Ostatnie kosze wiklinowe

2 listopada 2018 § Dodaj komentarz

Czuję w dłoni mocno naprężoną smycz, ciągnie się pies ku morzu, zawsze się ciągnął ku wodzie, tak że morze nie jest tu wyjątkiem, tak że nie dziwię się zupełnie, a nawet więcej – to ciągnięcie się napełnia mnie swego rodzaju rozrzewnieniem, albowiem ta jego, psa przypadłość nie jest, jak zdawać by się mogło, cechą właściwą wieku szczenięcemu, lecz stanowi istotny rys jego charakteru, jest w tego psa wpisana i gdyby któregoś dnia nie ciągnąłby się ku wodzie, gdyby zaniechał szarpania smyczy a wraz ze smyczą szarpania i mnie, to wówczas, tak, niewątpliwie zaniepokoiłbym się. Ale teraz ma lat szesnaście, stary, poczciwy przyjaciel, i szarpie mnie ku morzu, choć dyszy, charczy ciężko, trudno mu już w tym piasku, poprzez tę plażę ku wodzie się ciągnąć i mnie nie jest lekko, piasek zdaje się tutaj jakby szczególnie głęboki, acz żadnej pretensji do niego nie mam, odrzucam jakąkolwiek skargę – też mi byłby to resentyment, pożal się Boże – raczej odczuwam wspomniane rozrzewnienie, przypominam sobie te wszystkie nasze wędrówki, spacery wszelakie, ku wodzie i wszędzie indziej, choć, prawdę mówiąc, gdy był szczeniakiem, w co trudno mi dziś niemal uwierzyć, szesnaście lat to nie mrugnięcie okiem (czas nigdy nie ginie), otóż wtedy, owszem, to ja musiałem go ciągnąć, zdarzało się. Potem jednak, raz posmakowawszy w kąpieli, w pogoni wpław za patykami, za piłką, za czymkolwiek (nie przesadzam), potem jednak rozkochał się mój pies w wodzie, że ni sól morska, ni prąd rzeki czy wreszcie kwitnące intensywnie wczesnym latem tafle jezior go nie odstraszały, za nic je miał, że, bywało, siłą lub fortelem go z plaż odciągać musiałem i te okoliczności niekiedy furorę robiły, gdym je przy takiej czy innej okazji tu i ówdzie relacjonował.

Słońce się chyli, w ostatnich pokłonach się rozpływa, pomarańczowa – ostatnia faza – gęsta kula, jaskrawa, intensywna ponad cierpliwość oczu, tak że muszę je mrużyć, z wolna czerwienią się napełniająca, ta czerwona już w sumie kula chowa się w morzu, ostatnie ukłony, żegnaj dniu, jak zawsze niespełniony, jak zawsze przedwcześnie żegnany, żegnaj, słońce się tli jeszcze, lecz znika, rozpływa się w morzu, poza horyzont, poza pulę dzisiejszych zdarzeń, które się zdarzyły i które się nie zdarzyły, choć zaistniały w potencji, słońce już niemal skryte, ostatnie oddechy przed zmierzchem.

Ona się tuli do niego, wtulona weń, suną plażą wtulone sylwetki, cienie doprawdy, już poza słońcem wszystko, poza horyzontem zdarzeń; one się tulą do nich, oni wtulenie odwzajemniają, taka pora, żeśmy z psem na tej plaży prawie niczym intruzi, jeszcze jakaś spóźniona rodzina, dzieci na rękach niesione, być może już śpiące, zagubione dzieci na rękach, zagubione we mroku, zatrzymane zabawą, uciechą, pogrążeni w beztrosce, lecz teraz już poza horyzontem zdarzeń, teraz już czas ich wzywa, już sen się upomina, oto królestwo nocy, zmierzch jest hasłem do odwrotu dla zapóźnionych w beztrosce rodzin, dzieci na wpół przytomne, znużone i dzień znużony ustał, oto królestwo nocy, teraz już tylko wtuleni, objęci, ona i on, ręka na biodrze, na ramieniu, dłoń muskająca jej plecy, dłoń spoczywająca na pośladkach albo i dłonie splecione, powietrze jest gorące i horyzont zdarzeń szerszy, tu i ówdzie przystanki na pocałunki, palce wplecione we włosy, wiklinowe kosze, ona i on, niczym wyspy, niczym zapowiedzi nadchodzącej nocy, wiklinowe kosze wypełnione szeptami, oddechami, szelestem rozgrzanych warg, jesteśmy intruzami. Wprawdzie ja bardziej, bo pies zaległ, zmęczony, sfatygowany, wykopał sobie niespieszne coś na kształt dołka, w którym zaległ, skulił się, jak to tylko on potrafi, patrząc z góry przypomina przechyloną literę C, język tylko wywiesił, pewnie spragniony. Patrzę wciąż w morze, och, teraz to omal li tylko granatowa, a może już czarna przestrzeń, nadchodzi królestwo nocy, tak że niepodobna już precyzyjnie różnicować, czarna przestrzeń, bliska i utracona zarazem, spokojne fale rozbijają się, odnoszę wrażenie, tuż przed moimi stopami, tuż przed psem skulonym w literę C, w groźnym a cichym szumie odnajduję niejakie ukojenie i niechęć, by uczynić cokolwiek; odwracam się, wiklinowe kosze i ja, i my przed nimi, zbędni, spowici mrokiem, niedostrzegalni i niepotrzebni, przede mną Kormoranów, istnieje jeszcze, znaczy perspektywę nikłymi światłami, różowe, blade, także żółte plamy, rzadkie, szeroko rozstawione, tak jakby nakrapiane, ciche refleksy światła, oto i ledwie zarysowana sylwetka ośrodka „Bałtyk”, w którym się zatrzymałem, istnieje jeszcze, jeszcze istniejemy, przeklęte słowo: jeszcze; chodź, zmuszam siebie i psa, chodź, czas na nas, królestwo nocy, lekko szarpię za smycz, ogarnia mnie przeświadczenie, że już nigdy tutaj nie wrócę, znów wzrok w kierunku morza, bezmiar czerniejącej otchłani wody, przy brzegu zmierzwionej falami, bezmiar morza zlewa się z bezkresnym niebem, gwiazdy nieliczne, noc w sumie jest dość mroczna, potęga nocy, otóż to, już tutaj nie wrócę, myślę i na moment zamieram, potęga nostalgii, już tutaj nie wrócę, chociaż będę tu zawsze, czas się nigdy nie gubi, tak.

