bo życie jest piękne

Przypadki inżyniera Stefciucha
/2009-2011/

Odcinek 14
Katastrofa

Inżynier Stefciuch nie pamiętał zdarzenia podobnej rangi w ostatnich latach. Co tam zresztą zdarzenia – mówiąc bez ogródek, to była katastrofa. Przejrzał nawet archiwalne raporty, ale i tam nie znalazł jakichkolwiek przypadków z lekka choćby przypominających obecną sytuację. Z niezrozumiałych względów stanęła główna maszyna produkcyjna, a w straszliwej konsekwencji unieruchomiona została cała Linia Produkcyjna. Serce Zakładu zamarło; zamarło także serce Stefciucha.

Stefciuch stał, skrzyżowawszy ręce na piersiach, z twarzą okropnie zbolałą i obserwował zabiegi mechaników, dwojących się i trojących, by przywrócić do sprawności główną maszynę, a co za tym idzie, wznowić cały proces produkcyjny. Towarzyszył mu kierownik zmiany, wieloletni pracownik Zakładu – niejaki Borówa.
– Coś się spaliło tam wewnątrz, w tej maszynie – oznajmił Borówa. – Śmierdzi, za przeproszeniem, gorzej niż mi pod pachami.
Stefciuch omiótł go cokolwiek nieobecnym wzrokiem, po czym dziwnie pustym i słabym głosem odrzekł:
– Smród smrodem, panie kolego, lecz tutaj mamy do czynienia z katastrofą, niczego pańskim pachom nie ujmując, daleko wykraczającą poza wrażenia zapachowe.

Odcinek 13
Inżynier musi wyprzedzać swój czas

– No, to teraz pan żeś nieźle popłynął, inżynierze Stefciuch – Pojękiewicz nie krył nawet niezadowolenia; wręcz przeciwnie, każdy mięsień jego twarzy, każda kępa włosów na niekształtnej czaszce, a zwłaszcza rozbiegane oczy zdawały się o tym świadczyć. – Ja wszystko rozumiem, w naszej branży innowacja to chleb powszedni, ale nie możemy trwonić czasu na gruszki na wierzbie i śliwki na sośnie. Panie, to wszystko, coś pan zaproponował, przekracza nasze normy, kompletnie przekracza normy! Już teraz, na wstępie projektu, bez szczegółowych badań i analizy, mogę powiedzieć, że system nie będzie kompatybilny z systemami bułgarskimi i białoruskimi. No panie kochany, wszystko musi mieć swoje granice! Nie mówię, że propozycja jest zła czy dobra, mówię jedynie, że jest nazbyt modernizacyjna, jest awangardowa ponad miarę!

Stefciuch siedział na zebraniu Strategicznej Grupy Inżynieryjnej i czuł, jak wzbiera w nim fala goryczy. Grdyka pulsowała mu niesamowicie – odnosił wrażenie, że była gotowa za chwilę wyskoczyć z gardła i wylądować na obfitej dokumentacji, zapełniającej stół w sali konferencyjnej. Mój Boże, myślał inżynier Stefciuch, Pojękiewicz niczego nie rozumie, oni w ogóle niczego nie pojmują. Inżynier musi być przecież wizjonerem, po trosze artystą, wyprzedzającym swój czas. Przed oczami stanęli Stefciuchowi Kopernik, Galileusz i – zwłaszcza – Krzysztof Kolumb.

Odcinek 12
Wiosna, ach to ty

Tegoroczne imieniny dyrektora Pojękiewicza jawiły się inżynierowi Stefciuchowi jako wyjątkowo wystawne. Zresztą, zawsze były wystawne, bowiem dyrektor co roku organizował tę imprezę niejako podwójnie: raz dla rodziny, a drugą dla pracowników – no, nie wszystkich, rzecz prosta – Zakładu i nigdy niczego nie szczędził. Sam Pojękiewicz wyznawał niekiedy, będąc po paru kieliszkach, że woli spotkania z załogą, gdy ma sposobność gościć „ten kwiat i śmietanę myśli inżynierskiej”.

