Mądrość ludowa i starożytni. Ernest Sidło o kłamstwie

21 lutego 2019 § Dodaj komentarz

Ernest Sidło otwiera oczy, mruga: raz, drugi; senne pozostałości, teraz już, można by rzec, niemalże mamidła, nieposłuszne, nie zamierzają ustąpić, światło wkrada się cienką smugą, tnie lekko przestrzeń. Sidło przeczesuje palcami rzadką, ongiś czarną, dziś splamioną siwizną brodę; jeszcze nie umarłem, szepcze.

Nadal wspomina niedawne sny, czy też, ściślej – sny nadal się o niego upominają: śniły mu się latawce, niebieskie, niebo było krystalicznie czyste, ni śladu chmury, ni krzty obłoku, niebo było czyste i niepokalanie błękitne, rzekłbyś – pozbawione skaz. Reminiscencja gęstnieje, omal doskwiera, nabiera cech eksplozji; Ernest Sidło mruga, z każdą sekundą intensywniej, ogarnia go coś na kształt stanu spastycznego. Paradoks: obrazy powracające ze snu, niemalże sielskie, błogie, atakują zawzięcie – eksplozywność, to określenie przychodzi na myśl Ernestowi – niechciane; Sidło siada gwałtownie, aby odżegnać paroksyzm, nie umarłem jeszcze, trochę już głośniej mówi.

Przytomnieje, spokojniej już myśli o osuwających się w niebyt obrazach, płynnie przechodzi na inny temat. Słowa, podejmuje Ernest Sidło, uwielbiam ich plastyczność; paradoks (drugi już tego ranka) i ambiwalencja: słowa są tak elastyczne, że mogę je ulepić na swoją modłę, niechby i najbardziej wydumaną, wyszukaną najmocniej, to z jednej strony, z drugiej wszakże – jeśli już padną, nie wstaną, będą leżeć, spoczywać na wieczność, bo padły. Albo te wszystkie porzekadła, mądrości ludowe tudzież sentencje starożytnych, in vino veritas i tak dalej. Dlaczego u mnie się ona nie sprawdza, ta prawda w winie, rzekoma? No przecież, Ernest Sidło rozpamiętuje minione przypadki, przecież u mnie jest zgoła odwrotnie: ileż to razy, w winie topiąc nadzieje i żądze, nadmiar i zanik, ile to razy kłamałem jak z nut, jak najęty łgałem, ileż to razy słowa pełne kłamstwa nabierały w moich ustach rumieńców, pęczniały, rosły najpiękniej, najcudowniej przybrane, żyły, rozpychały się, brały jeńców i nowych gorliwych wyznawców zyskiwały, rozprzestrzeniając się dzięki ich neofickiemu zapałowi, nieomal czule i łagodnie (prima facie) wzbierając, acz ze skrytą, choć intensywną, wyważoną agresją?

No, zostawmy już starożytnych, myśli, odsuńmy te dywagacje, Ernest Sidło wstaje; a teraz w dzień, Erneście, mówi, teraz w dzień, jeszcze nie umarłem, a więc w dzień i to jest dobre.

/zdjęcie – Patty Maher/

Reklamy

Rekuperacja: wschody, zachody

18 lutego 2019 § Dodaj komentarz

/zdjęcia – kiedyś, gdzieś, na przełomie dekad; obrazy na wskroś sentymentalne/

Duchy miasta kładą się cieniem

12 lutego 2019 § Dodaj komentarz

Może bym i zasnął w Kapłon Korner, skryty w wiklinie, z psem napierającym na me piszczele, ale napierającym w spokoju, raczej nieświadomie, łeb ma bowiem złożony między przednimi łapami, oczy zamknięte, pewnie bym i zasnął, bo kawa od dawna już na mnie nie działa, żadnych pobudzeń, jakiejkolwiek dodatkowej energii; kudłaty kelner poratował mnie ogniem, wypaliłem papierosa w spokoju – kolejne espresso, podwójne, nie powiem, obsłużył mnie sprawnie, szybko – bo i to niedzielne popołudnie było spokojne, by nie rzec: smętne, czas się nie dłużył, był po prostu rozciągnięty, upływał inaczej, dostojnie, wszystko było na miejscu, może bym i zasnął.