Reklamy

Wymienni

26 października 2018 § Dodaj komentarz

I tak mija nam życie, mija na udawaniu, że jesteśmy wyjątkowi i wybrani, podczas gdy naprawdę okazujemy się wymienni, okazujemy się rezultatem smętnej, żałosnej, odpustowej loterii.

Javier Marías, Czarne plecy czasu

A poza tym zmierzch, październik; zmierzcha się i będzie jeszcze bardziej.

Dentystki

4 października 2018 § Dodaj komentarz

Dwa stoliki dalej patrząc lekko z ukosa, wszakże bez potrzeby przekręcania głowy, dwa stoliki dalej, nieco na prawo i nieco w przód, wystarczyło popłynąć w tamtym kierunku wzrokiem, siedziała dwa stoliki dalej, w zasadzie siedziały we trzy; przyjechały z Krakowa, o tym dowiem się trochę później, wszystkie trzy to dentystki z Krakowa, klinika z Krakowa od wielu już sezonów rezerwuje miejsca w „Bałtyku” dla swoich dentystów, ale te trzy są tu po raz pierwszy, pierwszy raz je bowiem widzę, to znaczy nie teraz po raz pierwszy, nie dziś, ale są tu pierwszy raz, trochę później powiedział nam recepcjonista. Marta siedziała dwa stoliki dalej, patrząc lekko z ukosa; noga zarzucona na nogę, lekko i dostojnie, od pierwszego spojrzenia, które na nią zarzuciłem emanowała od niej jakaś powaga i – mówiłem już – spokój, siedziała lekko, krótka spódniczka odsłaniała uda, nie blade, ale też niezbyt opalone, powiedziałbym, że opalone nienachalnie, noga przewieszona przez nogę, bardzo zgrabne nogi; luźna, przewiewna bluzeczka nie skrywała ramion, samoistnie się z nich zsuwała, ramiona zgrabne, plecy również odkryte w znacznej mierze, jaśniejszy nieopalony ślad po kostiumie kąpielowym.

