Tydzień na tysiąc znaków (5)

28 października 2016 § Dodaj komentarz

Istnieją dylematy nierozstrzygalne, wątpliwości, które omijają prawo wyłączonego środka (tertium non datur), no, oczywiście, trzeba znać miarę, zważyć proporcje czy niedbale zmrużyć – chociażby jedno – oko, że te o logikę się ocierające asocjacje pozwolę sobie wytoczyć. No bo, jakkolwiek, ktoś mógłby pokusić się o taką alternatywę: Premier League czy La Liga? Albo kwestia: Mundial, Copa czy Euro, he? Wszystko trza byłoby do ułamków sprowadzić, pomierzyć, pod światło spojrzeć, aparaturę cięższą sprowadzić, a i tak, mniemam, odpowiedź byłaby pochodną nastroju, zmienną, niejednoznaczną, z możliwością natychmiastowego odwołania. Te rozważania, tyczące, rzecz prosta, najukochańszej dyscypliny (poważniejszej niźli śmierć i życie, niech mi będzie wolno bon-mot angielskiego klasyka przywołać), otóż po to one tylko, by stwierdzić, że w przypadku koszykówki takiego ważenia racji nie ma, tu wszystko jest jasne i czytelne, białe jest białe, a czarne – czarne; tu jest ze wszech miar oczywiste, że mamy NBA i potem długo, długo nic, bez urazy, pisze to miłośnik świętej pamięci Pucharu Ronchetti.

I jakoś w kończącym sie tygodniu ruszyły rozgrywki za oceanem, co skłoniło mnie, by przeprowadzić eksperyment; krótko mówiąc, nie miałem pojęcia, kto był mistrzem w sezonie ubiegłym, natomiast bez zająknięcia – i bez wsparcia Google! – wymieniłem, łącznie z numerami, czterech graczy z pierwszej piątki Portland Trail Blazers z sezonu 1991/1992.

Nie wiem jednakże, czy powinienem spodziewać się wyrazów litości czy może oczekiwać gratulacji – i w tej niewiedzy pozostając wbijam ostatnią kropkę.

the_glide

/na zdjęciu Clyde Szybowiec Drexler; zawodnik w obronie z ’11’ to bodajże Isiah Thomas, w tle, z nr ’10’, słynny Dennis Rodman, obaj w barwach Detroit Pistons/

Dziewczynka z niebieską żyrafą

26 października 2016 § Dodaj komentarz

Umieram, powiedziała śmierć, niezdarnie wiercąc się, przewracając z boku na bok; sen, ten i wszystkie, pochłaniam niecierpliwie, ssąc palec i zgrzytając zębami, ja.

Myślę, że dziewczynka z niebieską żyrafą, skryta gdzieś teraz, skryta za którymś z setek jednakowych okien, gdzieś pośród najbardziej szarej elewacji, myślę, że ta dziewczynka nie chce spać; dobrze, że towarzyszy jej żyrafa, niebieska, i ona też nie będzie spała.

Może w sobotę pójdziemy na mecz, będzie deszcz i wata cukrowa, parasol, na Boga, nie pamiętam, gdzie schowałem parasol, to mi się normalnie nie zdarza, choć i w tej mgle, która zapowiada listopad, choć i w tej mgle nie ma niczego nadzwyczajnego, zdarza się, mgła i zagadka parasola, tajemnice Fromborka (najsampierw, 1971, zagadki w Płomyku, nie pamiętam, nie byłem wówczas, tak) i innych miast, skrytych w mleku poranka, mleku cierpliwej środy, zatem w sobotę na mecz, ufam, że zagrają wreszcie na zero z tyłu, wezmę cię, jeśli pozwolisz, pamiętaj o braku zadaszenia, znikąd ratunku, nie ma gdzie się skryć, pomimo tajemnic, być może będę sam, taka godzina nastanie, na pewno; mleko o poranku i deszcz w sobotę.

trybuna_niekryta

Tydzień na tysiąc znaków (4)

21 października 2016 § Dodaj komentarz

Jeszcze ciemności u zaranka spowijają osiedle – że o skwerach, parkach, darujcie, nie wspomnę – a już pogasły te śmieszne latarnie, jako żywo na myśl przywodzące grzyby o nieproporcjonalnie długich, cienkich nóżkach; wewnątrz zaś kapelusza żarówka w kształcie spirali, wygasła.

