Jak to jest być kucykiem

23 lipca 2014 § Dodaj komentarz

Jeżeli ktokolwiek z Państwa zastanawiał się kiedyś, jak to jest być kucykiem, najpewniej zmierzył się z ciężkim i niewdzięcznym materiałem; zastanawiam się, jednakże bez decydującej odpowiedzi.

Spływa na mnie pojęcie hybrydy; o tak, z czymś takim kojarzy się kucyk, takie coś koresponduje ładnie z jego obrazem.

Z jednej więc strony wywołany wcześniej syndrom sieroctwa, chociaż, nie ma co dramatyzować, w wersji bardzo odtłuszczonej, wypłukanej, paradoksalnie nawet niosący pewną ciekawość, bo odmiana przecież, z drugiej – swego rodzaju przesyt; tak czy owak, wychodzi na to, że dieta.

Trudno wyobrazić sobie, jak to jest być kucykiem, w każdym razie chciałbym zaryzykować, zapewne niewiele, ot, taką hipotezą: kucyki też prześladuje spuchnięta twarz Goetze, kucyki także żyją pod niebem, które płacze nad Albicelestes i kucykom też nie sposób ogarnąć bezmiaru fatum, nie sposób w fatum uwierzyć, chociaż jest jasne, jak bezwzględny jest futbol.

Można więc trochę poczuć, jak to jest – być kucykiem. No, powiedzmy – spróbować. Przy całym szeregu założeń pomocniczych, oczywiście.

I, naturalnie, obce jest mi uzurpowanie sobie prawa do apodyktycznych sądów na temat hybrydy, kucyka czy innego Bogu ducha winnego stworzenia, przynajmniej tak oświadczę, tak zadeklaruję, niemniej – tak, jest i druga strona medalu, jak to z reguły bywa – skoro za wybitnego eksperta od futbolu południowoamerykańskiego uchodzić może redaktor Wołek, to i ja mam niejakie uprawnienia, by dywagować w podniosłej kwestii kucyków.

Sierota

10 lipca 2014 § Dodaj komentarz

To nawet nie jest najgorzej, gdy mecz rozpoczyna się o północy, wręcz doceniam tę okoliczność: nie razi światło dnia, z całym tym hukiem, jękiem, zawodzeniem, z tym nagromadzeniem innego, które odciąga i rozprasza, z tymi klaksonami, placami zabaw, z ujadaniem psa, sygnałem karetki, ze śmiechem i szlochem, które dobiegają zewsząd, grabią koncentrację; spróbujcie, jedna z drugim, rozkoszować się wierszem Tranströmera pośród wyjących naokół betoniarek.

Nie bez przyczyny ów wiersz przywołuję, jak nic bowiem pasuje mi to porównanie – Mundial, psze Państwa, Mundial, i owszem, to jakby poezja, kwintesencja piłkarstwa jako takiego, wcielenie najwyższego wzruszenia i skrajnej emocji, uosobienie tej niebywałej wyższości nad innymi dyscyplinami, tej miażdżącej subtelności, która narasta wokół dziewięćdziesięciu minut, Mistrzostwa Świata to kumulacja wszystkich legend narosłych w historii (dlatego, między innymi, stanowczo, ze wszech miar, odrzucić należy wszystkie te postępowe próby zamachu na integralność Dyscypliny w postaci kamer, powtórek, gol-linia-technologia, co samo w sobie już brzmi szkaradnie, konsultacji sędziowskich w trakcie meczów, a zwłaszcza, o zgrozo, lobbowane co czas jakiś postulaty podniesienia stopnia atrakcyjności widowiska, poprzez, przede wszystkim, likwidację świętej zasady spalonego; tak jest, wytępić to trza, ogniem i mieczem unicestwić zapędy tałatajstwa, rzekomo postępowe zapędy, a zatem – łapy precz od wszystkich kontrowersji, które przecież, tak, pompują soczysty balon mitu, które przecież, tak, karmić nas będą przez dekady).

I jeszcze złość mą budzi, choć, z drugiej strony, raduję się przeca, że gra wznieca we mnie emocje tego rzędu, złości mnie zatem, kiedy słyszę, jakie to wspaniałe, że bramek tyle się sypie, jakoby atrakcyjność spotkania szło li tylko poprzez ilość goli mierzyć; a przecież gol to świętość nieledwie, dopełnienie i istota Dyscypliny i nie powinien spowszednieć, chleba czy soli tutaj przywoływać nie należy i, na Boga, nie co minutę powinien padać, bo jeśli tak, to w stronę ping-ponga czy siatkówki się trzeba zwrócić, gdzie każda akcja to punkt, a najlepiej, upraszam, w kierunku basketu, gdzie punktów koło setki wręcz doliczyć się można i piłka pięknie co rusz przez siatkę przepływa.

Niewiele tych meczów do końca, lecz Albicelestes w finale, co niesie nadzieję triumfu i przywołuje wspomnienia z 1986 i 1990, z jaśniejszym, rzecz prosta, obrazem z Estadio Azteca.

Niewiele tych meczów pozostało, nie bez smutku wypada skonstatować w ten piękny czas lipca i jakoś tak rzewnie się robi, gdy wspomnieć przychodzi ten miesiąc, jedyny taki, jedyny taki, bo raz na cztery lata.

I cóż począć przyjdzie po trzynastym, gdy człek się ocknie, gdy dotrze doń, że to już koniec, gdy przyjdzie się odnaleźć na powrót w tej nowej-starej rzeczywistości, niczym dziecko we mgle, niczym cyklista bez kasku na autostradzie, cóż przyjdzie począć? Oto, nie kusi ta perspektywa, oto los sierot po Mundialu.

Sergio Goycochea

/Sergio Goycochea, niezapomniany rezerwowy, który wyrósł na bohatera reprezentacji Argentyny podczas włoskiego Mundialu/

Where Am I?

You are currently viewing the archives for Lipiec, 2014 at Kasprowicz.