Być jak Mrożek (usta pełne Hrabala)

27 października 2014 § Dodaj komentarz

Gdzieś żem wyczytał, pewnikiem przypadkiem, lecz gdzie dokładnie, nie pamiętam – o, to dobre jest, pyszne, jak pamięć z wiekiem zjawisku perforacji ulega, co jednakże, aż dziw, nie niesie bólu i rozczarowania, może dlatego, że onegdaj większe miałem wobec niej, wobec pamięci wymagania, a dziś już raczej mocno w tym względzie koncyliacyjne stanowisko reprezentuję, mniej wymagam, wybaczam, jak leci, tak – zatem gdzieś wyczytałem, że Mrożek, którego cenię więcej niż zwyczajnie, przy jakiejś okazji oznajmił, iż w pewnym momencie swego żywota do tego życia właśnie potrzebował literatury, kobiet i alkoholu, w tej kolejności; ceniąc Mrożka nieprzeciętnie, pochlebia mi i nobilituje fakt, że i pośród mych skromnych potrzeb, skłonności, czy, mówiąc otwarcie, także tęsknot przecież, i te trzy zjawiska się znajdują – co do kolejności, nie będę się upierał przy tej czy innej hierarchii, choć raczej ta nie jest opoką – z tym wszakże zastrzeżeniem, że uzupełnienia ilościowo nieznacznego owe trzy warunki sine qua non wymagają, w moim lichym i pełnym słabości przypadku.

A gdy tęsknota skusi, nie da zapomnieć, odegnać się, trzeba pochwycić butelczynę, najzacniej z podobizną Hrabala i usta zwilżyć i przyjąć ukojenie, gdy zapach, spolegliwy smak, temperatura czy oszronione szkło wreszcie pozwalają na chwilę ujrzeć rzeczywistość może nie lepszą, ale zaledwie nie najgorszą. Zaledwie?

Co to jednak ma do rzeczy? Nic, oczywiście.

hrabal_27

Reklamy

Ciotka Knaf i stary Raciszyn

17 października 2014 § Dodaj komentarz

Wspominam dziś stary dom, dom z czerwonej, solidnej przedwojennej cegły, o którym powiedzieć, że znałem zeń każdy kąt, że znałem go niczym własną kieszeń, to nic nie powiedzieć. I mógłbym tak długo, wielowymiarowo rozprawiać o nim, o starym domu jako takim, widzianym, dajmy na to, z naprzeciwka, gdzie, po drugiej stronie naszej ulicy, stało się pod trzema modrzewiami najpierw, a potem już tylko pod dwoma, a za modrzewiami swój ogród miał stary Raciszyn, który, zdawało mi się i nadal się zdaje, był stary od zawsze, bo nawet ci starzy mieszkańcy naszej ulicy, naszej okolicy, którzy w tamtych czasach już też starzy przecież byli, inaczej o starym Raciszynie nie mówili, jak tylko z tym „stary” przed nazwiskiem, i ogród ten słynął w całej okolicy z wyjątkowo dorodnych drzew i krzewów, które dawały wyjątkowo okazałe owoce i, jak nietrudno się domyślić, ogród starego Raciszyna, gdy ten z takich czy innych względów opuszczał swą posiadłość, ogród i schowany w jego cieniu, przyćmiony jego blaskiem domek, co znów zdarzało się raczej rzadko, otóż ów ogród stawał się terenem naszej ekspansji, inwazji, będzie lepiej, jeśli tak to ujmę, i zbiorów bogatych, gdyśmy tak, nie szczędząc młodych żołądków, którym zaszkodzić było niepodobna, gdyśmy tak łapczywie napychali się tymi gruszkami, włochatym agrestem, czereśniami, mniej może wiśniami, bo też wiśnie mniej liczne miały grono amatorów, a zwłaszcza winogronami, które cieszyły się największą popularnością, co i dziwić specjalnie nie powinno, starczy raz przecież zakosztować tego rarytasu, wprost z porastających ogrodzenie winorośli czerpanego; lecz potrafiłbym też z rozrzewnieniem mówić o wszelkich szczegółach starego domu, bom rozpoznawał tam każdą plamę na suficie, a najłatwiej mówiłbym o strychu, który był moim Sezamem, labiryntem, Mekką, schronem i czymkolwiek tam jeszcze, słowem – długo mógłbym o starym domu deliberować.

