Tydzień na tysiąc znaków (1)

30 września 2016 § Dodaj komentarz

Nowe idzie, najnowsze, myślę, tyle tylko – czemu akurat w piątek, co? Otóż spróbuj rzec z rozpędu, bez przygotowania, otóż spróbuj powiedzieć: kostropaty; na miły Bóg, basta.

Obserwuję z oddali, z wolna i niespiesznie te ostatnie podrygi, patrzę na swoje stopy, luźno zwisają, tną powietrze, choć już nie sandały, no przecież; lekko na parapecie i pośród drzew, ruchome piaski. Żółty bywa lipiec zazwyczaj i był, sądzę, uważam, acz wrzesień, którego właśnie ostatnie godziny biją, acz wrzesień tym razem też żółty, złoty, tak.

Podobno wciąż strzela, ten Balotelli; nawet gole strzela, ta włoska dusza.

Chcąc nie chcąc, w sumie bardziej to drugie, jeśli już muszę wskazywać, otóż chcąc nie chcąc bywam świadkiem rozmów; konstatuję, że do popołudnia nie miałem pojęcia, co to Azja Express, i bez lęku to do mnie dociera. Pełen jestem niewiedzy, już do tego tysiąca będę zmierzał, po raz pierwszy i – mam nadzieję – nie po raz ostatni, jeśli rytm nienarzucony się uda utrzymać, bo zawsze coś stoi, naturalnie, na przeszkodzie, niechby i nic to było.

Reklamy

Drzwi kawiarni Bachus

23 września 2016 § Dodaj komentarz

Ilekroć przypomnę sobie Daszę, zawsze odczuwam może nie tyle zdumienie, co raczej pewien niepokój, zrazu niewyjaśniony, zrazu ledwie drgający na co czulszej strunie gdzieś tam w środku, raczej odzywa się zagniewane sumienie, że oto tak szybko, że oto łatwo tak zdołałem o niej zapomnieć.

Wszystkie pastelowe nieba, które pamiętam, wszystkie sukienki, wszystkie zapachy niosące wiosnę – bo wiosnę zawsze przynoszą kobiety – jesień obwieszczające i zimę, lato skapane w pastelach; drzemie we mnie to wszystko, uśpione i wszystko plus wszystko, na nic innego nie ma miejsca, chyba że moje, wszystkie nieba, pastele, zapachy, wszystkie pory roku, ich sukienki, każdej i wszystkich, rozmarzone, jedne mniej, inne więcej, one, pastelowe i Dasza, też przecież cała w pastelach.

A więc rozmarzona, chociaż nie tę jedną cechę mógłbym jej przypisać, widzę ją ciągle w drzwiach kawiarni Bachus, widzę ją jakby wczoraj, choć to był ostatni raz, ostatnie drzwi, ostatnia sylwetka i cień, który stał się końcem, swym zmierzchem i naszym również, choć ona – wyrzucam sobie tę łatwość, tę amnezję, pluję sobie w brodę – ona tego by nie powiedziała, nie odczuwałaby w ten sposób, nie współodczuwałaby, otóż, tak, niestety.

Twarz Daszy rozmarzona i te marzenia przelewały się na jej wiotką, piękną postać, paradygmatyczną sylwetkę, ciało wzorcowe, do dziś tak sądzę, o ile tylko sobie przypomnę, ją, Daszę, ciało i duszę, twarz, lekkie zmarszczki po zewnętrznej stronie oczu, skryte, ledwie się wychylające z kącików, twarz rozmarzona i zagadkowa, jak gdyby dysputa perypatetyków i spór fenomenologów pozostawiły tam swe jarzmo, niewątpliwe twarz piękna i rozmarzona, do dziś tak ją widzę, żałuję, że tak rzadko sobie przypominam, że zbyt mało pamiętam, twarz rozmarzona, Dasza.