Zdarzenia się dzieją albo i nie, życie może stać się opowieścią, choć prawdopodobnie nie ma specjalnych przeszkód lub tych przeszkód jest tyle samo, by mogło przejść bez echa, z grubsza tak to wygląda i przydarzyło się, że spośród tych trzech dentystek, a każdej z nich niczego nie brakowało, każdą napotkaną osobno bez trudu wyłowiłby wzrok głodny, nienasycony i piękna spragniony; mówiąc bez zbędnych deliberacji – na każdą zwróciłby uwagę wzrok spragniony, jak również padłby na nie (każda dentystka osobno) wzrok nasycony, albowiem przyciągały spojrzenia, albowiem były piękne, tak każda osobno, jak wszystkie razem, przy tamtym stoliku, dwa dalej od naszego patrząc lekko z ukosa, lekko w przód i na prawo, piękne były, jednakowoż tak się zdarzyło, że nasze spojrzenia, spojrzenie moje i spojrzenie Horsta, każde osobno i oba naraz, zdarzyło się tak, że nasze spojrzenia spoczęły na Marcie, choć mogło się zdarzyć inaczej, lecz życie lubi się przeobrazić w opowieść, jak gdyby nie chciało przemknąć bez echa, zdarzenia się przytrafiają, się dzieją, nie dopuszczając woli, decyzji, zdarzenia się przytrafiają, krzyżując losy i łącząc opowieści. I – trwało to niezbyt długo, właściwie nie trwało w ogóle, choć teraz, gdy czas nie znikając, nie gubiąc niczego popłynął wszakże wraz z opowieścią życia odnoszę wrażenie, że trwało to jakoś wyobrażalnie, że coś myślałem w tamtej chwili, która zapewne nie trwała w ogóle, myśli się przecież zawsze, nawet sny się myślą i śniąc się trwają (czas się nie gubi), acz przecież ją zarejestrowałem i nie po raz pierwszy wyobrażam ją sobie teraz – i Marta również odwzajemniła spojrzenie, niemalże w odpowiedzi, niemalże czując na sobie nasze spojrzenia, przywołuję teraz to wszystko, odtwarzam, czas nigdzie nie zginął, niemal zmuszona ciężarem naszych spojrzeń albo drażniona nieznacznie opadającymi to znów wznoszonymi powiekami, niemal zmuszona była odpowiedzieć oczami, a może chciała; Marta spojrzała również, ale spotkać się mogła tylko z jednymi oczami, wszystko ustało, zamarło, mewy zastygły, nawoływania sprzedawców i naganiacza utknęły gdzieś, zawieszone, ucichł wentylator, okropny szum wentylatora rozpłynął się na moment, który zapewne nie trwał w ogóle, albo trwać będzie przez wieczność, to nie były moje oczy, nie im wyszły na spotkanie oczy Marty.

Tryptyk domknięty (serce, trener i jezioro)

18 września 2018 § Dodaj komentarz

Cóż począć, że teraz to wspominam, tamten październik minionej jesieni, tamtą niedzielę, deszczową, która zapadła w pamięć, może i niedzielę niepozbawioną niedopowiedzeń, może i rysującą się tu nazbyt jaskrawo, tam zaś nieco niewyraźnie, jakby za mgłą, chociaż tamta niedziela mgłą się zaczęła, mgłą spowiła i już na zawsze, zapewne, we mgle niejakiej się będzie unosić. Cóż począć, skoro nie wiem do końca, a nawet, wyznam, nie wiem w ogóle, skąd dziś, teraz, ta niedziela do mnie przychodzi, dlaczego powraca. Jednak taka już moja, taka nasza natura, że umysł wędruje swoimi drogami, nie pyta woli o zdanie, i jak język często wyprzedza myśl, tak myśl jest szybsza od woli, a wspomnienie przychodzi, nieproszone, nie wprost przynajmniej, niepytane, ale przecież nie znaczy to, że niepożądane, że obce, co to, to nie. Więc może dlatego, że idę teraz, idziemy, mijając bokiem Niezbaniewice; o, tu po lewej, pod lasem cyrk stawał w swoim czasie, raz na dwa lata, mniej więcej, cyklicznie, albo stawały karuzele, właściwie wesołe miasteczko, bo pamiętam i krzywe zwierciadła, jak również strzelnicę, gdzie nigdy niczego nie udało mi się utrafić, a czasu trwoniłem tam niemało, pamiętam. Kawałek dalej, mijając tę przestrzeń pod lasem, która gościła cyrk i karuzele, idąc tą wąską ścieżką, dziś już porośniętą, jakby najlepszy okres miała już za sobą, i tak chyba jest w istocie, porośniętą tępą trawą, przerośniętą, nieładną, depcząc wytrwale tę ścieżkę już wydeptaną dobitnie, po lewej las, po prawej przestrzeń, potem pola, pierwsze zabudowania Niezbaniewic, przechodząc zagajnik, o, jeśli tak pójdę, natrafię na te jeziora, najpierw jedno, następnie drugie, bo te jeziora mi też się przecież ukazały, wyśniły, te jeziora również jakoś luźno do tej historii z trenerem Mieczysławem się przypisały, pójdę więc nad to jezioro, jedno, a potem nad drugie.