Każde miasto ma swoje duchy, cienie, które się kładą na nim, niczym noc najciemniejsza pokrywająca dzień, niczym zmierzch, który niechybnie nadchodzi, choćby i najlepsza zabawa trwała, choćby radości najniewinniejsze i szczere rozkwitały najpiękniej, niechby i rozkosze najmocniej czas rozrywały – otóż zmierzch nadchodzi, noc, duchy i cienie się kładą, w każdym mieście i o każdym czasie. Każde miasto ma swoje parki, najstarsze i mroczne, gdzie splątane gałęzie tworzą fantastyczne kształty, baśniowe figury; gdzie resztki liści wirują targane posępnym wiatrem w apogeum listopada, gdzie na progu maja kasztanowce rażą bielą tudzież potęgą, gdzie labirynty ścieżek, zaszyfrowane aleje i wijące się żywopłoty, gdzie wierzby pogrążone w rozpaczy. Każde miasto ma swoje bramy, kuszące czeluścią, odpychające stęchlizną i wilgocią, bramy otwierające podwórza, poprzecinane sznurami z nigdy nieschnącym, ciężkim praniem, rzędami pordzewiałych rowerów i wózków, bramy skrywające tajemnice i podupadłe zakłady szewskie, czynne do szesnastej warsztaty ślusarskie, pnące się po sfatygowanej cegle balustrady niebezpiecznych balkonów, z rzadka używane trzepaki i nieodłączny chaos nieregularnie opróżnianych kubłów na śmieci; każde miasto ma swoje duchy.

/zdjęcie – kiedyś, gdzieś, na przełomie dekad; obrazy na wskroś sentymentalne/

Gdybym była fortepianem

5 lutego 2019 § Dodaj komentarz

W styczniu (dwudziestego czwartego, by ująć rzecz ściśle), minęły czterdzieści cztery lata od słynnego koncertu Keitha Jarretta w gmachu opery w Kolonii.

Oddajmy głos uczestnikom tamtego wydarzenia:

Minutę po tym, jak zagrał pierwszy dźwięk, wszyscy na sali wiedzieli, że na scenie dzieje się magia; że właśnie ma miejsce coś bardzo szczególnego i znaczącego.

***

Nie siedział cały czas przy instrumencie. Wstawał – siadał – wstawał – tańczył – mruczał – nucił.

***

Wewnętrznie był bardzo skoncentrowany, ale to, co było widać na scenie, było totalną wolnością, autentyczną pasją. To z miejsca ujęło publiczność, a na pewno mnie. Pamiętam jak grał lewą ręką, właściwie medytacyjnie, jak w transie, szczególnie w pierwszej części, te powtarzające się rytmy. To było niezwykłe. A przecież prawą ręką budował te niesamowite, piękne melodie. I oczywiście nie było wiadome dokąd nas swą muzyką zaprowadzi.

***

Pedały się zacinały, część klawiszy w ogóle nie działała – nie dało się na nim grać. Ponieważ było ciemno, nie zauważyłam od początku, że to nie ten fortepian. Znalazłam telefon, zaczęłam dzwonić do każdego, kto mógłby dostarczyć na ten wieczór koncertowy fortepian. Wreszcie rozmawiałam z dyrektorem sceny, na której występował Beirach i przekonałam go, by pożyczył mi instrument. Załatwiłam przyjaciół, którzy mieli przepchać fortepian przez miasto do opery. Wtedy jednak odezwał się stroiciel, który powiedział, że jeśli będę jechać z fortepianem przez miasto w deszczu, to nie tylko Keith Jarrett na nim dziś nie zagra, ale nikt inny już nigdy… Ale to właśnie ten stroiciel nas uratował. Nie wiem jak to zrobił, ale pracując przez bite godziny, ze swoim synem naprawili tego małego Bösendorfera, na którym w końcu Jarrett zagrał koncert.

***

Jarrett nic nie mówił, tylko grał. Dzięki temu było to jeszcze bardziej intymnie. Czasem tańczył, czasem grał wyprostowany, uderzał w struny.

***

Nie chciałem mieć tej płyty. Nie byłem jej w stanie słuchać. Ta muzyka miała na mnie taki wpływ, wywarła tak silne wrażenie, że nie chciałem tego znów poruszać. Dopiero kilka lat temu ośmieliłem się sięgnąć po to nagranie.

***

Wciąż mam w oczach łzy, gdybym była fortepianem, mogłabym Wam to zaśpiewać.