Ale jeżeli dziś ten dom przywołuję, wspominam, to może głównie z powodu ciotki Knaf, bo stary Raciszyn z ogrodem, bo modrzewie, najpierw trzy, a dwa później, bo strych i plamy na suficie, tak, to wszystko, barbarzyństwem byłoby przeczyć, to wszystko ważne, ale jeśli myślę dziś o starym domu, to przed oczami staje mi przede wszystkim ciotka Knaf, w swojej podomce, jak to się chyba nazywa, a tak przynajmniej myśmy to-to dziwo nazywali wówczas, w tej podomce zatem ją widzę, swoistym mezaliansie szlafroka z fartuchem, w tym guście to była w każdym razie osobliwość, to znaczy podomka, choć ciotka Knaf również, swoją drogą.

Ciotka Knaf podobno miała korzenie niemieckie, jakieś cztery pokolenia wstecz gdzieś się przez jej, a co za tym idzie i nasze drzewo genealogiczne przewinęła jakaś niemiecka hrabianka, lecz co do tego mam niejakie wątpliwości i jeśli już, to skłonny byłbym szukać tych germańskich korzeni gdzieś w ósmym wstecz pokoleniu, licząc bardzo liberalnie, ale i to nic pewnego; bo ciotka Knaf, co tu wiele dywagować, miała skłonność do dość pobłażliwego traktowania rzeczywistości, faktów, powtarzając za Heglem, że jeśli fakty nie pasują do mojej teorii, to tym gorzej dla faktów, a jako exemplum niech posłuży po wielokroć przez ciotkę przywoływana historia, jak to swego czasu przebywając w Amsterdamie natknęła się w restauracji na samego Cruyffa, który, zauroczony – a niech to, trudno to sobie nawet wyobrazić, jeśli przede mną stoi ciotka Knaf w fioletowej podomce – ciotką zaprosił ją do swego stolika i nie mógł się z nią rozstać, nie chciał jej puszczać z restauracji, aż się towarzystwo na Johana obraziło, bo on tylko: Frau Knaf i Frau Knaf; tymczasem niewielkie szanse na obronę ma nawet anegdota, jakoby ciotce kłaniał się w tramwaju w Łodzi Tomaszewski.

Wtem!

16 października 2014 § Dodaj komentarz

Z młodości pamiętam, dzieciństwa nawet, a ujmując rzecz – bo o rzeczy poniekąd to też będzie – ujmując rzecz nieco bardziej konkretnie, rzeczowo, że się w pleonazmy czy inne anafory wpędzę, zabawię, choć do śmiechu mi nie jest, nie, na pewno, a więc rezygnując z tej nadbudowy, nadaremnej, że się do wzmianki o nadaremności odwołam, rzecz drugorzędna, i wracając do rzeczy, powiedziałbym, wszak nie powiem, więc ujmując rzecz bardziej konkretnie, pamiętam z dzieciństwa tudzież młodości, które ze swej natury są już stracone, a jeśli trwają, to dzięki targającymi człowiekiem potężnym sentymentom, które tym silniejsze, tym mocniej drgają, dokazują, im gorzej jest wokół, im pustka głębsza, tak jest, pamiętam zatem komiksy, które i dziś chyba istnieją, a z tych komiksów kilka niuansów, parę historii, lecz głównie kojarzy mi się z komiksem słowo „wtem” i – proporcja identyczna chyba – słówko „wtem” przywodzi mi na myśl przede wszystkim komiks, taka jest pierwsza reakcja zmęczonej głowy. A jeśli ktoś z Państwa jakimś cudem już tutaj dotarł i jeszcze w jakimś stopniu ociera się o te sprawy, o których w mękach nieudolnie stukam powyżej, to wiedzieć będzie taka delikwentka, delikwent być może, że owo „wtem” występowało najczęściej w specyficznym, określonym kontekście; że „wtem”, bywało wcale nierzadko, w towarzystwie wykrzyknika, zwiastowało to i tamto, ważne zapewne, istotne dla danej historyjki, jakakolwiek by była czy nie była, tak było; ale pomijając historyjkę i tak dalej, trzeba powiedzieć, że „wtem” było, żeby nie wiem co, było ekspresywne i mocne, zwiastowało nieznane.