Oto i pierwsze; z nim jakby większa wiąże się nostalgia, jakby sentyment mocniejszy, sam nie wiem, czy to ten wiatr, te powietrze, w każdym razie oczy, czuję, oczy stają się wilgne, a i coś w gardle zaczyna dławić, trudniej przychodzi ślinę przełykać – oto i pierwsze jezioro. Nie szukam nawet specjalnie reminiscencji, cóż takie jezioro, ktoś powie, poda w wątpliwość, cóż takie jezioro, lecz ja już je widzę w pełni lata, środek sezonu, nic to, że mamy wprawdzie wrzesień, październik się niemal wyłania, jesień otwarta, lecz z pamięci wyłania się nasza plaża, piasek, żółty, soczysty piasek, gorący, miękki, poprzeplatany kępami suchej trawy, rozgrzanymi, a w wodę się wbija pomost, niedawno go postawili, solidny, srogo pracowali kafarami, w wodę lecą przeboje tamtych wakacji, przyczepa kempingowa służąca za małą gastronomię, pierwszą, jedyną i ostatnią na naszej plaży, mała gastronomia jest wyposażona w głośniki i płyną refreny, od tafli jeziora niezmąconej dziś wiatrem się odbijają, wracają, od jeziora odbijają się śmiechy dziewczyn, bo głównie dziewczęce śmiechy pamiętam. Głosy dziewczęce pamiętam i słyszę, głosy ze śmiechem złączone, wtedy dalekie dość, tak mi się wydaje, chociaż znów tak odległe być nie mogły, za silne dziś, tak, dziś – na pewno bliskie. A pamiętasz – to głosy, słodkie i pożądane – wczoraj go widziałam, od „Żółwia” wychodził akurat i pewna jestem, że na mnie się patrzył; w piątek w „Ramonie”, ja będę, na jakże mogłabym nie być, będę na pewno, on będzie, podobno sam, już zjechał po sesji, a z tamtą się rozstał, nieważne, wiem, po prostu; na tamtą tylko spójrz, co za kostium, no gdzie w takim do ludzi, gdzie w tym czymś na plażę, mało jej piersi nie wyskoczą, choć nikt i tak na nią nie spogląda. Lecą przeboje tamtych wakacji, topi się masło na chlebie, pomiędzy palce spływa, gdyśmy tak stali zasłuchani, mniej w przeboje ówczesnej kanikuły, bardziej w te głosy, dziewczęce głosy, kobiece, bo, trzeba wyznać, kobiety młode większą budziły fascynację niźli rówieśnice i z żalem się oddalamy, acz nie bez celu, do wody, się pokazać, popisać, kto tam sprawniejszy, który jakim stylem sprawniej wodę rozbija, do wody, a z brzegu wodą niesione głosy płyną, choć teraz szlagierami nieco zagłuszone. Wreszcie, co nie bez znaczenia – wracam już do jesieni – wreszcie widzę przecież wyraźnie, że stoi nadal, sfatygowany, omszały, w roślinności rozlicznej skąpany, otóż stoi nasz dawny pomost, a raczej, bądź przeklęty, czasie, bądźcież przeklęte, ludzkie zaniedbania, a raczej stoi to, co z pomostu naszego pozostało; no i pamiętam, że na tym pomoście Horst, bywało, przesiadywał z Martą.

Dobrze, już dobrze, kompanie, trzy, cztery razy ci jeszcze rzucę ten patyk, jeszcze popływasz, choć widzę przecież, żeś mocno sfatygowany, nie próżnowałeś, jak moja pamięć nie próżnowała, mokry, w zasadzie przemoknięty jesteś, gdy wrócimy ten charakterystyczny, intensywny zapach mokrej sierści nie opuści nas do rana najpewniej; no, leć, daleko ci już nie rzucę, boś zmęczony, to już nie ten czas, nie te lata, co prawda widzę, że głowę masz mocną, że głowa twoja jeszcze chce i więcej by chciała i tej twojej głowie nawet ufam, wszakże nie wierzę już twemu ciału, już nie wierzę, już tam do środka niedołęstwo się wkradło; no dobrze, raz i drugi jeszcze popróbujemy, a potem wracamy, bo i zmierzch wkrótce spłynie na Niezbaniewice, na naszą plażę, jezioro, zmierzch wkrótce skryje pomost, na którym Horst siedział nieraz z Martą i to, wierz mi, przyjacielu, i to nie jest pozbawione znaczenia.

