmierzch ery szczęśliwych złudzeń (obraz i podobieństwo). Część 2

8 marca 2018 § Dodaj komentarz

Zmierzch ery szczęśliwych złudzeń (obraz i podobieństwo)

7 lutego 2018 § Dodaj komentarz

/fotografia: Elliott Erwitt/

Neapol, numero uno

22 stycznia 2018 § Dodaj komentarz

Wspaniałe ujęcie.

W Neapolu numer jeden jest nadal ten sam.