Tryptyk domknięty (serce, trener i jezioro)

18 września 2018 § Dodaj komentarz

Cóż począć, że teraz to wspominam, tamten październik minionej jesieni, tamtą niedzielę, deszczową, która zapadła w pamięć, może i niedzielę niepozbawioną niedopowiedzeń, może i rysującą się tu nazbyt jaskrawo, tam zaś nieco niewyraźnie, jakby za mgłą, chociaż tamta niedziela mgłą się zaczęła, mgłą spowiła i już na zawsze, zapewne, we mgle niejakiej się będzie unosić. Cóż począć, skoro nie wiem do końca, a nawet, wyznam, nie wiem w ogóle, skąd dziś, teraz, ta niedziela do mnie przychodzi, dlaczego powraca. Jednak taka już moja, taka nasza natura, że umysł wędruje swoimi drogami, nie pyta woli o zdanie, i jak język często wyprzedza myśl, tak myśl jest szybsza od woli, a wspomnienie przychodzi, nieproszone, nie wprost przynajmniej, niepytane, ale przecież nie znaczy to, że niepożądane, że obce, co to, to nie. Więc może dlatego, że idę teraz, idziemy, mijając bokiem Niezbaniewice; o, tu po lewej, pod lasem cyrk stawał w swoim czasie, raz na dwa lata, mniej więcej, cyklicznie, albo stawały karuzele, właściwie wesołe miasteczko, bo pamiętam i krzywe zwierciadła, jak również strzelnicę, gdzie nigdy niczego nie udało mi się utrafić, a czasu trwoniłem tam niemało, pamiętam. Kawałek dalej, mijając tę przestrzeń pod lasem, która gościła cyrk i karuzele, idąc tą wąską ścieżką, dziś już porośniętą, jakby najlepszy okres miała już za sobą, i tak chyba jest w istocie, porośniętą tępą trawą, przerośniętą, nieładną, depcząc wytrwale tę ścieżkę już wydeptaną dobitnie, po lewej las, po prawej przestrzeń, potem pola, pierwsze zabudowania Niezbaniewic, przechodząc zagajnik, o, jeśli tak pójdę, natrafię na te jeziora, najpierw jedno, następnie drugie, bo te jeziora mi też się przecież ukazały, wyśniły, te jeziora również jakoś luźno do tej historii z trenerem Mieczysławem się przypisały, pójdę więc nad to jezioro, jedno, a potem nad drugie.

Oto i pierwsze; z nim jakby większa wiąże się nostalgia, jakby sentyment mocniejszy, sam nie wiem, czy to ten wiatr, te powietrze, w każdym razie oczy, czuję, oczy stają się wilgne, a i coś w gardle zaczyna dławić, trudniej przychodzi ślinę przełykać – oto i pierwsze jezioro. Nie szukam nawet specjalnie reminiscencji, cóż takie jezioro, ktoś powie, poda w wątpliwość, cóż takie jezioro, lecz ja już je widzę w pełni lata, środek sezonu, nic to, że mamy wprawdzie wrzesień, październik się niemal wyłania, jesień otwarta, lecz z pamięci wyłania się nasza plaża, piasek, żółty, soczysty piasek, gorący, miękki, poprzeplatany kępami suchej trawy, rozgrzanymi, a w wodę się wbija pomost, niedawno go postawili, solidny, srogo pracowali kafarami, w wodę lecą przeboje tamtych wakacji, przyczepa kempingowa służąca za małą gastronomię, pierwszą, jedyną i ostatnią na naszej plaży, mała gastronomia jest wyposażona w głośniki i płyną refreny, od tafli jeziora niezmąconej dziś wiatrem się odbijają, wracają, od jeziora odbijają się śmiechy dziewczyn, bo głównie dziewczęce śmiechy pamiętam. Głosy dziewczęce pamiętam i słyszę, głosy ze śmiechem złączone, wtedy dalekie dość, tak mi się wydaje, chociaż znów tak odległe być nie mogły, za silne dziś, tak, dziś – na pewno bliskie. A pamiętasz – to głosy, słodkie i pożądane – wczoraj go widziałam, od „Żółwia” wychodził akurat i pewna jestem, że na mnie się patrzył; w piątek w „Ramonie”, ja będę, na jakże mogłabym nie być, będę na pewno, on będzie, podobno sam, już zjechał po sesji, a z tamtą się rozstał, nieważne, wiem, po prostu; na tamtą tylko spójrz, co za kostium, no gdzie w takim do ludzi, gdzie w tym czymś na plażę, mało jej piersi nie wyskoczą, choć nikt i tak na nią nie spogląda. Lecą przeboje tamtych wakacji, topi się masło na chlebie, pomiędzy palce spływa, gdyśmy tak stali zasłuchani, mniej w przeboje ówczesnej kanikuły, bardziej w te głosy, dziewczęce głosy, kobiece, bo, trzeba wyznać, kobiety młode większą budziły fascynację niźli rówieśnice i z żalem się oddalamy, acz nie bez celu, do wody, się pokazać, popisać, kto tam sprawniejszy, który jakim stylem sprawniej wodę rozbija, do wody, a z brzegu wodą niesione głosy płyną, choć teraz szlagierami nieco zagłuszone. Wreszcie, co nie bez znaczenia – wracam już do jesieni – wreszcie widzę przecież wyraźnie, że stoi nadal, sfatygowany, omszały, w roślinności rozlicznej skąpany, otóż stoi nasz dawny pomost, a raczej, bądź przeklęty, czasie, bądźcież przeklęte, ludzkie zaniedbania, a raczej stoi to, co z pomostu naszego pozostało; no i pamiętam, że na tym pomoście Horst, bywało, przesiadywał z Martą.

