Autobiografia na kwadrans przed zaśnięciem

15 grudnia 2017 § Dodaj komentarz

Piąta piętnaście, moja droga, moja droga godzino. Wychodzę spojrzeć, jak dzień się budzi, nastaje, jak życie – bądź to, co za nie uchodzi – w ciemnościach poczyna się rozpychać, miasto się budzi, moja droga, piąta piętnaście. Pierwsze autobusy (wyjazd z zajezdni) na granatowych ulicach, nad nimi niebo jeszcze bardziej granatowe, wokół zgliszcza po jesieni, jeszcze przedzimowe; ciemność o randze aksjomatu nakrapiana skąpym blaskiem reflektorów (pierwsze autobusy, wyjazd z zajezdni), nikłą poświatą latarni, które, rzekłabyś, jawią się niczym łby egzotycznych ptaków, złączonych w rozedrganym mezaliansie z laleczkami voodoo, tu i ówdzie żar łapczywie umykających pierwszych papierosów, wyjazd z zajezdni.

Tamte marzenia! Głowa niczym kula przeoranej ziemi, kikut w bonusie, nawet jej ścinać nie było potrzeby, kapitulacja, trzeba by rzec, że łatwa, gdyby ktoś zechciał zapytać. Tamte tęsknoty do dziś obecne, wyraźne, tamte tęsknoty złączone w formę substancji, najważniejszy budulec. Co tam zresztą – tamte! Tęsknota, jak sięgnę pamięcią, tęsknota, choć oko wykol, ile się wokół rozejrzę, tyle tęsknot, a bywa, że nim się obejrzę, zapominam, za czym tęskniłem, co nie znaczy, że tęsknić przestaję. Moje tęsknoty niczym powietrze, utkwione w krtani tęsknoty, już, już czające się, by z oczu wytrysnąć, co nigdy nie nastąpi. Wszystkie możliwości, które – wiem – zaprzepaściłem, nigdy nieodgadnione drogi ku nim wiodące, zamknięte w formie tęsknoty, tęsknota jako substancja. Wszystkie możliwości przeszyte niewiarą, lenistwem, wokół mnie skupione w postaci kokonu, z którego nigdy się nie wydostanę; byle tylko do domu, prowadzą latarnie, inne blade światła, granat nieba jest pusty, byle do domu, do siebie, wewnątrz, prawdziwa rozpusta tęsknoty i rozrzewnienia – jeszcze, więcej, przepij sentymentem, to zawsze dobrze tobie służy, jeszcze, więcej i tak do końca, jakiegoś, bo będzie przecież.

Unoszę powieki; są tak ciężkie, mam wrażenie, że powinny odpaść: to coś, odpowiedzialne za ich utrzymanie, nie daje jednak za wygraną – unoszę powieki; dostrzegam dłoń zmierzającą w moim kierunku. Dłoń przeczesuje moje potargane, sklejone zimnym, nocnym potem włosy; już prawie lato, wszak noce nadal są chłodne. Aleś ty rozpalony, mówi mama, przykładając dłoń do mego czoła (jest mi zimno), żebyś tylko nie był chory; mama jakby zastyga w zamyśleniu, wpatruje się gdzieś w sufit czy na ścianę, w nieznany mi punkt. Ubierz się, włóż tamten ciepły niebieski sweter, mówi, wyrwawszy się z zadumy, pozwolę ci obejrzeć mecz, dziś gra doktor Socrates; mama kocha Brazylię. Nawet żal mi tej Algierii, wzdycha mama w moim śnie, nie ma najmniejszych szans.

Mówiłem chyba o marzeniach; a więc, tak, mam jedno, wielkie i nigdy niespełnione, które i teraz się nie ziści. Otóż kronika filmowa, albo gigantyczny kalejdoskop: raz jeszcze to wszystko ujrzeć, przeżyć, stopić się, niechby i tylko z perspektywy widza, ale byłbym podówczas widzem najpełniej świadomym, jedynym, który rozumie.