Niemniej w tym roku jakoś tak mocniej Stefciuch odczuwał wszechobecny przepych i rozmach. Pojękiewiczowa uwijała się niczym w ukropie, co rusz pytając gości, czy niczego im nie brakuje, czy może coś podać, coś wynieść, czegoś dolać. Dostojny solenizant był w wybornym nastroju: żartował, drwił, obiecywał awanse i premie, przewidywał ekspansję Zakładu na rynki wschodnie tudzież zachodnie. Imponujący wachlarz szlachetnych trunków, którymi raczył gości Pojękiewicz, sprawił, że inżyniera Kapucyna, młodego i zdolnego członka Strategicznej Grupy Inżynieryjnej, bardzo wcześnie z wilii gospodarza odebrać musiała małżonka. Impreza kręciła się aż miło.

Stefciuch zauważył to stosunkowo szybko, zanim jeszcze podano przystawki i nim zdążył łyknąć pierwszy kieliszek doskonale zmrożonej wódki. Rozejrzał się wokół, nawet wstał, by mieć lepszą perspektywę. Chciał mieć pewność. Nie, nie mylił się. Otóż na stole przed wszystkimi gośćmi leżały bordowe serwetki, natomiast na miejscu zajmowanym przez Stefciucha znajdowała się serwetka w kolorze zielonym. Pomyślał przez chwilę, jakby przetwarzając to spostrzeżenie, a następnie powiedział do siedzącego obok magistra Pieczary:
– Ani chybi, symbolizuję wiosnę oraz nadzieję dla naszego Zakładu. Nie może inaczej być.

Odcinek 11
Architekt

– No dobrze, panowie, to by było chyba na tyle – powiedział Pojękiewicz, kończąc cotygodniową nasiadówkę Głównego Zespołu Technicznego. – Odwaliliście ostatnio kawał dobrej roboty, za co cały Zakład jest wam bardzo wdzięczny. Ja osobiście również. Zwłaszcza muszę tutaj pogratulować inżynierowi Stefciuchowi. No powiem panu, drogi inżynierze, że gdybyś robił pan w innej branży, dajmy na to, w architekturze, to te wszystkie Wenecje i Paryże czy inne Burdż Chalify byłyby zagrożone! Pan byś to wszystko przyćmił swoimi projektami! Nie zaprzeczę, łechtam pana, choć nie jest to w moim zwyczaju, ale zasłużyłeś pan sobie na to, bez dwóch zdań!

A co z piramidami, co z tymi piramidami, pomyślał Stefciuch, po czym pąs zalał mu obficie facjatę.

Odcinek 10
W kształcie serca

Hipermarket pulsował. To był ten moment tygodnia – sobota, wczesne popołudnie – gdy rozkwitał najpełniej, żył pełnią życia. Ogromną przestrzeń zapełniał tłum jeszcze większy: babcie o kulach, rodziny wielopokoleniowe, single i trzymające się za ręce pary. Pełne koszyki i wózki, promocje, komunikaty, konkursy, talony oraz gratisy. Carpe diem, chciałoby się rzec.

Inżynier Stefciuch stał pośrodku marketu cokolwiek zagubiony. Przybył tu, by nabyć gigantyczną (tak zaplanował) bombonierkę w kształcie serca, którą zamierzał wręczyć Reginie: akurat nazajutrz przypadała rocznica ich ślubu. Plany planami, ale zniesmaczony przyznał sam przed sobą, że zamotał się tutaj zupełnie. Po dobrym kwadransie kluczenia po hali nie potrafił już niczego odnaleźć, nawet drogi do kas. Wtem ujrzał dziewczę w niesłychanie czerwonej koszulce; na piersi panna miała umocowaną potężną broszkę, na której widniał napis: Masz pytanie? Wal śmiało do mnie – pomogę! Spadła mi jak z nieba, pomyślał Stefciuch, i poprosił dziewczynę o wskazanie działu ze słodyczami.
– Pójdzie pan w lewo, minie kącik zoologiczny, potem po prawej będzie AGD, a dalej chemia. Skręci pan w prawo, a gdy po lewej ujrzy dział kosmetyczny, to już prościutko przed siebie i zaraz koło makaronów będą słodycze.
– Aha, pięknie dziękuję, droga pani – odrzekł Stefciuch.