Dobrze, już dobrze, kompanie, trzy, cztery razy ci jeszcze rzucę ten patyk, jeszcze popływasz, choć widzę przecież, żeś mocno sfatygowany, nie próżnowałeś, jak moja pamięć nie próżnowała, mokry, w zasadzie przemoknięty jesteś, gdy wrócimy ten charakterystyczny, intensywny zapach mokrej sierści nie opuści nas do rana najpewniej; no, leć, daleko ci już nie rzucę, boś zmęczony, to już nie ten czas, nie te lata, co prawda widzę, że głowę masz mocną, że głowa twoja jeszcze chce i więcej by chciała i tej twojej głowie nawet ufam, wszakże nie wierzę już twemu ciału, już nie wierzę, już tam do środka niedołęstwo się wkradło; no dobrze, raz i drugi jeszcze popróbujemy, a potem wracamy, bo i zmierzch wkrótce spłynie na Niezbaniewice, na naszą plażę, jezioro, zmierzch wkrótce skryje pomost, na którym Horst siedział nieraz z Martą i to, wierz mi, przyjacielu, i to nie jest pozbawione znaczenia.

Reklamy

Serce trenera Mieczysława. Anioł, Matador i brak zdziwień

5 września 2018 § 1 komentarz

Do dwunastej zatem minuty wytrwaliśmy, mężnie odpierając nawałnicę, która skrzydłami i środkiem, krótkim rozegraniem z klepki i długim przerzutem, dostojną centrą i nonszalancką kiwką, drzwiami i oknami zalewała nasze pole karne, nierzadko pole bramkowe, choć trzeba z całą uczciwością przyznać, że raz – raz, o ile pamięć moja mnie nie zawodzi, zresztą, inną relacją nie dysponuję – raz w ciągu tych dwunastu minut uratowała nas poprzeczka, a co najmniej trzykrotnie piłka trafiała wprost w bramkarza Wojciecha, który przy tych uderzeniach ani raczył drgnąć, co, patrząc z perspektywy czasu, okazało się rozwiązaniem optymalnym, to znaczy skuteczną interwencją, przynajmniej do tej dwunastej minuty, nie wiem, być może feralnej a być może wcale nie, do tej dwunastej minuty, potem było już tylko gorzej, stało się nieuniknione, tak to dziś widzę. I co tu się dziwić trenerowi Mieczysławowi, co tu się dziwić sercu trenera Mieczysława, kiedy później, gdy rywal już nas napoczął, bodaj przy stanie trzy zero, zmarnowaliśmy w sposób iście popisowy, wzorcowy, można nawet powiedzieć – w sposób skandaliczny, tak, zmarnowaliśmy dwie wyśmienite okazje, wyśmienite i jedyne, jak się następnie okazało, a w zasadzie, zastrzegam, że nie chodzi tu o wskazywanie palcem, o zrzucanie winy, a w zasadzie zmarnował je Anioł, który dwukrotnie stawał oko w oko z bramkarzem Tajfunu i były to jedyne nasze wizyty w okolicach „szesnastki” gospodarzy, Anioł zaś był jedynym z nas, który mógł spojrzeć na przysadzistego bramkarza przeciwników, bramkarza o dużej, jajowatej głowie, obdarzonej wielkimi zakolami, które to szczegóły mogłem zaobserwować podczas rozgrzewki, gdyśmy truchtali po wilgotnej murawie, pod deszczowym niebem w Żądzierzy w to wczesne niedzielne popołudnie. Prawdę powiedziawszy, Anioł był jedynym naszym graczem, który mógł w takiej ofensywnej sytuacji się znaleźć, albowiem był jedynym piłkarzem o nie tylko inklinacjach, ale i zadaniach ofensywnych w naszym zespole (dziewięciu plus bramkarz zazwyczaj, czyli niemal zawsze, byliśmy od typowej roboty destrukcyjnej, obronnej, skomasowanej roboty obronnej), i zarazem jedynym z nas, którego można było nazwać piłkarzem, i jedynym, który budził niekiedy szacunek rywala; wydaje się więc zupełnie logiczne, choć sport przecież, a już na pewno piłka, zwłaszcza na szóstym poziomie rozgrywkowym niewiele ma z logiką wspólnego, już spójrzmy choćby na te czterdziesto-, czy pięćdziesięciokilometrowe niekiedy wyjazdy finansowane z własnej kieszeni, pięćdziesięciokilometrowe czasem wyjazdy w dżdżyste, listopadowe niedziele, zachęcające mniej lub bardziej przytulnymi wnętrzami barów, albo, odwrotnie, w piękne czerwcowe sobotnie popołudnia, popołudnia zalane słońcem, popołudnia kuszące brązową skórą dziewczyn na plaży, gdy człowiek poważny i ułożony ma mnóstwo spraw na głowie w takie dni, powiedzmy, że teoretycznie wolne od codziennych, mniej lub bardziej wyczerpujących i monotonnych rytuałów, a już na pewno ostatnią z nich jest długi, kilkudziesięciokilometrowy nierzadko wyjazd na mecz w szóstej lidze, by niemal na pewno zainkasować kilka bramek, samemu nie strzelając żadnej i kiedy wynik jeszcze przed pierwszym gwizdkiem sędziego wydaje się przesądzony. My jednak jeździliśmy po regionie – promień pięćdziesięciu kilometrów – jak również podejmowaliśmy rozmaite Tajfuny, Smoki tudzież Zjednoczonych czy Szmaragdowych, jeździliśmy po okolicy w czerwcowe soboty, gdy dokazywało słońce, gdy lekki, przyjemny, niemalże zmysłowy wiatr płynął od jeziora, jednego i drugiego, gdy dziewczyny zdawały się piękne jak nigdy, piękne jak zawsze, na tych plażach, pomostach, rowerach wodnych, gdy z głośników na jeziorem, jednym bądź drugim, wybrzmiewały aktualne przeboje, szlagiery, gdy ta i ów, nieraz bezwiednie, nucili szlagworty. Podejmowaliśmy rywali z naszego województwa w te przepełnione smutkiem, mgłą i drżeniem serca niedziele, smutne niedziele wczesnego listopada (mniej więcej w połowie tego miesiąca, z uwagi na aurę, kończyła się runda jesienna naszych rozgrywek), kiedy trudno wstać z łóżka (jeszcze poleżę, zobacz, jeszcze się dzień nie zaczął, a już zmierzch wkracza, jeszcze poleżę), a – wreszcie! – po tym nie lada wyczynie cóż począć, jeśli nie napić się, w półmrokach barów, przytulnych lub nie, smakować ciężkie wino, gęste, jak wieczór deszczowego listopada i wrócić znów do łóżka, choćby i puste czekało. No, my jednak jeździliśmy, jeździliśmy swoimi samochodami i pod wodzą trenera Mieczysława i również pod jego zwierzchnictwem podejmowaliśmy przeciwnika, z trenerem Mieczysławem na naszej ławce i z Aniołem na szpicy.

