Kaptur z atrapą futerka

14 listopada 2017 § Dodaj komentarz

Nadchodzi; wypada, bym to przemilczał, być może, być może to byłoby najfortunniejsze rozwiązanie, sam nie wiem, co, kto (być może) mi taką ewentualność podpowiada, wszak – się nasuwa; i wszak, drugie już – się zbliża.

Z infantylnym zapałem odnajduję ślady metafizyki w listopadowych zmierzchach, w tych wszystkich szesnastych dwadzieścia z okładem, pośród parków i resztek zieleni, teraz już przecież zupełnie niezielonej; odnajduję i jakoś się w niej rozpływam, w tej namiastce metafizyki niezielonej. Czasem się kogoś napotka podczas powrotu, milczące twarze, bez świetlnych emisji, milczące, spowite mrokiem, nadto w kaptury wgłębione, sztuczne – rude chyba, tak sądzę – skrawki futerek wiją się po krawędziach. Pytania, w związku z tym, albo i bez niczego, pytania, co ona tam robi, pośród mroku, w głębi niezieleni, w rozkwicie listopada i w konsekwencji roztrząsane ewentualności, wciąż bez światła, przeciwnie, co krok głębiej, mroczniej, prosto w listopad, który – mimo rozkwitu – stanowi schyłek. Dalekim od tego, by popaść w stupor, niemniej dopada mnie internalizacja, rzekłbym – peremptoryczna; przenoszę ją, tamtą, ukrytą w kapturze z atrapą futerka, biorę ją do siebie, jej życie, możliwe, wizualizowane wewnątrz, bo przecież mi nieznane, przenoszę, roztrząsam, jednoczą się plany, płaszczyzny, symultaniczna zagrywka, a potem, a jednak, a jednak – stupor, bezkresna niemoc w objęciach listopada, co ona tam robi, dociekam wiedziony obietnicą kolejnych czerwców.

Roztrząsam dalej; sam nie wiem, czy jest większy sens w tym pisaniu: palec, klawiatura, wszystko, i reszta jeszcze pomiędzy, kilka procesów, zmniejszenie dawki, rzucić to wszystko, tyle tylko, że ty jesteś i – na pewno zauważyłaś – to jedyna metoda, bym mógł do ciebie się zwracać. Twoja twarz, smutne oczy, wyobrażam sobie tę łzę, która wolno się toczy po policzku (dołeczki, zaprzeszłe uśmiechy, właściwie ich zarys), stroskane palce, opuszki, roztarty tusz. Dojrzałe zagubienie i przebrzmiałe owoce, trzeba się żegnać z mistrzami, chciałbym powiedzieć coś jeszcze, lecz nie starcza mi odwagi, palce nadal stroskane, Buffona nie będzie na Mundialu.

/zdjęcie – pexels.com/

Reklamy

Listopady, teraz

2 listopada 2017 § Dodaj komentarz

„Poranek to nie jest dobra pora na śmierć. Choć nic o śmierci nie wiemy, to dajemy jej prawo do pewnych pór roku, miesięcy, dni, a nawet godzin. Śmierć w listopadzie jest do przyjęcia, wobec śmierci w maju, czerwcu lub lipcu podnosimy bunt”.

Eustachy Rylski, Obok Julii

***

Listopad, niemal koniec świata, kilka minut przed zmierzchem.
Schroniłem się w kawiarni, siadłem tyłem do światła.
Wolne? Zajęte – odpowiadam, rzucam kurtkę na to drugie krzesło.

Och, gotów jestem już wyjść z tego miasta, ręce wytrzeć o
liście, cały ten kurz, tłuszcz miasta
wytrzeć o liście, wyjdź ze mną, zobaczysz.

Znudzimy się i pozabijamy po tygodniu, ale pomyśl o tych
łunach, które pozostawimy za sobą, o tych wszystkich miejscach
i kobietach, mężczyznach; pomyśl – z jaką ulgą

będziemy krzyczeć w hotelowym pokoju, na najwyższym piętrze,
a nasze krzyki dotrą na pewno aż na
portiernię. Wolne? Już, już za chwilę będzie wolne – odpowiadam.
Zmierzch.

Marcin Świetlicki, Listopad

Billy Mercer

27 października 2017 § Dodaj komentarz

Bramkarz Huddersfield Town, William Billy Mercer, rok 1925.

Constans

26 października 2017 § Dodaj komentarz

Nocne strzały, we snach, tarcze i schrony; nie zaczerpnąłem oddechu, więc nie przyszłaś, zabrakło cię, ukojenia, świtu na wyciągnięcie ręki, dłoni, zabrakło. Noc oznaczona jako constans, noc permanentna, pozwól, że w tych ciemnościach tak to ujmę, niech mi będzie wolno, skoro i tak nic innego ująć mnie nie będzie dane; ujęcie, pamiętam fotografię, tamto zdjęcie – zdjęcia! – czerń, biel, jedno, drugie, nawet nie to, że mnie nimi ujęłaś, dość, nie ma cię, wszak słyszę, gdy mówisz: dość, ileż można tak grać, słowem, ujęciem, dość zatem. Tyle że noc, tej nigdy dość, jak gdyby te chmury żwawiej za oknem się przesuwały – chociaż nie, constans, niczego pewnego w tej ciemności, poza nią samą, ciemnieje sama w sobie, jakie więc chmury, że o tym, iż żwawsze, to nawet nie warto deliberować.

