Michele Rieri

27 listopada 2018 § Dodaj komentarz

Tymczasem takie oto perły.

/zdjęcia: Michele Rieri/

Reklamy

Poniewczasie

19 listopada 2018 § Dodaj komentarz

Panie: już czas. Tak długo lato trwało.
Rzuć na zegary słoneczne twój cień
i rozpuść wiatry na niwę dojrzałą.

Każ się napełnić ostatnim owocom;
niech je dwa jeszcze ciepłe dni opłyną,
znaglij je do spełnienia i wypędź z mocą
ostatnią słodycz w ciężkie wino.

Kto teraz nie ma domu, nigdy mieć nie będzie.
Kto teraz sam jest, długo pozostanie sam
i będzie czuwał, czytał, długie listy będzie
pisał i niespokojnie tu i tam
błądził w alejach, gdy wiatr liście pędzi.

Rainer Maria Rilke – Dzień jesienny

/przeł. Mieczysław Jastrun; zdjęcie: Zbigniew Wójcik, za: szerokikadr.pl/

Powroty nieznużone

15 listopada 2018 § Dodaj komentarz

Gra się, jest grane.

/Thelonious Monk, 1964, Monterey Jazz Festival, zdjęcie – Jim Marshall/

Wymienni

26 października 2018 § Dodaj komentarz

I tak mija nam życie, mija na udawaniu, że jesteśmy wyjątkowi i wybrani, podczas gdy naprawdę okazujemy się wymienni, okazujemy się rezultatem smętnej, żałosnej, odpustowej loterii.

Javier Marías, Czarne plecy czasu

A poza tym zmierzch, październik; zmierzcha się i będzie jeszcze bardziej.

Enigma w westybulu

28 sierpnia 2018 § Dodaj komentarz

Słońce już jakby jakieś inne.

Ależ to trzeba przecież redukować, mówi E., redukować, nawet ad absurdum, dostrzegam w jej oczach płomienie, zapał, których jej zazdroszczę. Jeszcze, wydaje mi się, nie jestem gotowy na ostateczność, żeby tak świadomie w nią, sam z siebie; prędzej, mniemam, ostateczność zgłosi się po mnie i pójdę w nią, za nią, niepytany, zredukowany, nawet ad absurdum – powiedzmy sobie, że niedorzeczność nie jest najbardziej absurdalnym zjawiskiem, z którym przyszło nam obcować.

Ostatnie burze letnie, niespełnione deszcze, którym nie dane było się wyspowiadać po kres, jeszcze niedomknięte, zarysowane ledwie pytania, horyzonty wieczorne (słońce już jakby jakieś inne), pomimo barw, umykającego, lecz wciąż ciepła i wymalowanych pasteli, otóż pomimo tego i innych jeszcze okoliczności tajemnica już, już się wyłania, kąsa, rodzi niepokój, zwiastuje odwieczne zmagania, choć i tak skazani jesteśmy na klęskę, niechby i urodzajną, przeklęty westybul enigmy, zmierzch lata, och, to już nie lato, jeszcze nie jesień, nieledwie przedsionek jesieni, zmierzchy w pastelach (słońce już jakby jakieś inne), poranki błękitne, czerwone, poranki wymalowane zamaszyście. Pora, którą rozpoznam, tak czy inaczej wyczuję, choć nigdy nie sposób jej zrozumieć, ogarnąć pojęciem, pora barw najpiękniejszych, zmysłowych i pełna mrocznego bólu zarazem, nostalgia przygniata serca, pora niezdefiniowana, w której, mam wrażenie, ukryte są rozliczne odpowiedzi (odwieczne, niedzisiejsze pytania, słońce już jakby jakieś inne), nie starczy czasu jednak i sił, by je odszukać, zrozumieć; tego sentymentu może zbyt wiele.

Nauczyłem się o tym milczeć, mam taką przynajmniej nadzieję. Co jednak, jeśli tym wszystkim rządzi niepodzielnie niedorzeczność, na którą nie ma sposobu, zawodzą wszelkie modus operandi, modus faciendi; co wówczas, jeśli nie potrafię się wyrazić, a całość rozpływa się pośród niedorzeczności, więcej – jeśli całość, o ile można ją ogarnąć, spojrzeć na nią jakoś (wcześniej trzeba wyjść z siebie, poza całość, milczeć) z zewnątrz, zatem, co jeśli całość jest niedorzecznością? Trzeba milczeć, nauczyć się milczeć, to ostatnie, co zostaje; widzę siebie, niezdarnie przebieram nogami, żałośnie załamuję ręce, rozpływam się w milczeniu pośród uniwersum niedorzeczności. Dobrze, że jest to milczenie, niemy modus operandi, lepiej to, niż wyszeptać o słowo za dużo.

Podsuń mi trochę smutnej muzyki, mówię do E. któregoś dnia, ostatnie podmuchy lata, pierwsze szepty jesieni, zawsze nazbyt wyraźne.

Jeszcze wczoraj powiedziałbym, że niedosyt i nienasycenie, dziś wszakże nie potrafię się wyrazić i nie wiem, czy chcę; najpełniej jestem nikim. Jestem skierowany do wewnątrz; z głębi mojego ogrodu obserwuję, w milczeniu.

Nikt nie zadba o ciebie lepiej niż czas, mówi E., a słońce – już jakby jakieś inne – a słońce zwisa nisko, chyli się, nabrzmiałe czerwienią wygasającego lata.

/zdjęcie – Erik Witsoe/

Lipiec

25 lipca 2018 § Dodaj komentarz

Drży jeszcze żółty lipiec, dogorywa, miesiąc złoty.

/zdjęcie – Nina Leen, 1950/

Szuflada i Mundial (pięć lat)

13 czerwca 2018 § Dodaj komentarz

A więc – Aldona grozi mi palcem, grozi, chyba z sympatią, nie wolno rozpoczynać zdania od tego przeklętego a więc, Aldona grozi mi palcem, czerwony lakier błyska w nikłym świetle poranka, matowe, mleczne szyby stołówki; przy sąsiednim stoliku Zuza sporządza mój portret: niby te barwy, niby wojenne akcesoria, no cóż, niepokojące moje oblicze na tym portrecie, niepokojąco podobne do Kaczora Donalda, Aldona grozi mi palcem z zaświatów – a więc się przyjdzie teraz wylogować (ordynarne słowo, będzie to później trzeba zrekompensować jakoś) z rzeczywistości, wziąć w nawias, czy może rzeczywistość zepchnąć na margines, oto bowiem nadchodzi, Mundial nastaje, wszystkie moje Mundiale wracają, niezmienna od lat ekscytacja i podniecenie.

Tymczasem to piąty rok mija, czternasty dzień czerwca, dwa tysiące trzynaście, przez okno wdziera się zapach krochmalu, chyba od magla, tak sądzę, teraz i zawsze to tylko szuflada, teraz naprawdę już tylko dla siebie, nadejdzie i było, inne słońce o piętnastej trzydzieści.

Pamiętasz, kto zacz – Olaf Ludwig?

Where Am I?

You are currently browsing the czasowości i czułości category at 3 ucho.