Jak chyba wspominałem, trudno się dziwić sercu trenera, że pękło, że nie wytrzymało, zaś pękając skowyt wydało, naprawdę, nie ma w tym nic niezwykłego, doprawdy, nic dziwnego. Zaprawdę, trudno o większy determinizm, niż w przypadku serca trenera Mieczysława, który powtarzał często za angielskim klasykiem, że piłka to nie jest sprawa życia i śmierci, że piłka to coś znacznie bardziej poważnego i serce trenera Mieczysława najwyraźniej to rozumiało, przyjmowało, łagodnie tej perswazji ulegało, gdyż trener nasz miał słabość i do innej znanej maksymy, tej mianowicie, że zwycięstwo nie jest ważne, lecz najważniejsze i serce tego słuchało, a myśmy, mówię bez specjalnej przesady, myśmy nie wygrywali, a serce na to patrzyło i drżało, jak drżał trener Mieczysław, serce truchlało wobec tego braku zwycięstwa, wobec tych marnowanych stuprocentowych a nielicznych okazji, tak, zdobywaliśmy bardzo mało bramek i wszystkie zdobywał je Anioł. Chcąc być uczciwym, muszę wspomnieć i Matadora, który prawdopodobnie jako jedyny mógłby, niechby i potencjalnie tylko, pokusić się, by wesprzeć nieco w ofensywie Anioła, wszak czas musiałby stanąć kilka lat temu, musiałby się zatrzymać na długo przed tym fatalnym sezonem, na długo przed tą tragiczną rundą jesienną, a zwłaszcza przed wzmiankowanym październikiem, wilgotną niedzielą w Żądzierzy, gdy ostatecznie serce trenera Mieczysława nie wytrzymało. Wspominam więc i Matadora, który w rzeczonym sezonie stanowił już cień dawnego gracza, przemianowany przez trenera na typowego wymiatacza, czyściciela (nie zastanawiaj się, nie próbuj nawet dryblingu, wyprowadzenia kontry, po prostu długa piła do przodu, może Anioł ją przejmie i trochę smrodu w przodzie zasieje, mówił mu podczas odprawy przedmeczowej trener Mieczysław, acz najczęściej podczas krótkiej instrukcji gdzieś tak na kwadrans przed końcem meczu, bo na piętnaście ledwie minut Matadorowi starczało już sił w tamtym okresie, który okazał się zmierzchem naszej drużyny, nie miał już więc sił Matador na całe spotkanie i z trudem wiązał już wówczas samodzielnie sznurówki w swoich korkach); wspominam więc i Matadora i nie mogę wykluczyć, że i jego postawa, skłonność do egoistycznej gry wbrew rzeczywistym umiejętnościom, przynajmniej wtedy, tamtej jesieni, kłopoty ze sznurówkami i tak dalej, otóż nie sposób do końca odrzucić myśl, że i on miał wpływ na taką a nie inną reakcję serca trenera Mieczysława. Któż jednak nie miał wpływu, ze mną na czele, ze mną w pierwszym szeregu, bo i ja zawiodłem trenera, nie raz i nie dwa, któż jednak nie nosi w sobie winy, choćby cząstki odpowiedzialności za to, że serce już dłużej nie chciało spoglądać na dramatyczną sytuację w tabeli naszej ligi, szóstej, jak na pewno wspominałem, znieść tego nie mogło, tych upokorzeń, permanentnej defensywy, niewykorzystywanych sytuacji, tyleż klarownych, co nielicznych – w pamięci noszę także przynajmniej jeden rzut karny, przestrzelony, a jakże, przez Anioła – nie potrafiło ścierpieć starań trenera Mieczysława, starań, by mimo wszystko coś ugrać, tych jego nadziei i nieustępliwości, tego, że wbrew wszystkiemu i również wbrew wszystkim coś w nas widział, kto wie, może po prostu widział w nas piłkarzy. Czasem, gdy wracam do tamtych chwil, nie sposób uwolnić mi się od myśli, że serce chciało wyzwolić trenera Mieczysława, że serce pękło, nie mogąc znieść jego trosk i boleści. Serce trenera Mieczysława nie wytrzymało, pękło i nie jestem w stanie temu się dziwić.

Przedtem: Serce trenera Mieczysława

Enigma w westybulu

28 sierpnia 2018 § Dodaj komentarz

Słońce już jakby jakieś inne.

Ależ to trzeba przecież redukować, mówi E., redukować, nawet ad absurdum, dostrzegam w jej oczach płomienie, zapał, których jej zazdroszczę. Jeszcze, wydaje mi się, nie jestem gotowy na ostateczność, żeby tak świadomie w nią, sam z siebie; prędzej, mniemam, ostateczność zgłosi się po mnie i pójdę w nią, za nią, niepytany, zredukowany, nawet ad absurdum – powiedzmy sobie, że niedorzeczność nie jest najbardziej absurdalnym zjawiskiem, z którym przyszło nam obcować.

Ostatnie burze letnie, niespełnione deszcze, którym nie dane było się wyspowiadać po kres, jeszcze niedomknięte, zarysowane ledwie pytania, horyzonty wieczorne (słońce już jakby jakieś inne), pomimo barw, umykającego, lecz wciąż ciepła i wymalowanych pasteli, otóż pomimo tego i innych jeszcze okoliczności tajemnica już, już się wyłania, kąsa, rodzi niepokój, zwiastuje odwieczne zmagania, choć i tak skazani jesteśmy na klęskę, niechby i urodzajną, przeklęty westybul enigmy, zmierzch lata, och, to już nie lato, jeszcze nie jesień, nieledwie przedsionek jesieni, zmierzchy w pastelach (słońce już jakby jakieś inne), poranki błękitne, czerwone, poranki wymalowane zamaszyście. Pora, którą rozpoznam, tak czy inaczej wyczuję, choć nigdy nie sposób jej zrozumieć, ogarnąć pojęciem, pora barw najpiękniejszych, zmysłowych i pełna mrocznego bólu zarazem, nostalgia przygniata serca, pora niezdefiniowana, w której, mam wrażenie, ukryte są rozliczne odpowiedzi (odwieczne, niedzisiejsze pytania, słońce już jakby jakieś inne), nie starczy czasu jednak i sił, by je odszukać, zrozumieć; tego sentymentu może zbyt wiele.