Dziś, mam wrażenie, większość już padła, co mogło, zostało powiedziane, a nieznane sprowadza się do strachu, lęk niesie. „Wtem”, raczej można się było tego spodziewać, straciło zakodowany kontekst, że zamknę to i się tym w sumie nadużywanym określeniem, tak.

wtem_wtem

Café de Flore

9 października 2014 § Dodaj komentarz

Fotograf Jean-Loup Sieff w roku 1959 znalazł się w paryskiej Café de Flore; w tym samym czasie w paryskiej Café de Flore pojawił się fotograf Frank Horvat.

Być może nawet to równoczesne pojawienie się ustalili.

Ten drugi zrobił zdjęcie temu pierwszemu, w 1959, w Paryżu, w Café de Flore.

jean_by_frank

Zapach perfum, zupy ogórkowej i śmierci

8 października 2014 § 1 komentarz

Wychodzę, dzień w dzień, o siódmej rano; zlewa się wtorek z piątkiem, czwartek nachodzi na minioną środę, nawet niewiele znaczy uderzenie soboty. Dziwny jest ten październik, gdzieś zatracił swój charakter i niepokojąco przypomina wczesny kwiecień; dalibóg, nie mam pojęcia, nie pamiętam, jak skrzeczą rano ptaki, czeredy ptaków, skryte gdzieś po krzakach, po drzewach, jak skrzeczą ptaki w kwietniowe poranki, ale te dni, nie wiedzieć czemu, niosą myśl o ptakach świergocących o siódmej rano na początku kwietnia i jeszcze te żółte liście na nienazwanych krzewach, jako żywo, niczym żółte forsycje, choć nie wiem, czy one w kwietniu kwitną – a wszystko to, jednak wszystko to w pierwszej dekadzie października.

O siódmej rano jestem na zewnątrz; to w sumie zaskakujące, ile o tej porze mija mnie dziewcząt, ja je mijam – naturalnie, mijamy się nie tylko z dziewczętami, niemniej, wyznam bez wstydu, ordynarnie – otóż tylko na dziewczyny zwracam uwagę. O siódmej przeszywają mnie ich zapachy, zapachy ich perfum, niektóre rozpoznaję, co nie znaczy, rzecz jasna, że potrafiłbym je nazwać, nie, na pewno nie, ale – rozpoznaję. A także, skoro już przy zapachach, dwóch stałych starców kroczy tymi alejkami, osiedlami, gdzie ja o siódmej rano w październiku, mija mnie lub ja ich, gdziekolwiek by szli lub dokądkolwiek by nie szli, rozpoznaję tych starców i ich zapach rozpoznaję, ów wydobywający się z porów na gładkich, zupełnie jakby nie ich policzkach zapach – to Przemysławka bądź jej następca, Brutal, dobrze mi się kojarzą, z minionym. Zatem zapachy, perfumy, dziewczyny i staruszkowie, a uwagę przykuwają ponadto – ciepły jest październik – okna, gdzieniegdzie pootwierane, z których wydziera się zapach gotowanej o poranku, zamglonym i dusznym poranku, zapach zupy ogórkowej – i tak te zapachy się mieszają w październiku, o którym myślę kategoriami poświęconymi kwietniowi, o siódmej rano.