Cztery baterie (typu paluszek) starczają nieledwie na odtworzenie jednej strony kasety, potem mechanizm spowalnia, co niesie ze sobą również spowolnienie melodii, świat wszakże, ten, który dziś jest mnie obojętny, tamten świat należy do mnie, czuję nieposkromioną niczym wyższość nad wszystkim, co mijam, właściwie miażdżę to wszystko inne sobą: nie tyle z zuchwałości, nie tyle z pogardy, ile przy okazji niejako, co się okaże po czasie zupełnie nieistotne – bez straty dla świata, bez korzyści dla mnie. Inna rzecz, co wydaje się wręcz niesłychane – ekstraordynaryjne, jak powiedziałaby Aldona – że wszystkie ważne płyty pochodzą jeszcze z dwudziestego wieku. Tymczasem trzeba się spieszyć, zbierać się trzeba, ostatni tramwaj linii numer dziewiętnaście wkrótce odjeżdża, ostatnia dziewiętnastka mija starą szkołę, czasu zostało akurat tyle, by wspiąć się raz jeszcze na drzewo, raz jeszcze rzucić okiem na szatnię dziewcząt, potem nie bez ryzyka wypada spalić emfatyczne listy, tryskające infantylnym pięknem (proszę nie mylić z kiczem), a przez to istotne, ważkie, nikłe płomienie za salą gimnastyczną, motorniczy ponagla, histeryczny dzwonek; nieczynna pływalnia, potem zakręt (jeśli się nie mylę) i wprost przed siebie, na północ: pierwsze uderzenie morskiej soli, najpierwszy bezmiar naszego morza, które jest zawsze stalowe i zimne, zamglone horyzonty, piękno i zachwyt najczystsze.

Potem już wszystko z wolna poczyna się rozmywać; może ów maj jeszcze bym wspomniał, rozszarpane serce pośród notatek z semiotyki, intensywne doznania, na które nie byłem gotowy, acz czekałem na nie, jakże wytrwale, ale i tak przyjdzie się jeszcze obejrzeć, dalej, w imadle nocy, kiedy autobus nadjedzie się wyrwę, królowo, by wrócić do domu, do życia. I może jeszcze przez chwilę, o, tak na moment, rozpłynąć się w tamtym dobrym smutku, królowo melancholio najświętsza, smutku, kto wie, ocierającym się o szczęście, łzy grzęzną w gardle, nabrzmiałe oczy, jeszcze na chwilę tak ulec i wpaść w objęcia dobrego smutku, wstydzę się łez, smutku, raz jeszcze tak się rozpłynąć.

Teraz zaś stać się mogę twarzą kampanii reklamowej jesieni, zmierzchu, otóż i moje przeznaczenie, w które nie wierzę; wierzę w przypadek, w związek bezprzyczynowy, a zatem i bez skutków, bez skutku wierzę.

Od tych wszystkich Cioranów, Pessoi czy innych May I Take You Home, otóż od tego wszystkiego, synku, od tego wszystkiego uśmiechu ci nie przybędzie, mówi mama, w pokoju pachnie modrzewiem. Wystarczy, że na koniec dnia na coś czekasz, chłopaku, bo jeśli czekasz, to dzień był dobry i będzie dobrze, po raz ostatni we śnie mówi mama, dłonią stara się rozmierzwić moje posklejane włosy, bo czekanie jest dobre, trzeba na coś czekać. A co, mamo, zbieram się na odwagę, a co, mamo, mówię, jeśli czekam jedynie na sen?

Bardzo chce mi się spać.

/zdjęcie – Elliott Erwitt, 1953/

Reklamy

Patrzę na ciebie

14 grudnia 2017 § Dodaj komentarz

Tyle tylko.

Where Am I?

You are currently viewing the archives for Grudzień, 2017 at 3 ucho.