Pamięć miał dobrą, ruszył więc według instrukcji dziewczęcia w niesłychanie czerwonej koszulce. Wszakże, stosując jej wskazówki, wylądował wśród regałów, które zapełniały ocet, smalec oraz wszelkiego rodzaju margaryny.
– Zygzaki, esy-floresy i ocet. A wszystko to, bo ciebie kocham, moja Regino – powiedział Stefciuch, wpatrując się w butelki octu, objęte ofertą promocyjną.

Odcinek 9
Chusteczka i afrykańskie bębny

Porażający jest w istocie egalitaryzm choroby, konstatował gorączkowo, nomen omen, inżynier Stefciuch, co rusz pociągając potężnie nosem. Mimo wszelkich objawów solidnej grypy (te dreszcze!), ani myślał udać się po pomoc medyczną, czytaj: odwiedzić przychodnię, a nawet nie zamierzał skorzystać z choćby jednego dnia urlopu, by jakoś się ogarnąć. Co zrobić, tak to widział i już – uważał, że bez niego Zakład nie będzie funkcjonował należycie. Krążył zatem niczym to widmo po korytarzach i halach, charakterystycznym pokasływaniem sygnalizując swą obecność. Gdy natknął się na magistra Pieczarę, ten niespodziewanie zagadnął Stefciucha:
– Proszę wybaczyć, inżynierze, śmiałą uwagę, ale pański kaszel przypomina jako żywo dźwięk afrykańskich bębnów.
– Brud nie wybiera, wybierz Pickera – odparł Stefciuch i nonszalancko smarknął w dobrze wykrochmaloną, dostojną chusteczkę, zdobioną w kąciku jego inicjałami.

Odcinek 8
Barbarzyńca

– Cóż za wstyd! Jak mogłeś mi to zrobić, łotrze? – Stefciuchowa nie przebierała w słowach. – Taki dzień, moje urodziny przecież, taka chwila, takie miejsce… To jest po prostu niewyobrażalne, nie-wy-o-bra-żal-ne!
Natomiast inżynier Stefciuch nic nie mówił. Bo i co mógł w tej sytuacji powiedzieć? Ze zwieszoną na torsie głową przekraczał próg mieszkania, marząc tylko o tym, by wydarzyło się coś – jakaś eksplozja, uderzenie meteorytu, no, cokolwiek w sumie – co odwróciłoby uwagę żony od niego. Pragnął zapaść się pod ziemię, nic więcej.

***

Gromkie brawa po bisie zdawały się wypełniać filharmonię od podłogi po sklepienie. Regina nie była nawet w stanie dołączyć do zgromadzonych tu tłumnie melomanów, którzy zgotowali artystom prawdziwą owację na stojąco. Pomiętą chusteczką wycierała łzy wzruszenia, które obficie spływały na lico z przepełnionych duchem sztuki oczu. Coś jednak nakazało jej odwrócić na moment wzrok od sceny. Spojrzała w bok. Na sąsiednim fotelu, ignorując to wszystko wokół, tak wzniosłe i piękne przecież, najspokojniej w świecie spał Stefciuch.

Odcinek 7
Martwy krajobraz

Od samego rana inżyniera Stefciucha nie opuszczał rubaszny humor. Często gęsto pozwalał sobie na rozliczne facecje: a to ze sprzątaczką panią Lidką, a to z kolegami z Głównego Zespołu Technicznego na cotygodniowej naradzie, czy nawet zabawnie, jak mniemał, zadrwił sobie z krawata Pojękiewicza, upstrzonego dziś kwiatowym deseniem.

Wszakże około południa zauważył, że nie może skupić się na pracy. Pojękiwania samochodowego silnika, dobiegające z zakładowego placu, skutecznie odrywały jego uwagę od rzędów cyfr i mnóstwa wykresów. Stefciuch wyjrzał przez okno swego gabinetu – wychodzące wprost na plac – i spostrzegł dwóch młodych magazynierów, starających się usilnie uruchomić firmowego poloneza.
– Panowie, trzeba tramwajami jeździć, a nie mi tu pod oknem hałasować! Tramwajami! – ryknął rozradowany w kierunku magazynierów.