Za to w salonie na E. światła się palą, jaśnieją, non-stop jasno; w salonie na E. uświadczysz wiele, ale z kulturą to ma niewiele wspólnego, no, mniej coraz to bardziej, jeśli można tak rzec; jeśli literatura, to tylko ta najgłówniejsza, pierwsze nazwiska, a głównie uświadczysz świeczkę i breloczek.

Dziadek, którego znam i lubię, w pewien nawet sposób cenię (acz, skądinąd, dziadek nie zna mnie), otóż ów dziadek, którego lubię – jeśli tylko nie wyśpiewuje, że jest dziadkiem – ów dziadek oddał swe dzieło najświeższe na wyłączność salonowi na E., acz, przyznajmy, na okres dwóch tygodni jeno. Taki to dziadek, proszę ja Was, nic tylko czekać, jak po telewizjach podwieczorkowych na tournée ruszy.

A może, przychodzi mi na myśl, a może już poza nami etap narracji, piękne słowo, swoją drogą, piękne, choć sprofanowane okrutnie, niestety. Tu się może i wolno spierać, chociaż narracje są pewnym etapem, bo złudzenia płyną etapami, w wyścigu do nieśmiertelności już mnie dublują, bez żalu z mej strony, i ja jestem teraz na etapie, akurat w momencie, gdy Herbert ciska kamieniami w cuchnące dniem i nocą sępy, pióra wirują w ciężkim powietrzu, patrzymy chyba zafascynowani.

herbert_sep

Tydzień na tysiąc znaków (3)

14 października 2016 § Dodaj komentarz

Trener solidny w miarę, powiedzmy, psze Państwa, trener przyzwoity, a tyle powiedzieć możemy o naszym Adasiu Niezgódce, kiedy karta nie idzie, polegać musi na szczęściu, na farcie tak zwanym i dzięki temu właśnie na rangę trenera przyzwoitego zasługuje, że owemu szczęściu nie przeszkadza, że się nim, ujmijmy to tak, posiłkuje.

El Cholo rzekł był, że w piłkę grać może każdy, natomiast uprawiać futbol – jeno nieliczni; Adaś Niezgódka do grania w piłkę wystarczy, by wejść na poziom wyższy, poziom futbolu – tu już trzeba Ambrożego Kleksa.

***

Głównie w stronę dziewcząt zerkam, ku płci najpiękniejszej oczy zwracam. Śmiechy i powitania, dziewczyny cmokają się w lekko zaczerwienione policzki – te dwie, jedna szczupła, wysoka, w okularach, duże szkła i czarne oprawki, o ile mogę w tym świetle wyrokować, druga niższa, zgrabna, pali cienkiego papierosa, te dwie widują się często, mniemam – jeszcze może kawkę, mówi jedna, proponuje w zasadzie drugiej, sama bowiem juz dzierży w spowitej rękawiczką dłoni papierowy kubek, wafelka jeszcze, kokosową Princessę może; po chwili wchodzą, ja za nimi, mam je w zasięgu wzroku.

Po godzinie dziewczyny, jedna z drugą, skulone w miękkich fotelach, głowy wciśnięte między kolana, twarze głęboko skryte w dłoniach, o ile mogę w tym świetle wyrokować, ciche westchnienia; widziałem Wołyń.

adas_n

Kolejka, pisak i odrosty

13 października 2016 § Dodaj komentarz

Zamki runęły; inna rzecz, że nie ma piasku naokół, błoto jest, nie ma piasku i zamków już nie ma, taki pejzaż.