/cytaty za jazzarium.pl, na podstawie reportażu BBC Paula Gambaccini/

Odeur

30 stycznia 2019 § Dodaj komentarz

Przypomniało się mnie, nie wiedzieć czemu, jak Dakłort okrutnie strzelał z dużego palca, zakonnice szły parami i tak dalej, proszę ja was, ale przecież ja nie o tym chciałem, psze państwa, nie tędy.

Gdzieś pomiędzy wspomnieniem szumu jesieni a wyzierającą spośród opadłych igieł modrzewi nostalgią, gdzieś tam jeszcze odnajduję kolorowe tramwaje.

Otóż i ona, ostatnia po tej stronie miasta zajezdnia tramwajowa i nad nią nabrzmiała, czerwona do ostateczności kula słońca, jak ostatecznie nabrzmiała i czerwona może być jedynie na granicy stycznia; nisko zwieszam głowę, stopy już nie te, wracam.

Autobus przebrany za Coca-Colę, Listy do M. dwadzieścia trzy, nierzeczywiste pomruki wiosny i w nieustannym tle tęczowe miasto dwóch świętych patronów; latarnie niczym wygięte nieczule szyje cypryjskich flamingów, szesnasta trzydzieści dziewięć, przesuwają się zachody, wschody, królowo, może i wrócę, zatęsknię, prosimy o więcej.

Jeszcze raz się zaciągnę, jeszcze jeden obłok dymu, ufam, że nieostatni.

Poczekaj, czy coś się stało? – nie zapytałaś; odrzekłbym, że nic, jak zwykle. Jak zwykle robię wszystko, dokładam starań, by nie robić niczego. Kolejne obrazy, oddechy, porzucone szepty, jak zwykle, jak zazwyczaj, spóźnione. Pora już się włączyć, uruchomić, pora przejrzeć na oczy, na oślep trochę szukam odpowiedniego przycisku, zawsze istnieje obawa, że jeszcze nie teraz, nie dziś, nie tym razem. Słowa, nie – bardziej pisk, niezrozumiałe, kompletny brak komunikacji (ostatnia po tej stronie zajezdnia – dalej nie pojadę, mówi, być może nawet do mnie, ściśnięte tęsknotą gardło); niewypowiedziane.

I jeszcze jeden obłok, dym, gryząca chmura, łapczywie się zaciągam, odeur, w dzień, proszę ciebie, w dzień, światło się sączy cienką smugą, początek lub trochę później już teraz, kurtyna.

/zdjęcie: Erik Witsoe/

Ambiwalencja w obrębie gatunku

25 stycznia 2019 § Dodaj komentarz

[I]

Koło czterdziestki owo życie dotąd tymczasowe, stawało się prawdziwym życiem, a to kładło kres marzeniom, wszelkim wyobrażeniom o tym, jak będzie wyglądało prawdziwe życie, do jakiego człowiek jest przeznaczony, jak będzie wyglądała ta wielkość, którą ma osiągnąć. W wieku czterdziestu lat człowiek zaczynał rozumieć, że prawdziwe życie jest tutaj, w tej małości i codzienności, gotowe i ukształtowane, i że na zawsze takie pozostanie, jeśli się czegoś nie zmieni. Jeśli nie zrobi się ostatniego zwrotu.

[II]

Codzienność z jej obowiązkami i rutynowymi czynnościami wytrzymywałem, lecz nie czerpałem z niej radości, nie przydawała ona sensu mojemu życiu ani mnie nie uszczęśliwiała. Nie chodziło o brak ochoty do umycia podłogi, czy zmienienia dziecku pieluchy, tylko o coś bardziej zasadniczego, o to, że nie przeżywałem wartości codziennego życia, lecz chciałem się od niego oderwać; tak było zawsze. Życie, które wiodłem, nie było więc moim życiem. Starałem się uczynić je swoim, toczyłem o to ze sobą walkę, bo przecież chciałem tego, ale mi się nie udawało, tęsknota za czymś innym dziurawiła na wylot wszystko, co robiłem.

Knausgård, Moja walka. Księga 2

/kiedyś, gdzieś, na przełomie dekad; obrazy na wskroś sentymentalne/

Idą

22 stycznia 2019 § Dodaj komentarz

/kiedyś, gdzieś, na przełomie dekad; obrazy na wskroś sentymentalne/