To mi wygląda na krajobraz z martwą techniką w tle, pomyślał Stefciuch zamykając okno, wyraźnie zadowolony ze swojej dzisiejszej dyspozycji.

Odcinek 6
Sapienti sat

Wreszcie to zrobił.
– Czy doczekam się, do jasnej Anielki, aż raczysz przywiesić mi ten piękny landszafcik, który dostałam na imieniny od wuja Jerzego? Mój Boże, po co ja trzymam inżyniera w domu?!
Gdy po raz kolejny w ciągu ostatnich trzech dni Stefciuch usłyszał to pytanie z ust małżonki, z każdą próbą coraz mniej uprzejme, ba, im dalej w las, tym bardziej jej głos przypominał skowyt lub coś podobnego, ostatecznie nie wytrzymał i zszedł do piwnicy, skąd przytargał całkiem pokaźną skrzynkę z narzędziami. Przy akompaniamencie szyderstw połowicy wydobył ze skrzyneczki gwóźdź odpowiedniego kalibru oraz młotek.
– No proszę, proszę, dawno już porzuciłam nadzieję, że coś w tej sprawie zrobisz, a tu taka niespodzianka – ton Reginy nie tracił nic na złośliwości. – Chyba powinnam teraz panu inżynierowi kłaniać się w pas z wdzięczności.
Sapienti sat – odparł Stefciuch i, nie wiedzieć czemu, mocniej ścisnął młotek.

Odcinek 5
Kierunek Antarktyda

Tegoroczna zima wyjątkowo długo trzymała miasto w lodowatych objęciach. Z wolna nawet tęgie umysły poczęły wpadać w depresyjne tony. Trudno się było temu dziwić – wszechobecna szarość nie była łatwym przeciwnikiem.

Była 5:48 rano. Stefciuch przemierzał właśnie swą codzienną trasę z przystanku autobusowego do Zakładu, mieszczącego się na peryferiach miasta. Przygnębiający krajobraz przemysłowej okolicy, zalegająca na chodnikach niezmiennie od tygodni śnieżna breja, przez którą musiał z trudem kroczyć, plugawiąc nogawki swych eleganckich spodni oraz chłoszczący bezlitośnie starannie wygoloną twarz poranny lutowy wiatr powodowały, że inżynier Stefciuch, co było doń zupełnie niepodobne, mamrotał pod nosem okrutne przekleństwa. Naraz przystanął. Jego myśli powędrowały w kierunku Antarktydy.
– Te pingwiny to mają jednak przejebane – wycedził.
Spojrzał na zegarek, prezent od załogi z okazji dziesiątej rocznicy pracy Stefciucha w Zakładzie. No, już wystarczy, czas do roboty, pomyślał.

Odcinek 4
W oknie

Stefciuch musiał ochłonąć. Za szybko to wszystko się potoczyło. Faktycznie, czuł, że jego praca jest doceniana i wiedział, że wyróżnia się wyraźnie na tle swojego zespołu – ale żeby od razu nagroda pieniężna (pięćset złotych!) i pismo z ministerstwa? Wcześniej nie próbował sobie nawet tego wyobrazić. Oto on, Stefciuch, awangarda wśród inżynierów, otrzymuje pochwałę od samego ministra. No, no, któż by pomyślał.

Stanowczo musiał ochłonąć. Chociaż sam niepalący, inżynier Stefciuch zaszył się w zakładowej palarni. Otworzył na oścież jedyne okno i lekko się przez nie wychyliwszy, jął obficie wdychać zimowe powietrze. Wtem poczuł, że coś wylądowało na jego głowie, kalając starannie zaczesane włosy.
– Coś mi chyba spadło na głowę – rzekł Stefciuch, po czym wsadził rękę w spodnie i agresywnie podrapał się po genitaliach.