Serce trenera Mieczysława. Anioł, Matador i brak zdziwień

5 września 2018 § 1 komentarz

Do dwunastej zatem minuty wytrwaliśmy, mężnie odpierając nawałnicę, która skrzydłami i środkiem, krótkim rozegraniem z klepki i długim przerzutem, dostojną centrą i nonszalancką kiwką, drzwiami i oknami zalewała nasze pole karne, nierzadko pole bramkowe, choć trzeba z całą uczciwością przyznać, że raz – raz, o ile pamięć moja mnie nie zawodzi, zresztą, inną relacją nie dysponuję – raz w ciągu tych dwunastu minut uratowała nas poprzeczka, a co najmniej trzykrotnie piłka trafiała wprost w bramkarza Wojciecha, który przy tych uderzeniach ani raczył drgnąć, co, patrząc z perspektywy czasu, okazało się rozwiązaniem optymalnym, to znaczy skuteczną interwencją, przynajmniej do tej dwunastej minuty, nie wiem, być może feralnej a być może wcale nie, do tej dwunastej minuty, potem było już tylko gorzej, stało się nieuniknione, tak to dziś widzę. I co tu się dziwić trenerowi Mieczysławowi, co tu się dziwić sercu trenera Mieczysława, kiedy później, gdy rywal już nas napoczął, bodaj przy stanie trzy zero, zmarnowaliśmy w sposób iście popisowy, wzorcowy, można nawet powiedzieć – w sposób skandaliczny, tak, zmarnowaliśmy dwie wyśmienite okazje, wyśmienite i jedyne, jak się następnie okazało, a w zasadzie, zastrzegam, że nie chodzi tu o wskazywanie palcem, o zrzucanie winy, a w zasadzie zmarnował je Anioł, który dwukrotnie stawał oko w oko z bramkarzem Tajfunu i były to jedyne nasze wizyty w okolicach „szesnastki” gospodarzy, Anioł zaś był jedynym z nas, który mógł spojrzeć na przysadzistego bramkarza przeciwników, bramkarza o dużej, jajowatej głowie, obdarzonej wielkimi zakolami, które to szczegóły mogłem zaobserwować podczas rozgrzewki, gdyśmy truchtali po wilgotnej murawie, pod deszczowym niebem w Żądzierzy w to wczesne niedzielne popołudnie. Prawdę powiedziawszy, Anioł był jedynym naszym graczem, który mógł w takiej ofensywnej sytuacji się znaleźć, albowiem był jedynym piłkarzem o nie tylko inklinacjach, ale i zadaniach ofensywnych w naszym zespole (dziewięciu plus bramkarz zazwyczaj, czyli niemal zawsze, byliśmy od typowej roboty destrukcyjnej, obronnej, skomasowanej roboty obronnej), i zarazem jedynym z nas, którego można było nazwać piłkarzem, i jedynym, który budził niekiedy szacunek rywala; wydaje się więc zupełnie logiczne, choć sport przecież, a już na pewno piłka, zwłaszcza na szóstym poziomie rozgrywkowym niewiele ma z logiką wspólnego, już spójrzmy choćby na te czterdziesto-, czy pięćdziesięciokilometrowe niekiedy wyjazdy finansowane z własnej kieszeni, pięćdziesięciokilometrowe czasem wyjazdy w dżdżyste, listopadowe niedziele, zachęcające mniej lub bardziej przytulnymi wnętrzami barów, albo, odwrotnie, w piękne czerwcowe sobotnie popołudnia, popołudnia zalane słońcem, popołudnia kuszące brązową skórą dziewczyn na plaży, gdy człowiek poważny i ułożony ma mnóstwo spraw na głowie w takie dni, powiedzmy, że teoretycznie wolne od codziennych, mniej lub bardziej wyczerpujących i monotonnych rytuałów, a już na pewno ostatnią z nich jest długi, kilkudziesięciokilometrowy nierzadko wyjazd na mecz w szóstej lidze, by niemal na pewno zainkasować kilka bramek, samemu nie strzelając żadnej i kiedy wynik jeszcze przed pierwszym gwizdkiem sędziego wydaje się przesądzony. My jednak jeździliśmy po regionie – promień pięćdziesięciu kilometrów – jak również podejmowaliśmy rozmaite Tajfuny, Smoki tudzież Zjednoczonych czy Szmaragdowych, jeździliśmy po okolicy w czerwcowe soboty, gdy dokazywało słońce, gdy lekki, przyjemny, niemalże zmysłowy wiatr płynął od jeziora, jednego i drugiego, gdy dziewczyny zdawały się piękne jak nigdy, piękne jak zawsze, na tych plażach, pomostach, rowerach wodnych, gdy z głośników na jeziorem, jednym bądź drugim, wybrzmiewały aktualne przeboje, szlagiery, gdy ta i ów, nieraz bezwiednie, nucili szlagworty. Podejmowaliśmy rywali z naszego województwa w te przepełnione smutkiem, mgłą i drżeniem serca niedziele, smutne niedziele wczesnego listopada (mniej więcej w połowie tego miesiąca, z uwagi na aurę, kończyła się runda jesienna naszych rozgrywek), kiedy trudno wstać z łóżka (jeszcze poleżę, zobacz, jeszcze się dzień nie zaczął, a już zmierzch wkracza, jeszcze poleżę), a – wreszcie! – po tym nie lada wyczynie cóż począć, jeśli nie napić się, w półmrokach barów, przytulnych lub nie, smakować ciężkie wino, gęste, jak wieczór deszczowego listopada i wrócić znów do łóżka, choćby i puste czekało. No, my jednak jeździliśmy, jeździliśmy swoimi samochodami i pod wodzą trenera Mieczysława i również pod jego zwierzchnictwem podejmowaliśmy przeciwnika, z trenerem Mieczysławem na naszej ławce i z Aniołem na szpicy.