Nauczyłem się o tym milczeć, mam taką przynajmniej nadzieję. Co jednak, jeśli tym wszystkim rządzi niepodzielnie niedorzeczność, na którą nie ma sposobu, zawodzą wszelkie modus operandi, modus faciendi; co wówczas, jeśli nie potrafię się wyrazić, a całość rozpływa się pośród niedorzeczności, więcej – jeśli całość, o ile można ją ogarnąć, spojrzeć na nią jakoś (wcześniej trzeba wyjść z siebie, poza całość, milczeć) z zewnątrz, zatem, co jeśli całość jest niedorzecznością? Trzeba milczeć, nauczyć się milczeć, to ostatnie, co zostaje; widzę siebie, niezdarnie przebieram nogami, żałośnie załamuję ręce, rozpływam się w milczeniu pośród uniwersum niedorzeczności. Dobrze, że jest to milczenie, niemy modus operandi, lepiej to, niż wyszeptać o słowo za dużo.

Podsuń mi trochę smutnej muzyki, mówię do E. któregoś dnia, ostatnie podmuchy lata, pierwsze szepty jesieni, zawsze nazbyt wyraźne.

Jeszcze wczoraj powiedziałbym, że niedosyt i nienasycenie, dziś wszakże nie potrafię się wyrazić i nie wiem, czy chcę; najpełniej jestem nikim. Jestem skierowany do wewnątrz; z głębi mojego ogrodu obserwuję, w milczeniu.

Nikt nie zadba o ciebie lepiej niż czas, mówi E., a słońce – już jakby jakieś inne – a słońce zwisa nisko, chyli się, nabrzmiałe czerwienią wygasającego lata.

/zdjęcie – Erik Witsoe/

Serce trenera Mieczysława

21 sierpnia 2018 § 1 komentarz

Gdyby serce mogło myśleć, przestałoby bić.
Fernando Pessoa

Serce trenera Mieczysława nie wytrzymało, pękło; inaczej być nie mogło, nie. Jak to było w istocie, jak to było wówczas, gdyśmy przez pierwsze dwanaście minut bohatersko stawiali opór zmasowanej ofensywie – od pierwszej minuty, od pierwszego gwizdka szpakowatego arbitra z idealnym, jak to pamiętam, przedziałkiem pośrodku czaszki i niechlujnym, niejako dla równowagi, wąsie, arbitra najpewniej zdegradowanego za takie czy inne grzechy, prawdziwe bądź wyimaginowane grzechy, zdegradowanego na nasz poziom z wyższej klasy rozgrywkowej – gdyśmy więc w sposób heroiczny w pełnym tego słowa znaczeniu bronili się przez całe dwanaście minut przed regularnym naporem gospodarzy, wiceliderem szóstej ligi naszego okręgu, niecieszącym się najlepsza opinią, a raczej, dość eufemizmów, cieszącym się zupełnie zasłużoną złą sławą Tajfunem Żądzierz, jak to więc było wtedy, w tamtą dość mokrą, śliską niedzielę późnego października, chociaż bardzo lubiłem, gdy murawa jest śliska, mokra, nie tylko w październiku zresztą, otóż nie mogę już dziś, po tylu latach, dawać stuprocentowej rękojmi, że było tak, jak teraz to pamiętam, niemniej jestem przekonany, że serce trenera Mieczysława zamierając, pękając, wydało z siebie przerażający jęk – w istocie, serce trenera Mieczysława pękło. Skulony, w kłębek jakby zwinięty przez chwilę jeszcze zajmował miejsce na wąskiej ławeczce pod blaszanym daszkiem, wspartym na drewnianych słupkach, która to osobliwa całość stanowiła miejsce przeznaczone dla ekipy przyjezdnej, dla gości, czyli dla nas, którzy stawiliśmy się w Żądzierzy w sile trzynastu graczy, którzy stawiliśmy się w trzynastu pod przywództwem trenera Mieczysława w tamtą wilgotną niedzielę, pamiętam, że niebo od samego rana przypominało gąbkę, chmury były bardzo gąbczaste, o fantazyjnych, ale regularnych kształtach i od samego rana, można było odnieść takie wrażenie, jakaś systematyczna, choć niezbyt śpieszna ręka tę gąbkę wyżymała, jednak, jak już mówiłem, tego rodzaju aura zupełnie mi nie przeszkadzała, tego rodzaju aurę bardzo lubiłem, sprzyjała bowiem grze szybkiej, sprzyjała grze wślizgiem i była wręcz zaproszeniem do oddawania kąśliwych (po ziemi, to jest po trawie) uderzeń na bramkę, krótko mówiąc trener Mieczysław siedział, o ile wolno użyć tego właśnie słowa, siedział jeszcze przez moment na ławce rezerwowych drużyny gości, na naszej ławce, dziś złudzenie mi podpowiada, że siedział już jakby skurczony, pomniejszony, siedział jeszcze chwilę, po czym osunął się w przestrzeń pomiędzy blachę stanowiącą tylną ściankę tej niezbyt okazałej konstrukcji a krawędź ławeczki. Trener osunął się w przestrzeń, osunął i miał więcej już się nie podnieść, albowiem jego umęczone i zdruzgotane serce pękło i wydarzeniu temu, wspominałem już, towarzyszył przeraźliwy jęk.

