Czarne i białe: noc i śnieg

12 grudnia 2014 § Dodaj komentarz

Może to miłość do czarno-białej fotografii, nie wiem. Kto wie, może to oznacza tęsknotę za czarno-białym światem, który nie gardzi, rzecz prosta, paletą szarości, tej nigdy za wiele. W każdym razie wieczorem, nocą, gdy tlą się już latarnie, śnieg byłby mile widziany, nie powiem, nie powiem, że nie. Noc w grudniu, bez śniegu, czarna; śnieg byłby dopełnieniem, och – byłby.

secretparis_03

[zdjęcie – Brassaï]

Reklamy

Deszcz muska dziewczyn powieki

11 grudnia 2014 § 2 Komentarze

Ani żem się obejrzał – no cóż to za fraza, wszyscyśmy się przeca oglądali – a rok gaśnie, zmierzch nastaje. Jeszcze bacznie się rozgląda, dogląda, ostatnie lustracje czyni, czy aby wszystko na swoim miejscu, czy aby zostawia po sobie porządek – chaos, odzywam się w tym momencie, dość cicho, wyznam – czy aby okna domknięte, z kranu nie cieknie; za chwilę można będzie gasić światło.

Acz pierwej grudzień wyżarzyć się musi, w schyłek wszedł był właśnie, już palce parzy, faza na kilka sposobów co najmniej wyjątkowa. A główny taki, że palec wystaw, ucho nadstaw, dotykaj i badaj, schyłek grudnia, zanurz się weń koleżanko, wejdź śmiało, kolego – i badajcie, oto nasz probierz, oto miara naiwności, ileż to jej w nas pozostało jeszcze, hę? Oto kryterium niedobitego dzieciństwa: mruż oczy, czuwaj, nasłuchuj, wypatruj i jeśli coś w tobie zostało z tej naiwności – we mnie, ufam, także – oddychaj, się nasyć, a potem śpij spokojnie.

A więc zmruż oczy; wracam, schyłek grudnia, miesiąc wielką łuną się kładzie na spoczynek, wracam i mrużę oczy. Grudzień zasypia i pławię się w chwili, pada deszcz akurat, wolno idzie i bez pośpiechu, na spoczynek zmierza i kończyć będzie – już, już – cztery cyfry kolejne pełne niedomówień, ja też wolno idę i pada deszcz. Jest chwila, ważna i czuła, już można estetykę wprowadzać, piękna chwila, że dla niej głównie warto słowa posklejać, tymczasem wciąż pada, mijam dziewczyny, deszcz grudniowy rzęsy im skleja, powieki delikatnie okłada, och, muska je ledwie przecież.

Mrużę zatem oczy (wciąż pada, spokojnie, rytmicznie, ślicznie) i trwa chwila cudowna; to jest ten moment, kiedy kochasz miasto najmocniej, a może, niech będzie, że śmiała to supozycja, a może wówczas je kochasz jedynie, to jest ten moment, gdy miasto mówi do ciebie. Już światła latarni matową pomarańczą spowite, już budynki różnymi odcieniami żółtego nakrapiane, reflektory ciemnych aut wysyłają gwiazdy i mówią, sygnalizują, jak słupy, skrzące zielenie, czerwienie i pośrednie barwy deszczowego wieczoru – mruż oczy, pamiętaj i chwilę pamiętaj, zapamiętaj, utrwalaj; z małych słów, z powszedniości utkaną, wszak piękną. Nadal zmrużony wyobrażam sobie, że spotykam, wręcz wpadam w ramiona ze wspomnień wydobytych miłości; czy może być piękniej, nasz drogi, pytają, czyż prześliczniej być może poza tą chwilą? Szkoda mi słów, kiedym tak w nie wtulony, kiedy to ciepło przez płaszcze i kurtki, przez inszą garderobę promienieje od nich i na mnie przenika, kiedy tak rozczulony tkwię w tych ramionach, kiedy ich włosy lekko mokre na moich szorstkich policzkach czuję, szkoda, tak jest, szkoda mi słów i wzdragam się naruszyć błogostan, lecz mówię: może, najdroższe, jeszcze jest jeden stopień, jeszcze nie koniec gradacji, może być piękniej – mrużmy się jak teraz, niechaj śnieg wiruje jednak.

RaymondMeeks

[zdjęcie – Raymond Meeks]

Where Am I?

You are currently viewing the archives for Grudzień, 2014 at Kasprowicz.