Odcinek 3
Nauczyciel

Tego samego dnia, nieomal jednocześnie, bo w odstępie ledwie dziewiętnastu minut, dwie pracownice Zakładu złożyły w Dziale Kadr prośby o rozwiązanie umów o pracę za porozumieniem stron. Zdawać by się mogło, że nic (albo zaiste niewiele), poza miejscem zatrudnienia, nie łączyło obu niewiast. Zadziwiająca to tym bardziej koincydencja, aliści 29-letnia Jolanta J., specjalistka ds. BHP oraz Waleria K., pracownica linii produkcyjnej, z utęsknieniem wypatrująca zbliżającej się emerytury, identycznie argumentowały swe wypowiedzenia. Obie tłumaczyły, że potrzebują czasu i odpowiedniej koncentracji, by w skupieniu obejrzeć wszystkie sezony i odcinki serialu Dr House, którego to bohater, tu cytat, „uczy je życia”. W związku z tym, na czas nieokreślony, nie są w stanie nie tylko pełnić obowiązków zawodowych, ale i podejmować jakichkolwiek czynności poza wymienionymi powyżej.

Tej nocy inżynier Stefciuch długo nie mógł zasnąć. Wiercił się okrutnie, przewracał z boku na bok, pojękiwał, swym zachowaniem rozsierdzając leżącą obok i próbującą spać małżonkę. Wstawał co rusz z łóżka, by zwilżyć spieczone usta i lodowatym kompresem ochłodzić rozżarzoną czaszkę. Jednak na niezbyt wiele te zabiegi się zdawały. Wreszcie popadł w pewne odrętwienie; zaległ na łóżku i szeptał w noc:
– Dlaczego, no dlaczego? Przecież mamy u nas w Zakładzie tylu wspaniałych inżynierów…

Odpowiedź nie nadeszła. Jedynie złośliwe chmury zakryły księżyc.

Odcinek 2
Cukier

To nie był dobry dzień. Inżynier Stefciuch najwyraźniej daleki był od formy. Już z samego rana rozlał kawę na pachnący jeszcze drukarską farbą egzemplarz lokalnej gazety. Chwilę później, gdy opuszczał ubikację, przytrzasnął drzwiami rękaw swojego służbowego kitla. Na domiar złego nie zauważył na korytarzu Dyrektora Produkcji, Pojękiewicza, choć od lat to Stefciuch niezmiennie kłaniał mu się pierwszy. W końcu Pojękiewicz był starszy, nie tylko wiekiem, ale i rangą. No i pracował w Zakładzie nieco dłużej.

Około południa niepokój Stefciucha osiągnął apogeum.
– Z całą pewnością coś jest nie tak. Nie mam najmniejszych wątpliwości – skonstatował patrząc tępo w lustro, gdy w łazience skończył już myć swoją filiżankę.

Tuż po godzinie 17-tej złe emocje opuściły Stefciucha. Odetchnął głęboko, a ów węzeł, krępujący jego umysł, został rozwiązany. – Niewątpliwie zapomniałem wczoraj wieczorem posłodzić herbatę. A przecież ja zawsze słodzę – wyszeptał Stefciuch, po czym sięgnął po telefon, by pilnie podzielić się tą informacją z małżonką.

Odcinek 1
Zupełnie nowa jakość

– Jakże piękne jest życie – to były pierwsze słowa, które przyszły do głowy inżynierowi Stefciuchowi podczas zwyczajowego, codziennego obchodu po Zakładzie.

Nieco później, gdy zmierzał wąskim korytarzem w kierunku biurowej części budynku, ujrzał magistra Pieczarę z Działu Zaopatrzenia, opuszczającego właśnie zakładowy bufet. Pomachał mu przyjaźnie ręką, a gdy się zrównali, zagadnął:
– Zobaczy pan, panie kolego, ja tu wdrożę zupełnie Nową Jakość.
Inżynier Stefciuch chciał w tym miejscu wtrącić jakieś rasowe przekleństwo, by dodać jeszcze powagi swym słowom, lecz w tym samym momencie poczuł bolesne ukłucie w okolicy żołądka. Ścisnął najpierw usta, następnie uda, po czym groteskowym krokiem udał się do najbliższej toalety na Wielkie S.

§ One Response to bo życie jest piękne

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: