Osiemdziesiąt

30 września 2014 § Dodaj komentarz

W niedzielę Brigitte Bardot skończyła 80 lat.
Piękny wiek.
Głównie to zdjęcie, tak. I jakby w kierunku pana Wiesława płyną asocjacje.

No tak.

bb80

PS – I rekordowy miesiąc na Uchu chyba wyszedł.

/fot.JBMPhotos/

Potok, materia, leksykon

26 września 2014 § Dodaj komentarz

Chwila musiała być podniosła, skoro ją pamiętam, przywołuję, nabożnym wręcz stosunkiem otaczam.

Dobrze już wybiła połowa września, ale to wcześniej, innego roku i przekroczywszy tę połowę września roku wcześniejszego tak sobie siedzę w górach, niezbyt może wysokich, ale górach przecież. I pierwsze myśli, jakie z tamtego siedzenia na mnie nachodzą, się pojawiają, przypominają – a trzeba wiedzieć, że siedzę nad strumieniem (nad… za moment, psze Państwa, za moment), bo w tych górach i w górach w ogóle, natrafić czasem można na strumień, potok także, bo tu jakaś różnica zachodzi, więc, precyzuję, to jest oczywiście jasne, że to potok, nie strumień – zatem wraca do mnie refleksja, tamta, z innego, wcześniejszego roku, z drugiej połowy września, która mnie naonczas nawiedziła, ta mianowicie, czy siedzę nad potokiem czy przy potoku, jąłem się zastanawiać, acz bez konkluzji wyraźnej, rozstrzygnięcia, już to w jedną, to w drugą stronę; tak to więc kwestia siedzenia w okolicy potoku, względnie strumienia, bo i na strumień problem ów można rozciągnąć, ta kwestia zatem nierozstrzygniętą pozostaje, nadal aktualną i teraz, nie wiedzieć, na jaką okoliczność, teraz na mnie znów spływa niczym, daleko nie szukając, spokojny (bo rwące też są) górski strumień.

A więc w górach, a góry przecież to nie tylko kupa kamieni, choć zdrowe, silne oko, dosadnie na materię nastawione tak to zinterpretuje, zdrowe oko o silnym spojrzeniu słusznie widzi kamienie, materię, tak. Ja jednak, wzrok kaleki, ułomny posiadając, w takich okolicznościach, uprzednio się wzruszywszy, rozczuliwszy, roztkliwiwszy, że pozwolę sobie czerpać z polskiego leksykonu obficie, zatem na te czułe piętra się wspinając, we wrażliwe tony wpadając, otóż, dostrzegam w takich sytuacjach, tak spreparowanych sytuacjach, dostrzegam w tej materii, w tych partiach kamieni, widzę tam coś więcej, jakieś elementy magii wyławiam, do mnie docierają, przepraszam za patos, jakieś doznania delikatnie, w wersji odtłuszczonej, delikatnie o mistykę zahaczające mnie obejmują, estetycznie coś mną wstrząsa, się rusza, porusza we mnie, mnie porusza.

I się zapytuję, niemo, bez koncepcji, że skądś dotrze odpowiedź, się pytam: czy piękno istnieć może i się objawiać w skondensowanej postaci?; o, ignorancie, besztam się z ukontentowaniem, dyletancie nad dyletanty, piękno istnieć może w każdej postaci, rozrzedzonej i skondensowanej, samo w sobie i tak dalej, skoro kamienie istnieją i inne jeszcze rzeczy, pojęcia, materie, bo istnieją, tak.

Maleńkość

25 września 2014 § 3 komentarze

Śpi wszystko, ucichł był już ostatni dzwon, śpi kamienica cała, pola, domy pod lasem; chociaż może i nie, bo dziki, w poszukiwaniu żołędzi, rozryły nocą cmentarz, pola urnowe. Jednak noc, we śnie prawie wszystko, spokój i cisza, nawet jakby na tym skwerze, gdzie urny, nawet tam jakby się wyciszyło.