Jak chyba wspominałem, trudno się dziwić sercu trenera, że pękło, że nie wytrzymało, zaś pękając skowyt wydało, naprawdę, nie ma w tym nic niezwykłego, doprawdy, nic dziwnego. Zaprawdę, trudno o większy determinizm, niż w przypadku serca trenera Mieczysława, który powtarzał często za angielskim klasykiem, że piłka to nie jest sprawa życia i śmierci, że piłka to coś znacznie bardziej poważnego i serce trenera Mieczysława najwyraźniej to rozumiało, przyjmowało, łagodnie tej perswazji ulegało, gdyż trener nasz miał słabość i do innej znanej maksymy, tej mianowicie, że zwycięstwo nie jest ważne, lecz najważniejsze i serce tego słuchało, a myśmy, mówię bez specjalnej przesady, myśmy nie wygrywali, a serce na to patrzyło i drżało, jak drżał trener Mieczysław, serce truchlało wobec tego braku zwycięstwa, wobec tych marnowanych stuprocentowych a nielicznych okazji, tak, zdobywaliśmy bardzo mało bramek i wszystkie zdobywał je Anioł. Chcąc być uczciwym, muszę wspomnieć i Matadora, który prawdopodobnie jako jedyny mógłby, niechby i potencjalnie tylko, pokusić się, by wesprzeć nieco w ofensywie Anioła, wszak czas musiałby stanąć kilka lat temu, musiałby się zatrzymać na długo przed tym fatalnym sezonem, na długo przed tą tragiczną rundą jesienną, a zwłaszcza przed wzmiankowanym październikiem, wilgotną niedzielą w Żądzierzy, gdy ostatecznie serce trenera Mieczysława nie wytrzymało. Wspominam więc i Matadora, który w rzeczonym sezonie stanowił już cień dawnego gracza, przemianowany przez trenera na typowego wymiatacza, czyściciela (nie zastanawiaj się, nie próbuj nawet dryblingu, wyprowadzenia kontry, po prostu długa piła do przodu, może Anioł ją przejmie i trochę smrodu w przodzie zasieje, mówił mu podczas odprawy przedmeczowej trener Mieczysław, acz najczęściej podczas krótkiej instrukcji gdzieś tak na kwadrans przed końcem meczu, bo na piętnaście ledwie minut Matadorowi starczało już sił w tamtym okresie, który okazał się zmierzchem naszej drużyny, nie miał już więc sił Matador na całe spotkanie i z trudem wiązał już wówczas samodzielnie sznurówki w swoich korkach); wspominam więc i Matadora i nie mogę wykluczyć, że i jego postawa, skłonność do egoistycznej gry wbrew rzeczywistym umiejętnościom, przynajmniej wtedy, tamtej jesieni, kłopoty ze sznurówkami i tak dalej, otóż nie sposób do końca odrzucić myśl, że i on miał wpływ na taką a nie inną reakcję serca trenera Mieczysława. Któż jednak nie miał wpływu, ze mną na czele, ze mną w pierwszym szeregu, bo i ja zawiodłem trenera, nie raz i nie dwa, któż jednak nie nosi w sobie winy, choćby cząstki odpowiedzialności za to, że serce już dłużej nie chciało spoglądać na dramatyczną sytuację w tabeli naszej ligi, szóstej, jak na pewno wspominałem, znieść tego nie mogło, tych upokorzeń, permanentnej defensywy, niewykorzystywanych sytuacji, tyleż klarownych, co nielicznych – w pamięci noszę także przynajmniej jeden rzut karny, przestrzelony, a jakże, przez Anioła – nie potrafiło ścierpieć starań trenera Mieczysława, starań, by mimo wszystko coś ugrać, tych jego nadziei i nieustępliwości, tego, że wbrew wszystkiemu i również wbrew wszystkim coś w nas widział, kto wie, może po prostu widział w nas piłkarzy. Czasem, gdy wracam do tamtych chwil, nie sposób uwolnić mi się od myśli, że serce chciało wyzwolić trenera Mieczysława, że serce pękło, nie mogąc znieść jego trosk i boleści. Serce trenera Mieczysława nie wytrzymało, pękło i nie jestem w stanie temu się dziwić.

Przedtem: Serce trenera Mieczysława

Enigma w westybulu

28 sierpnia 2018 § Dodaj komentarz

Słońce już jakby jakieś inne.

Ależ to trzeba przecież redukować, mówi E., redukować, nawet ad absurdum, dostrzegam w jej oczach płomienie, zapał, których jej zazdroszczę. Jeszcze, wydaje mi się, nie jestem gotowy na ostateczność, żeby tak świadomie w nią, sam z siebie; prędzej, mniemam, ostateczność zgłosi się po mnie i pójdę w nią, za nią, niepytany, zredukowany, nawet ad absurdum – powiedzmy sobie, że niedorzeczność nie jest najbardziej absurdalnym zjawiskiem, z którym przyszło nam obcować.