Wszystkie kolory, pastele, bezpieczne przystanie, każda podróż trwa zbyt krótko, o ile jest ucieczką, błąkam się czasem w tamtych rejonach, żaglówki, żagle, kawiarnia Bachus brązowiejąca nadbrzeże, Dasza w drzwiach, pływałem tylko wówczas, gdym przypuszczał, że ona patrzy, acz czy patrzyła, nie wiem, tak mało pamiętam: cienie, zmierzch, pastele, ostatnie drzwi kawiarni Bachus.francesca-woodman/fot. Francesca Woodman/

Udręka jak ptak niebieski

21 września 2016 § Dodaj komentarz

Zmagam się z jesienią, nieokiełznane, rozpoznane symptomy, namiastki zmierzchu, zmagam się z udręką pytań, pamiętasz. Pamiętasz przecież, że był taki czas, że pytałaś, że pokładałaś zaufanie, licząc, że znam jakieś rozwiązania, że znam niektóre odpowiedzi; otóż był taki czas, a teraz tkwię w objęciach kwantyfikatorów, sina jest twarz jesieni, rodząca się pośród zmierzchu, upływu i czasu, rodząca się a już zmęczona, wyciąga ręce, objęcia niczym kleszcze.

Niebo nabiera sinej dominanty, później czerwonych odcieni, skąpane myśli grzęzną w udręce. Tak ładnie to odmalował, powiedziała, tamten czas, gdy erzac uchodził za udrękę, naprawdę pięknie, nie bez znaczenia jest sentyment, wymalowany twój pokój, kuchnia, puszki pełne przypraw i zapach mielonej codziennie kawy, matka, tak, widzę to, jakby nic nie umknęło, matka krząta się wokół stołu, rozkłada chleb, talerze, ale kawy to bym się napiła, powiedziałaś. Oczywiście, krygujesz się, oczywiście, to piękne, lecz mnie to nie dotyczy, przynajmniej nie do końca, trochę o to zahaczam, co prawda, ale to nie o mnie w istocie, to nie o mnie, chociaż czas był mój, jeden, dziewięć, dziewięć i w górę, we wrześniu nowe rozdziały, miasto w słońcu, ulice w deszczu, ja z tobą i z parasolką chodziłam, psy w końcu zaczęły nas poznawać, trasa ta sama, od poniedziałku do piątku, budził mnie zapach jesieni, zapach pożółkłych modrzewi, mówiła.

We śnie szukałem matki, już to na łące ją widziałem, sukienka w kwiaty, już to wyglądała przez okno swojej sypialni, kiedym skrzypiał furtką, szukałem matki u fryzjerki w Alejach, w pasmanterii, szukałem jej w ośrodku wczasowym, podówczas akurat to mnie ona szukała, gdym zaszył się za wypożyczalnią kajaków, wreszcie ujrzałem jej lico w lustrze, wciąż śniąc, jak przypuszczam, jej piękną twarz dostrzegłem, czarne włosy w niejakim nieładzie, i spinka z niebieskim ptakiem w nie wpięta; matka delikatnym, dyskretnym ruchem zaczesuje uciekające kosmyki, ptak upada pod jej stopy.

Zmagam się z udręką nadchodzącego zmierzchu, z niebem o barwie denaturatu. Zmagam się z własną pamięcią, nie mogę uciec, zmienić niczego; dokądkolwiek nie pójdę, wszędzie siebie ze sobą zabiorę.

Póki co preludium, uwertura do nieuniknionego. Póki co jeszcze przed osiemnastą nie rozświetlają się tysiące okien korporacyjnych budynków, póki co dziewczyny wciąż dzielnie pedałują, prężą uda, łydki, na swoich rowerach z koszykami przecinają parki i ścieżki wzdłuż arterii.

bog_dziwor22

/fot. Bogdan Dziworski/

Where Am I?

You are currently viewing the archives for Wrzesień, 2016 at Kasprowicz.