Pękając, serce musiało zapłakać; wydało skowyt przeszywający powietrze, mknący poprzez jeszcze bujne drzewa, jeszcze tu i ówdzie zielone liście, lśniące zielenią spotęgowaną deszczem, liście ociekające obfitymi kroplami, błyszczące zielenią sprawiającą wrażenie świeższej, niż była naprawdę, natomiast tu i tam już liście brązowiejące, już pożółkłe i chyba ten skowyt bardziej, lepiej pasował do tej brązowiejącej żółci. I zamarło wszystko na moment w bezruchu, powadze i zaskoczeniu, zamarł kto żyw, obie ekipy, szpakowaty sędzia z przedziałkiem, że o wąsach nie wspomnę, uszanowała tę chwilę miejscowa publiczność, znana w naszej lidze, złą sławą owiana na wzór tych, których wspierali, może nie dopingiem, nie pieśnią popychającą ku zwycięstwu, nie rytmicznym skandowaniem, ale może winem, które spożywali z upodobaniem podczas niedzielnych rozgrywek na poziomie szóstej ligi, może raczej inwektywami, które bez zahamowań rzucano z trybun w kierunku aktualnego rywala, och, zaraz tam z trybun, z trzech rzędów ławek bez oparcia wokół boiska, a raczej, by ściśle to przedstawić, z trzech rzędów ławek bez oparcia ustawionych wzdłuż dwóch dłuższych boków prostokąta boiska, dość przyzwoitego, w miarę równego, z niezłą jak na ten szczebel rozgrywek infrastrukturą, tak więc uszanowała, dostrzegając ją, podniosłość chwili miejscowa publiczność, która stawiła się w tę deszczową niedzielę tamtego pamiętnego października w sile kilkudziesięciu gardeł i tyluż (zapewne więcej) butelek wina, i już nie było najmniejszych wątpliwości, że moment jest niezwyczajny, że moment jest dostojny, serce trenera Mieczysława zamarło, a zamierając wydało skowyt, zamierając pękło i pociągnęło w patos wszystko, co wokół, wszystko, co wokół boiska, tych trzech rzędów stanowiących, umówmy się, trybuny, gdzie zgromadzili się miejscowi, zatrzymało obie drużyny, arbitra, drzewa lśniące umykającą zielenią i już żółte, już brązowe fragmentami, ustał wiatr pośród drzew, tylko skowyt się wewnątrz listowia kołysał, zamarły pobliskie pola, teraz niczym rozpostarte płótna, niczym malowidła, jak ciche, nieruchliwe i smutne pejzaże, wszystko zamarło i wreszcie zamarło także niebo, deszcz ustał, gąbczaste chmury, wielkie, nabrzmiałe, przystanęły, wyhamowały, niebo nisko zawisło, wkrótce ustał i skowyt, nastała cisza, serce trenera Mieczysława nie wytrzymało, sponiewierane.