Ostatnie burze letnie, niespełnione deszcze, którym nie dane było się wyspowiadać po kres, jeszcze niedomknięte, zarysowane ledwie pytania, horyzonty wieczorne (słońce już jakby jakieś inne), pomimo barw, umykającego, lecz wciąż ciepła i wymalowanych pasteli, otóż pomimo tego i innych jeszcze okoliczności tajemnica już, już się wyłania, kąsa, rodzi niepokój, zwiastuje odwieczne zmagania, choć i tak skazani jesteśmy na klęskę, niechby i urodzajną, przeklęty westybul enigmy, zmierzch lata, och, to już nie lato, jeszcze nie jesień, nieledwie przedsionek jesieni, zmierzchy w pastelach (słońce już jakby jakieś inne), poranki błękitne, czerwone, poranki wymalowane zamaszyście. Pora, którą rozpoznam, tak czy inaczej wyczuję, choć nigdy nie sposób jej zrozumieć, ogarnąć pojęciem, pora barw najpiękniejszych, zmysłowych i pełna mrocznego bólu zarazem, nostalgia przygniata serca, pora niezdefiniowana, w której, mam wrażenie, ukryte są rozliczne odpowiedzi (odwieczne, niedzisiejsze pytania, słońce już jakby jakieś inne), nie starczy czasu jednak i sił, by je odszukać, zrozumieć; tego sentymentu może zbyt wiele.

Nauczyłem się o tym milczeć, mam taką przynajmniej nadzieję. Co jednak, jeśli tym wszystkim rządzi niepodzielnie niedorzeczność, na którą nie ma sposobu, zawodzą wszelkie modus operandi, modus faciendi; co wówczas, jeśli nie potrafię się wyrazić, a całość rozpływa się pośród niedorzeczności, więcej – jeśli całość, o ile można ją ogarnąć, spojrzeć na nią jakoś (wcześniej trzeba wyjść z siebie, poza całość, milczeć) z zewnątrz, zatem, co jeśli całość jest niedorzecznością? Trzeba milczeć, nauczyć się milczeć, to ostatnie, co zostaje; widzę siebie, niezdarnie przebieram nogami, żałośnie załamuję ręce, rozpływam się w milczeniu pośród uniwersum niedorzeczności. Dobrze, że jest to milczenie, niemy modus operandi, lepiej to, niż wyszeptać o słowo za dużo.

Podsuń mi trochę smutnej muzyki, mówię do E. któregoś dnia, ostatnie podmuchy lata, pierwsze szepty jesieni, zawsze nazbyt wyraźne.

Jeszcze wczoraj powiedziałbym, że niedosyt i nienasycenie, dziś wszakże nie potrafię się wyrazić i nie wiem, czy chcę; najpełniej jestem nikim. Jestem skierowany do wewnątrz; z głębi mojego ogrodu obserwuję, w milczeniu.

Nikt nie zadba o ciebie lepiej niż czas, mówi E., a słońce – już jakby jakieś inne – a słońce zwisa nisko, chyli się, nabrzmiałe czerwienią wygasającego lata.