W takie dni przychodzi od czasu do czasu pooddychać smutkiem, doświadczyć tego smutku, którego, to pewne, nie sposób odrzucić, strząsnąć, wypluć, niczym porannej flegmy zalegającej w gardle doświadczonego palacza, niepodobna się go pozbyć, umknąć. Po smutku, niczym cień bez światła, niczym uśmiech bez radości, po smutku nadchodzi, kroczy za nim, towarzyszy mu, niech będzie, że immanentnie w taki czas – strach nadchodzi. Swoiste novum stanowi miejsce, gdzie strach dokonuje upostaciowania – oto zielony prostokąt murawy, oto przestrzeń pomiędzy dwoma bramkami. Zgroza mnie ogarnia, gdy konstatuję, w jak błyskawicznym tempie znikają z aren piłkarze z mojego rocznika, co uwypukla się zwłaszcza na wielkich turniejach, znikają, owe rodzynki, ewenementy, znikają jak moje poczucie bezpieczeństwa i wiara w nieśmiertelność, czegokolwiek; i zabrzmi jak bluźnierstwo, wiem: epifania nadaremności życia, późno, zdaje się, doświadczona, ale teraz nie po raz pierwszy przecież, bo zdeponowana się tliła, gdzieś te przebłyski już notowałem. Dużo większego kalibru zarzut się uruchamia, gdy umiera ta aktorka, w wieku całkiem do mego zbliżonym, ta aktorka, co kwitła zazwyczaj, gdy wszystko wokół obumierało, jak to – ona także? Ale, w jednym się zgódźmy, to nie śmierć ją zabrała, a raczej nie tylko ona, nie całkiem suwerennie nadeszła, bowiem już za życia ukłuła; nadaremność życia przemawia, zacierając granicę, a teraz ten smutek nic nie znaczy, mimo że w oddechach czerpany, nic nie pomoże teraz, wcześniej i jutro, nigdy. Tak, nic ten smutek nie znaczy, niczego nie ukoi, lecz chyba dobrze, że jest. Zapłaczemy jeszcze, nie raz i nie dwa, a nasze łzy będą piękne, piękne i nadaremne, lśnić będą pięknie i smutno, nadaremnie.

Tlą się jeszcze zapomniane latarnie, bladą poświatą lekko się odróżniają od tej wszechobecnej szarości października i całkiem udanie komponują się z tym smutkiem; która to już – ósma, dziewiąta? Są jeszcze takie miejsca, takie miasta, a głównie takie mosty, gdzie mrok, ciemności zaledwie nieco rozrzedzają latarnie gazowe i jest wyznaczony człowiek, być może wypada go tytułować latarnikiem, który je gasi, wcześniej zapala, to chyba dobre miejsca. Wszak nie tu, tu wystarczy jeden przycisk, by to wszystko kontrolować, lecz osiedlowe alejki wciąż nękane są zapomnianym lichym światłem, mimo że to już ósma, dziewiąta może, w październiku.

Która to już – ósma, dziewiąta? Smutek wciąż nie odpuszcza, trudno się z nim rozstać i chyba nie sposób, chyba nie warto. Dziewiąta, blisko dziewiątej; trzeba iść.

Pismo kobiece wsparte zapożyczonymi terminami

2 października 2014 § Dodaj komentarz

Błyszcząca okładka pisma de nomine adresowanego do kobiet, okładka „Zwierciadła”, na okładce aktor Kot; powertowawszy nieco, już wewnątrz, też aktor Kot: w środku nawet pali papierosy. Nie błyszczy na okładce, ale też uświadczysz w środku – wewnątrz pisarz Varga. I nie wiem, czy to lepiej dla Vargi, a dla pisma kobiecego gorzej, czy też, być może, zgoła odwrotnie, a rebours, tak jakoś, a nawet, jest taka koniektura – to wszystko bez znaczenia.

Ogólnie rzecz ujmując, pisma kobiece są ciekawsze niż te drugie; ogólnie rzecz ujmując, zasypiając można myśleć o różnych sprawach, najlepiej zaś nie myśleć w ogóle.

Ale – mimo wszystko, jednak – dzień wstał, na nowo, nowy, tak jakoś.

Where Am I?

You are currently viewing the archives for Październik, 2014 at Kasprowicz.