Bałtyk

9 sierpnia 2018 § Dodaj komentarz

Ona będzie moja, powiedział Horst, inaczej sobie tego nie wyobrażam; wakacje w ośrodku „Bałtyk”, jakaż inna nazwa lepiej by się tutaj nadawała – oczywiście, „Bałtyk” nie był jedynym ośrodkiem wypoczynkowym w Kormoranowie (nad Bałtykiem, rzecz jasna), o ile mnie pamięć nie zawodzi, a takie figle w ostatnim czasie to nic specjalnego, w każdym razie, być może przesadzam, w każdym razie pamięć harcuje ostatnio jakby częściej niż onegdaj, otóż o ile mogę polegać na mojej pamięci, a jestem na nią skazany, jest ona moim przeznaczeniem, że tak to ujmę bez głębszej dywagacji nad naturą destynacji jako takiej, zatem o ile mogę na nią liczyć, to tuż obok naszego ośrodka stał płaski i długi „Bursztyn”, nieco dalej – patrząc na morze, po lewej stronie – „Wiking”, wspierający się niemal na bliźniaczym „Gryfie”, choć raczej to oba się wzajem wspierały; z kolei po prawej stronie „Bałtyku” (wciąż z twarzą zwróconą ku morzu) sterczał brzydki, odrapany, obskurny nawet w tamtej epoce „Pirat”, o dziwo, gościła owa placówka największe zastępy turystów, no, może, z drugiej strony, aż tak dziwne to nie było, wreszcie jeszcze dalej po prawej, otoczony drewnianym płotem, jakby celowo odizolowany, takie przynajmniej podówczas odnosiłem wrażenie, nieco wycofany względem pozostałych obiektów świecił żółty, jak gdyby w słońcu skąpany „Sindbad” (wysoki, świecił mimo drewnianego płotu); oczywiście, „Bałtyk” nie stanowił jedynej noclegowni wczasowej w Kormoranowie, niemniej był, by tak rzec, spełnieniem i ukoronowaniem marzeń wcześniejszych i wyobrażeń, a także trwałym i realnym odniesieniem do tych młodzieńczych fantazji, które w tamtym czasie (w zasadzie, myślę niekiedy, czas się przecież nie kończy, nie przemija, to, co przeszło, nie jest mniej realne od tego, co przyjdzie tudzież od tego, co jest teraz, a więc mówiąc: w tamtym czasie – nie jestem precyzyjny) jeszcze były w nas obecne, drgały jeszcze, tętniły, we krwi i wraz z nią pulsowały, wyobrażeń o nadmorskiej kanikule, o urokach upalnych wakacji, zachodach słońca, lekkiej bryzie, dziewczętach w uwodzących strojach plażowych, a w śmielszych chwilach i bez nich, niechby i najbardziej uwodzących, bez nich również, tak, a może i najbardziej bez nich, o resztkach soli na opalonej skórze po morskiej kąpieli, kąpieli pod okiem – tak wierzyliśmy, taką mieliśmy nadzieję – najcudniejszych nimf, leniwie spoglądających z koców, spod parasoli, zza szkieł przeciwsłonecznych okularów i sponad parawanów, nimf o ciałach gładkich i jeszcze piękniej opalonych, w słońcu skąpanych, i zewsząd piski dzieci, podnieconych – piaskowe budowle – rozochoconych, dokazujących, i zewsząd okrzyki dzielnie przemierzających gorące piaski sprzedawców, dźwigających plecaki i przenośne lodówki, zewsząd okrzyki, że piwo, zimne piwo, gotowana kukurydza, zewsząd piski i okrzyki i nimfy wokół, taki był czas (ten, tamten; czas jest) i wyobrażenia, a wyobrażenia nie uległy, nie skapitulowały przed potęgą rzeczywistości, tamtego lata, tamtego pamiętnego lipca, żółtego lipca w ośrodku „Bałtyk”; nieśmiała bryza od morza i zapach olejków do opalania.