/zdjęcie – Erik Witsoe/

Serce trenera Mieczysława

21 sierpnia 2018 § 1 komentarz

Gdyby serce mogło myśleć, przestałoby bić.
Fernando Pessoa

Serce trenera Mieczysława nie wytrzymało, pękło; inaczej być nie mogło, nie. Jak to było w istocie, jak to było wówczas, gdyśmy przez pierwsze dwanaście minut bohatersko stawiali opór zmasowanej ofensywie – od pierwszej minuty, od pierwszego gwizdka szpakowatego arbitra z idealnym, jak to pamiętam, przedziałkiem pośrodku czaszki i niechlujnym, niejako dla równowagi, wąsie, arbitra najpewniej zdegradowanego za takie czy inne grzechy, prawdziwe bądź wyimaginowane grzechy, zdegradowanego na nasz poziom z wyższej klasy rozgrywkowej – gdyśmy więc w sposób heroiczny w pełnym tego słowa znaczeniu bronili się przez całe dwanaście minut przed regularnym naporem gospodarzy, wiceliderem szóstej ligi naszego okręgu, niecieszącym się najlepsza opinią, a raczej, dość eufemizmów, cieszącym się zupełnie zasłużoną złą sławą Tajfunem Żądzierz, jak to więc było wtedy, w tamtą dość mokrą, śliską niedzielę późnego października, chociaż bardzo lubiłem, gdy murawa jest śliska, mokra, nie tylko w październiku zresztą, otóż nie mogę już dziś, po tylu latach, dawać stuprocentowej rękojmi, że było tak, jak teraz to pamiętam, niemniej jestem przekonany, że serce trenera Mieczysława zamierając, pękając, wydało z siebie przerażający jęk – w istocie, serce trenera Mieczysława pękło. Skulony, w kłębek jakby zwinięty przez chwilę jeszcze zajmował miejsce na wąskiej ławeczce pod blaszanym daszkiem, wspartym na drewnianych słupkach, która to osobliwa całość stanowiła miejsce przeznaczone dla ekipy przyjezdnej, dla gości, czyli dla nas, którzy stawiliśmy się w Żądzierzy w sile trzynastu graczy, którzy stawiliśmy się w trzynastu pod przywództwem trenera Mieczysława w tamtą wilgotną niedzielę, pamiętam, że niebo od samego rana przypominało gąbkę, chmury były bardzo gąbczaste, o fantazyjnych, ale regularnych kształtach i od samego rana, można było odnieść takie wrażenie, jakaś systematyczna, choć niezbyt śpieszna ręka tę gąbkę wyżymała, jednak, jak już mówiłem, tego rodzaju aura zupełnie mi nie przeszkadzała, tego rodzaju aurę bardzo lubiłem, sprzyjała bowiem grze szybkiej, sprzyjała grze wślizgiem i była wręcz zaproszeniem do oddawania kąśliwych (po ziemi, to jest po trawie) uderzeń na bramkę, krótko mówiąc trener Mieczysław siedział, o ile wolno użyć tego właśnie słowa, siedział jeszcze przez moment na ławce rezerwowych drużyny gości, na naszej ławce, dziś złudzenie mi podpowiada, że siedział już jakby skurczony, pomniejszony, siedział jeszcze chwilę, po czym osunął się w przestrzeń pomiędzy blachę stanowiącą tylną ściankę tej niezbyt okazałej konstrukcji a krawędź ławeczki. Trener osunął się w przestrzeń, osunął i miał więcej już się nie podnieść, albowiem jego umęczone i zdruzgotane serce pękło i wydarzeniu temu, wspominałem już, towarzyszył przeraźliwy jęk.

Pękając, serce musiało zapłakać; wydało skowyt przeszywający powietrze, mknący poprzez jeszcze bujne drzewa, jeszcze tu i ówdzie zielone liście, lśniące zielenią spotęgowaną deszczem, liście ociekające obfitymi kroplami, błyszczące zielenią sprawiającą wrażenie świeższej, niż była naprawdę, natomiast tu i tam już liście brązowiejące, już pożółkłe i chyba ten skowyt bardziej, lepiej pasował do tej brązowiejącej żółci. I zamarło wszystko na moment w bezruchu, powadze i zaskoczeniu, zamarł kto żyw, obie ekipy, szpakowaty sędzia z przedziałkiem, że o wąsach nie wspomnę, uszanowała tę chwilę miejscowa publiczność, znana w naszej lidze, złą sławą owiana na wzór tych, których wspierali, może nie dopingiem, nie pieśnią popychającą ku zwycięstwu, nie rytmicznym skandowaniem, ale może winem, które spożywali z upodobaniem podczas niedzielnych rozgrywek na poziomie szóstej ligi, może raczej inwektywami, które bez zahamowań rzucano z trybun w kierunku aktualnego rywala, och, zaraz tam z trybun, z trzech rzędów ławek bez oparcia wokół boiska, a raczej, by ściśle to przedstawić, z trzech rzędów ławek bez oparcia ustawionych wzdłuż dwóch dłuższych boków prostokąta boiska, dość przyzwoitego, w miarę równego, z niezłą jak na ten szczebel rozgrywek infrastrukturą, tak więc uszanowała, dostrzegając ją, podniosłość chwili miejscowa publiczność, która stawiła się w tę deszczową niedzielę tamtego pamiętnego października w sile kilkudziesięciu gardeł i tyluż (zapewne więcej) butelek wina, i już nie było najmniejszych wątpliwości, że moment jest niezwyczajny, że moment jest dostojny, serce trenera Mieczysława zamarło, a zamierając wydało skowyt, zamierając pękło i pociągnęło w patos wszystko, co wokół, wszystko, co wokół boiska, tych trzech rzędów stanowiących, umówmy się, trybuny, gdzie zgromadzili się miejscowi, zatrzymało obie drużyny, arbitra, drzewa lśniące umykającą zielenią i już żółte, już brązowe fragmentami, ustał wiatr pośród drzew, tylko skowyt się wewnątrz listowia kołysał, zamarły pobliskie pola, teraz niczym rozpostarte płótna, niczym malowidła, jak ciche, nieruchliwe i smutne pejzaże, wszystko zamarło i wreszcie zamarło także niebo, deszcz ustał, gąbczaste chmury, wielkie, nabrzmiałe, przystanęły, wyhamowały, niebo nisko zawisło, wkrótce ustał i skowyt, nastała cisza, serce trenera Mieczysława nie wytrzymało, sponiewierane.