Senna panorama, nieledwie jak pociąg; wąskotorowy wehikuł sunie pomiędzy brązowiejącymi, gdzieniegdzie żółtymi wspomnieniami po minionych etapach, westchnieniami po minionych lub wręcz zaprzeszłych złudzeniach, kolejka miękko, sprawnie wsuwa się w obłok reminiscencji, sunie pod powieką, powieki jak płatki śniegu, wkrótce. Tak to jeszcze widzę, kluczowe słowo, klucz pod powiekami, Boże broń przed samą treścią, zachowaj od pustej formy, przez policzki ślizgają się zimne pocałunki, na tamtych ustach kryształki lodu, sunie kolejka i śpiewa pani Krystyna, śpiewa w kolejce psalm, że po szarość, przez noc.

Twój biust, mówi Sablewska, brzuch i uda, o, tak, lubię je od pierwszej chwili, można powiedzieć, że się na nich poznałam, bardzo ładne, niczego sobie, co najmniej poprawne. Tyle tylko – Sablewska wyjmuje skryty gdzieś wcześniej, za plecami, dopiero teraz rejestruję, że dłonie trzymała splecione na plecach, Sablewska wyjmuje gruby, czarny pisak, przepraszam bardzo, ten pisak mnie się od razu kojarzy ładnie, kojarzy się brzydko – tyle tylko że te twoje oczy, serce i głowa, otóż one mnie niepokoją, do poprawki, mówi Sablewska i próbuje się uśmiechać, wobec czego i ja podejmuję taką próbę, mówi i gryzmoli coś pisakiem po lustrze, które już zna moje odbicie; do poprawki, mówi, a na lustrze pojawia się napis: SERCE, OCZY i GŁOWA, podkreślony napis, niczym hasło bądź slogan, czeka nas wiele pracy, mówi Sablewska a promienie spóźnionego słońca pieszczą czubek jej głowy, zaczątek czarnych odrostów.

Kolejka się toczy, rozbija obłoki, spóźnione słońce złoci chmurę tęsknoty; z trudem odrzucam powieki, z wysiłkiem kryję się wewnątrz pościeli, jestem skryty i bezpieczny, ostatni gwizd, tylko ten chłód na policzkach.

1962-william-klein

/zdjęcie: William Klein, 1962/

Miles, minus 58

11 października 2016 § Dodaj komentarz

kind-of-blue-maisel

/sesja nagraniowa Kind of Blue, 1958, zdjęcie: Jay Maisel/

Tydzień na tysiąc znaków (2)

7 października 2016 § Dodaj komentarz

Chciałem rzec najsampierw: zrazu, lecz się ustabilizowało i zrazu przeszło w constans, jednostajny i prostoliniowy.

Stal wdarła się na niebo, w niebo, przeszyła i wypełniła, jakkolwiek. Niebo pulsuje na stalowo, ledwie jakieś jaśniejsze, ciemniejsze rzadziej, jakieś plamy ledwie, jak gdyby dziecięcą ręką i pędzlem takim nabazgrane, nakropione. Witaj smutku, jak powiedziałaby najpewniej pani Sagan, a już na pewno pan Éluard, choć przeca zgryzoty nie ma, bo smutek, bo melancholia, no cóż – mają i dobre strony, aż takie zestawienie tu się wykluło: smutek versus zgryzota. No chyba że – i tu się sarkazm wkrada, przez tę stal przebija – no chyba że celebrować przyjdzie dzisiejszy dzień, jak podpowiada taka czy inna platforma – Dzień Uśmiechu.

Za to wieczory, owszem, zmierzchało inaczej, na żółto, pomarańczowo, bywało, że i na czerwono, taki kontrast.

Witaj, smutku, zaszumiały przerzedzone korony drzew, targane wilgotnym wiatrem; dywan nadgniłych liści skrył ścieżki, również tę, ku której kieruje tablica z napisem: Witaj, smutku.

witaj_smutku

Where Am I?

You are currently viewing the archives for Październik, 2016 at Kasprowicz.