Ona będzie moja, powiedział Horst, inaczej sobie tego nie wyobrażam i wydaje mi się, że te słowa wisiały od dłuższej już chwili nad nami, gdyśmy siedzieli na tarasie restauracji w ośrodku „Bałtyk”. Jakże bezbronni jesteśmy niekiedy, ach, bezbronni jesteśmy zazwyczaj wobec słów i wobec zdarzeń, chociażby wobec zdarzeń i słów w potencji. Och, nieledwie przypadek – siła i teoria znacznie potężniejsza, znacznie ciekawsza, estetyczna bardziej i ludzka niż tak czy inaczej pojmowany determinizm, mimo wsparcia swej wulgarnej wzgardy – ileż to razy przypadek decyduje o tym czy o tamtym, decyduje o naszym życiu; słowa wisiały nad nami i słowa padły, co, rzecz oczywista, nie oznacza, że paść musiały. Nie wiem do dziś – może to szum wentylatora, okropny szum tego mechanizmu, który zlewał się ze zwyczajowym gwarem popołudnia, gorącym oddechem popołudnia na tarasie restauracji, może to wrzask mew, które za nic mając gniew wczasowiczów, uparcie krążyły, wznosząc się i opadając, nierzadko siadając na murku wokół tarasu, na maszcie, którego zwieńczenie obwieszczało możność kąpieli, względnie jej brak (flaga czarna, biała lub czerwona, w tamto popołudnie flaga najbielsza, zapraszająca, flaga kusząca), może to nawoływania plażowego naganiacza, werbującego chętnych na rejs tutejszym stateczkiem, stylizowanym na żaglowiec, może to wreszcie nieznośny zapach gotowanej kapusty, był nieziemski wprost upał, jak to pośrodku dorodnego lata, pełnego, napęczniałego, lata pulsującego słońcem i beztroską – po dziś dzień nie wiem, dlaczego te słowa padły, pomimo że mogły, naturalnie, acz w żadnym razie paść nie musiały. Słowa padają, i zdarzenia się dzieją, chociaż ni jedne, ni drugie nie są konieczne, nic o nich nie wiemy, póki się nie zdarzą bądź nie padną, póki nie skrzyżują ludzkich losów, pojedynczych egzystencji, które dotąd (póki słowa nie padły lub zdarzenia się nie dokonały) biegły równolegle, bez punktów stycznych (albowiem nic się nie dokonało jeszcze i żadne słowa nie zostały wypowiedziane, co więcej – nic powiedziane być nie musiało, nie było konieczne, by zdarzyło się cokolwiek, być może stąd, między innymi, wywodzi się nasza bezbronność); można nawet suponować, że równie wielka potencja drzemie w tym, co się nigdy nie stanie i nigdy nie zostanie powiedziane, choć zdarzyć się może i ma sposobność być wypowiedzianym. Niemniej to, czy słowa padną czy nie, czy zdarzenia się dokonają czy wręcz przeciwnie – nie będą mieć miejsca, jest zawsze poza ludzkim wyobrażeniem, jest niewidoczne i nieznane i tylko dzięki temu możliwe jest życie; nie ma konieczności, są przypadki, istoty ludzkie od nich zależą, tak właśnie, życie jest możliwością pośród przypadków, los się wije w labiryntach możliwości, zdarzenia się dzieją i równie dobrze nic się nie dzieje, czas nigdy się nie kończy i nie znika, słowa wzbierają i zostają wypowiedziane bądź pogrążone w milczeniu, przestworza potencji i wyspy tajemnic.