Ale oto i pierwsze zapachy, z piekarni, z balkonów – noc w stanie constans – pierwsze świadome mrugnięcia, chociaż z tą świadomością to przecież różnie bywa, o tej porze zwłaszcza, o tej stałej, niezmiennej godzinie, wydłużonej, poza jednostki czasu wykraczającej, dlatego nie przesadzałbym, raz to uczyniłem, pozdrawiam teraz z okopów, barykad, z niezdobytej fortecy pościeli, pozdrawiam ciebie i wypatruję, komiczna mitręga. Tyś ułudą w stanie constans, niczym noc, niczym jej królowa, niedostępna poza litanią, odległa, choć w noc wkomponowana, w nocną pamięć wpleciona – warkocze i komety – najżywszą, rozedrganą, bo nocną; pamięć w ciemnościach i dlatego jest jasne, że wszystko, a zwłaszcza ciebie tamtą, bo innej nie znam, że wszystko ogarnia constans.

Stratyfikuj!

2 października 2017 § Dodaj komentarz

No, może, w końcu; chyba śnisz.

Mimo wszystko nie dokazuj, uspokój się i mnie, wszystkie syderyczne wariacje nieba, z wczorajszym, jakże nocnym na czele; zapach tamtej zupy wciąż jeszcze nie dogasł – stratyfikuj, stratyfikuj! – oglądaj mnie i rozpisuj kolejne historie, choć przecież oboje wiemy, pragniemy, ciągnąc się, za uszy, w czasie, oboje znamy tamtą melodię, rozmierzwione poranki, ciemne, wszak ciemne ciemnością rozmytą i wyblakłą, jak jej, twoja skóra w rachitycznej poświacie, dobiegająca spod drzwi melodia, że pozwolę sobie to podkreślić, z pastelami wdzierającymi się oknami, bez rymów, ale za to ze spokojem, wszystkie – wystarczy jedna – melodie, nieba, ciężkie, lepkie partytury, otóż i uciekające możliwości, bo spojrzysz przecież, zwątpisz, prędzej czy później powiesz, że żal, że szkoda, gorzki smak niespełnienia, łzy trysną na pocieszenie, tyle mogę tobie obiecać, to pewne (zapytasz o perspektywę, o podmiot liryczny – stratyfikuj!), inaczej tego wyobrazić sobie nawet niepodobna, wiesz, ja wiem, doskonale, cóż za zgodność, doskonała wręcz, myślę, że tak właśnie byś powiedziała, odparłem, ulegając pokusie, jej, twój nieodparty urok, pamiętaj o warstwach, pokój, śniadanie, melodia, byle z dala od zgiełku, byle przy dźwiękach przerzucanych stronic, niespiesznie, to na tym w sumie polega, rzeki umykające, mapy nieukończone, zachodzące krainy błogości, kończ i stratyfikuj.

/zdjęcie – Pexels/

Ku słocie

5 września 2017 § Dodaj komentarz

I oto się staje, nadchodzi, znów na naszych oczach, na naszych sercach, zamkniętych, bo to operacja na zamkniętych sercach, moim, twoim, nastaje, znów się rozpycha i ściska. Znów gardło nie wytrzymuje, znów serce ulega, znów zaczęli palić liście; znów łakniesz, najdroższa, tego smutku, najckliwszego, tego smutku, którego się lękasz i pragniesz jednocześnie, taka ambiwalencja w najbardziej jednoznacznej postaci, znów się paradoks wkrada, znowuż poczęli liście palić, ku słocie to wszystko zmierza, ku listopadowi, otóż, tak, słowa się chylą ku listopadowi, już wkrótce, już niedługo, najdroższa, przyjdzie nam wtulić się w siebie, zniknąć w czeluściach błogosławionego listopada.

Niemniej, zaniechasz mnie? Formy ocaleją, skarlałe, pełne boleści, pogmatwane w niejednoznaczności: takie lub inne zakończenie, wybierz, wybieraj, otóż przedsionki, wąskie korytarze; prowadź mnie, dłoń, oto i ona, dłoń, ścieżka, ku słocie, nieprzejednana jesteś w swojej dobroci, nie zaniechasz?

/zdjęcie – Martin U Waltz/

Wariacja z nadzieją na opamiętanie

30 sierpnia 2017 § Dodaj komentarz

Deklaruję sam przed sobą, wszkaże bez wiary w skuteczność tejże deklaracji, że to już ostatni raz; ostatni raz ten temat, a właściwie temat jeden i temat drugi. Nie mogę się powstrzymać; jedyna nadzieja, że za tydzień już będzie po wszystkim.

Na podstawie słynnego obrazu Hoppera, wiadomo na jaką modłę – © Rinaldo Zoontjes.