Są takie wieczory, noce, kiedy się nic nie zdarza, na pozór przynajmniej, i to jest dobre, bo kiedy się nic nie zdarza, to zdarza się przecież wszystko, o, tak, niech będzie chwała błogosławionej ciszy, o, tak. I deszcz pada, co da się stwierdzić, czyli usłyszeć, i zaszumi tamta brzoza, jedna z drugą i trzecia, to już wierzba, zdaje się, płacząca wierzba, wierzba trzecia niczym bonus jakowyś; i sen, i oddechy popłyną przez korytarze, rzekłbyś – przez spokój, w tej ciszy, w tej nocy, podczas której nie dzieje się nic, a zdarza się wszystko; tak pulsuje maleńkość, której pochwała niechaj popłynie, skorośmy przy pływaniu, ku górom i dolinom, niechaj zatrzepocze, skrzydła rozpościera, niechaj się rozmnaża, a raczej, nie przesadzajmy, raczej utrwala, tak jest dobrze i tak wystarczy, maleńkość poprzez pochwałę, maleńkość jako podstawa bytu, ucieleśnienie. No, mogą mówić – minimalizm, spotęgowany, wycofany, introwertyczny minimalizm; powiedzieć, tak, można wszystko. Tymczasem, co czuć można bardziej, niż wiedzieć – maleńkość nie ma nazbyt wiele wspólnego z minimalizmem; chyba że pierwszą literę, m jak maleńkość i m jak minimalizm, lecz w sumie niewiele.

I tutaj jest inaczej, inne pisanie tutaj panuje, stosunki, waham się, czy rzec – w oparciu o maleńkość, lecz zaryzykuję, po cichu, bo tak dobrze: w oparciu o maleńkość, po nic, dla siebie.

Oddechy płyną spokojnie przez korytarze, ocierają się o lampy, kwiaty, delikatnie zahaczają o pościele, bez szumów własnych, jakichkolwiek, cisza brzmi; płyną oddechy i tak jest dobrze. Jej Wysokość Maleńkość.

Chłód na stopach w pobliżu starego poligonu

24 września 2014 § Dodaj komentarz

Te snopy lichego, bladopomarańczowego światła są na wskroś jesienne, mniemam; poza mniemaniem mam taki obraz w pamięci, a teraz także – przed oczami. Te wczesne snopy, tonacja bladej pomarańczy, coraz wcześniejsze, ta jesień, coraz bardziej realna; być może zresztą ta jesień jest dość porowata, niczym skóra pomarańczy, ale wewnątrz miąższ miękki, słodki czasem, aromatyczny nawet, słowem, mówiąc wprost, być może ta jesień jest bardziej soczysta, niż się zrazu wydawać by mogło.

Czuję chłód na stopach, jesień odczuwam, mówi ona, a mnie jej intensywnie czerwone paznokcie u stóp nie pasują: to piękny odcień, nie bronię się przed tą konstatacją, wszakże, na Boga, tak czerwone (tak, w ten sposób czerwone) mogą być zimą, chyba zwłaszcza wtedy, jeno że nikt – no, mało kto – podówczas może je podziwiać, się napawać ową kompozycją i w ogóle, względnie wiosną i latem, naturalnie, o tak, latem ta czerwień jest jak najmocniej, jak najbardziej naturalna, się komponuje, harmonijnie scala z wodnymi odcieniami, tworząc całość się dopełniającą, zgoła, rzekłbym, estetyczną; kłuje mnie ta czerwień na jej stopach jesienią.

Co jednak chciałem powiedzieć, to głównie to, że mimo tego żądlenia, kąsania, że czerwień, że jesień, że rozdźwięk pomiędzy nimi i pomiędzy ich zestawieniem a moją percepcją, czyli rozdźwięk numer dwa, pomimo zatem rozdźwięków niejakich, pomimo wszystko nie mogę zakomunikować, że mi się to nie podoba, a nawet więcej – się podoba, że tak skonstatuję. Chłód czuję na stopach, mówi ona.