Lipiec

25 lipca 2018 § Dodaj komentarz

Drży jeszcze żółty lipiec, dogorywa, miesiąc złoty.

/zdjęcie – Nina Leen, 1950/

Spokojna twarz Marty (suplement)

18 lipca 2018 § Dodaj komentarz

Twarz miała zawsze, przynajmniej tak dziś to widzę, twarz miała zawsze spokojną. Rzecz oczywista, o twarzach wiele możemy powiedzieć: mogą być mniej lub bardziej zarysowane, solidne albo wątłe, drgające nieustannie bądź apatyczne, suche i nieme, a także odwrotnie – nieustannie rozedrgane i jakby wilgotne, zawsze żyjące, rozdokazywane; o twarzach możemy sporo powiedzieć, lecz o jej twarzy chcę rzec dziś właśnie to, że, jak gdyby, znajdowała się w nieustannym spokoju. Z dużym upodobaniem patrzyłem często na jej twarz, wszak z największym wtenczas, gdy miałem pewność – albo tak mi się tylko wydawało – że sam obserwuję, nie będąc jednocześnie obserwowanym. O szybsze bicie serca przyprawiały mnie jej nieledwie niewinne, neutralne i naturalne zarazem gesty, gdy, dajmy na to, odgarniała włosy z twarzy, w rezultacie zaczesując je palcami za uszy, jakże miły obraz, w zamyśleniu zastygała na dłuższy moment (odmierzałem czas do chwili, gdy w końcu zaczynała na powrót mrugać, trzepotać rzęsami, a rzęsy miała piękne, podkreślone czy kiedy indziej wcale niepodkreślone stosownym tuszem, tak myślę, że to tuszem się czyni, bo był czas, że widywałem ją regularnie, w różnych sytuacjach, ale rzęsy miała zawsze piękne, w owym trzepocie najpiękniejsze), niekiedy marszczyła czoło, znak, że jakowaś zgryzota, frasunek albo zwykłe pytanie ją nachodziły, to znów pocierała skronie, szukając koncentracji i wreszcie, kiedy uśmiechy spływały na jej usta i całą twarz spokojną – bo właśnie tak było, że raczej się uśmiechała – twarz spokojna pomimo i dzięki uśmiechom – uśmiechała się bardziej niż śmiała, nawet w radości jej twarz była spokojna, bardzo lubiłem patrzeć na jej spokojną twarz, najwyższe ukontentowanie, spokojna i piękna twarz Marty.

Kiedyś pofarbowała włosy na czarno, krócej je przycięła (lecz niezbyt krótko, wciąż mogła je pieścić, zaczesywać, modelować, a zwłaszcza za uszy odgarniać, jakże piękny widok, kosmyki i małżowina, teraz nieco krótsze kosmyki i czarne), ale twarz nieustannie ta sama, nieustannie spokojna; dobrze jej było również w czerni. Dobrze jej było i mnie również, kiedy miałem sposobność obserwować Martę, co, na pewno napomknąłem, czyniłem z przyjemnością; był czas, że miałem możliwość obserwować ją w miarę często. Naturalnie, podpatrywania nie ograniczały się li tylko do twarzy, mimo że twarz jej najbardziej pamiętam, pamiętam głównie; twarz miała spokojną, lecz również spokojnie, miękko i spokojnie chodziła, jej kroki miękkie i zmysłowe, w krótkiej spódniczce z rozcięciem na udzie, rajstopy, a jeszcze bardziej pończochy, powiedzmy, że szare, w sukience kremowej tudzież obcisłych dżinsach, bardzo pięknie chodziła, powabnie i czysto, rzekłbym, kobieco i naturalnie, szpilki, pantofle nawet jakby odrobinę dziecięce lub ciężkie buty z brązowej skóry, jeśli kroczyła pośród śniegów, jeśli zaspy omijała, co również szło jej miękko, szła miękko, chodziła; spokojne kroki pośród śniegów, spokojnie zanurza bose stopy w piasek nadmorski, w delikatne piaski plaży, z najwyższą gracją, spokojnie.

/fotografia – Jiří Růžek, 2017/