Niebieska sukienka

31 marca 2016 § Dodaj komentarz

Alegorie, niby pył po twoim uśmiechu, jeszcze zapach się rodzi na rozstaju, ostatni zew marcowy – więcej niż jedno zdanie powstanie, że się tak to zrymuje, mały łowco bon-motów – ostatni akord marca, chyba że jeszcze jakieś łuny, w tym pośpiechu końca, ale nie ty, ty, mówisz, ty nie masz takiego wrażenia, nie odnosisz, nie obnosisz się z tym spostrzeżeniem, lepiej to widzieć jako początek, tylko te pyły, wiesz, wszak zostawmy tę kwestię. Kto wie, może to wszystko już głębiej sięga, może odcieni kwietnia, niebieskości niebiańskiej, myślę, że parasol nam będzie dziś niepotrzebny, tobie i mnie, jakoś musimy odreagować, powiedział doktor Marzec. Nie lubię marca, z wzajemnością i bez urazy, mówiłem tobie, już w kwietniu zanurzony, ty w niebieskiej sukience, dwa lata temu, wówczas pootwierane promenady, ramiona rozpostarte i twoje włosy, pośród wiatrów kwietnia, pomiędzy moimi palcami. Paradoksy, niczym skały podwodne, podniebne impresje, pamięcią rysowane, wspomnieniem, bez mała obłoków się muszę doszukać, i tak się ciebie doliczę, tyle że pamiętaj o niebieskiej sukience, szyldy niebieskie pod wieczór, zmierzch już później zapada, niebo zniża się ku nam, wieczorem na poddaszu, spowity jakimś bezmiernym lękiem, że tamto nie wróci, paradoksy w oddechach niebyłych, w szelestach niebieskiej pościeli, nie wróci, kamienica ma nową elewację, niebieską – poddasze – nowe twarze obdarzasz uśmiechem, a dla mnie pyły i koncert życzeń nie do spełnienia, ta niebieska sukienka.

1957

/zdjęcie – Jeanloup Sieff/

Przyznaj

24 marca 2016 § Dodaj komentarz

Ale przyznasz przecież, że spojrzenie może powiedzieć więcej, niż najładniej sklecone zdanie, no przyznasz chyba, prawda? Że o spojrzeniu, które zawędruje nie tam, gdzie powinno i nie wtedy, gdy powinno, ale właśnie zawędrowało, otóż że o takim już zwłaszcza będziemy pamiętać – i o nim więcej nie wspomnę. Przyznasz?

Sophia-Loren-Jayne-Mansfield

/Sophia Loren & Jayne Mansfield/

Pierwszy cud

9 marca 2016 § Dodaj komentarz

No, na chwilę odpuśćmy te ósemki, że wczoraj ósmy był, wiem, pamiętam, że ósmy cud świata i dzień tygodnia również, odstawmy te marce i słoneczne niedziele, chmurne wtorki, śniegi marcowe i oczekiwanie, słońca wyczekiwanie, w końcu niedziela dopiero przed nami, wreszcie się doczekasz, nie przeczekawszy tamtego, pomimo sugestii, nielicznych wprawdzie (sugestia się w supozycję przeistacza, powiedziałaś natenczas, rzeka kwitła, tyś kwitła, rozkwitała, może tak lepiej, jakkolwiek – nigdy nie przestawaj kwitnąć, dziewczyno), złakniona oddechu i ciepła, świeżości, zieloności choćby najlichszej, najsłabszej, wnet się jednak przebije, jak ty, moja droga, przez marce, przez śniegi, przez chmury złorzeczeń i jawnego defetyzmu, lecz wiosny nie przywołuj, ale i nie przeklinaj; wówczas kwitło, to musi mieć jakieś znaczenie, kwitło wszystko, co wokół i wyżej, pod nami także, kwitło, rzeka, jej brzegi, wartki nurt, acz wszędzie spokój, spokój iście kwitnący, wreszcie, a raczej nade wszystko – tyś kwitła, nigdy nie przestawaj kwitnąć, dziewczyno, pierwszy cudzie świata.

bogdan_Lop_0903

/zdjęcie – Bogdan Łopieński/

B.

4 marca 2016 § Dodaj komentarz

Niespodziewanie wpadam na B., jak zawsze piękna, śmiało mogę tak powiedzieć, mimo czasu utraconego (moja strata, nie B.), B. z moich snów, wyznam, że piękna to kraina, acz B. jeszcze piękniejsza; wpadam na B. zatem, B. piękna, lecz spotkanie raczej smutne, dość smutne, jak sądzę. Jest nadzieja, mówi mi B. – słowa niczym obłoki, jej słowa zawsze miękkie i kształtne, głaszczą, bez względu na treść, muskają, tak to pamiętam i tak jest teraz – jest nadzieja, miękko mówi B.; ongiś się bałam rowerów, lękiem mnie napawały, niemniej w końcu się nauczyłam jeździć, sześć lat chyba miałam, może siedem, któż by to pamiętał, potem jeździłam już nawet nie trzymając kierownicy, dziś jeżdżę z upodobaniem, jeżdżę również konno, nie wiem, czy ci kiedykolwiek o tym wspominałam, chyba nie; nauczyciel angielskiego powiedział mi, bodaj druga klasa liceum to była, któż by to dokładnie spamiętał, że, według niego, Gronostaj się nazywał, tytułowaliśmy go profesorem, otóż profesor Gronostaj powiedział mi, że jestem wzorcowym beztalenciem językowym, tak mi oznajmił, żadnej smykałki, absolutnie, dziś biegle władam trzema językami, plus ojczysty, rzecz jasna; krótko mówiąc wnoszę, że jest nadzieja, jest nadzieja, że kiedyś nauczę się żyć bez niego, prawdopodobieństwo i nadzieja – mówi mi B., czas upokarzająca B., tak mi mówi.

pan_t

/zdjęcie – Tadeusz Rolke/

Where Am I?

You are currently viewing the archives for Marzec, 2016 at Kasprowicz.