Jestem przekonany, że w starym miejscu, nieopodal poligonu, w starej dzielnicy, jeżeli istnieje, choćby w formie mocno skarlałej, ale, korekta, stare miejsce istnieje na pewno, może na innych zasadach istnieje, ja wiem, że istnieje i cyklicznie je odszukuję, głównie w pamięci, i cyzeluję, dopieszczam, gładzę, delikatnie przeciągam po nim pędzlem z możliwie miękkiego włosia, odmalowuję ją, dzielnicę – tak, wierzę, że w starym miejscu wciąż rosną kasztanowce, rosną i owocują. Jeżeli czegoś się obawiam, to tego może, że nikt tam się nie zapuści i kasztanów nie pozbiera; zgniją niechybnie.

Pan Wiesław nie walczy

23 września 2014 § 1 komentarz

To jest jednak gość.

NEWSWEEK: Walczy pan z paleniem? Ile razy pan rzucał?
Wiesław Myśliwski: Nie walczyłem, nie walczę i nie zamierzam walczyć.

/2009, zdjęcie Tomek Sikora/

mysliwski

Ciągle jeszcze ewenement

12 września 2014 § Dodaj komentarz

Już pamięć, odnoszę wrażenie, szwankuje niekiedy, dlatego nie mam pewności, czy coś takiego, raz i dwa, jeden po drugim, słowem: czy dzień po dniu notki publikowałem; tak czy owak, mieści się to (ciągle jeszcze) w kategoriach ewenementu – a więc po wczorajszej, będzie, no, jest i dzisiejsza.

Może to przez ten deszcz, bo padało, lśnił wieczór wczoraj; może to przez ten wrzesień – szerzej – bo mam sentyment do tego miesiąca zmierzchu, pożegnania, do miesiąca nostalgii; i niepokój jakiś się podówczas, co obecnie oznacza – teraz, niepokój bez głębszego uzasadnienia się odzywa, szepcze raczej, tu trzeba być szczerym, stuka palcem w ramię i słychać go pomimo tych liści, co inaugurują solidniejsze obumieranie pośród kolorów, bardzo piękne obumieranie, pomimo tych liści, wirujących w powietrzu, opadających pod wpływem ciężkiego deszczu, pod stopami szeleszczących.

I forma znów przerosła treść, tak; co tu kryć – rad jestem, że form nie zmiotła treść.

Jesień bowiem

11 września 2014 § 3 komentarze

Orzechy dostrzegam, kasztanowce, klony, suche do niedawna jeszcze lipy, a teraz pierwsze nadgniłe, różnorodne liście; broczące powiędłymi, o stłumionych barwach liśćmi aleje i trotuary świadczą, że następuje przejście, uruchamia się inny cykl, jeśli już nie został, sam z siebie, uruchomiony.

I uruchamia się konstatacja, to już inna para kaloszy, a wczoraj w sumie padało, swobodnie się uruchamia, jak ta faza schyłku swobodnie się instaluje, rozgaszcza, się mości żółte periodyczne obumieranie, a więc konstatacja, że tytuły profesorskie, jako i inne przynależności, pozycje społeczne, członkostwo w establishmentach i mainstreamach, egzorcyzmy czy zaszczyty nie chronią w rzeczy samej przed możliwością głupoty, co nie jest żadnym specjalnym odkryciem, okrzyku triumfu nie będzie, raczej zażenowanie, takie tarcze zaszczytne nie sprawią, że potencjalne zagrożenie głupotą zmaleje, a wręcz przeciwnie niekiedy, o czym świadczy dobitnie pewna rozmowa dwóch panów na Ha, nieładnych, przeświadczonych o swej wybitności – nie wiem, takie można odnieść wrażenie – z niejaką arogancją w brzydkich oczach. Ale może jestem niesprawiedliwy, uprzedzony, bo nieładni to ludzie i szydzą, kalumnie sypią na coś, co mnie gdzieś tam raz po raz zachwyca, nieładni.

A poza tym odnaleźć można symptomy wyczerpania i znużenia, wszędzie, no chyba prawie wszędzie, to zapewne kwestia owej fazy, pierwszej pary kaloszy, bo liście, bo cykl, aleje i deszcze, jesień bowiem.

Where Am I?

You are currently viewing the archives for Wrzesień, 2014 at Kasprowicz.