Pani Karolina odpowiada za pąs

30 października 2013 § Dodaj komentarz

Wyznawcą jestem kultu starych, dobrych czasów, choć na dobrą sprawę nie jest jasno powiedziane, co się za tą frazą kryje, ale może już mniejsza o to; bądź co bądź – błogosławione niech będą teraz wynalazki nowoczesności, ot, w postaci choćby takiego monitora, który stanowi bezpieczną zasłonę – po tym, co napisała pani Karolina, pąsowym znacznie i bez wątpliwości, aż się dziwię, że wstyd chowam na moment i link podsuwam:

http://alternatywnie.wordpress.com/2013/10/29/postrzepienie/

Pociąg, za oknem noc

22 października 2013 § 2 komentarze

Usypiający w istocie – jakby z definicji – stukot kół pociągu; jedzie się, z R. do K. jedzie się, jedzie się przez pół Polski. Wagon sypialny, przedział, sam jestem, nie mam prawa narzekać. Patrzę w ciemność; za oknem ciemność i kształty tylko. Jeszcze ćwierć do celu, a noc nawet nie w połowie. Zima wkrótce, ufam, ale i bez pokładów ufności nadejdzie; zimą najpiękniejsze pejzaże zza szyb pociągu, tak pamięć przynajmniej podpowiada.

Jedzie się; za oknem wciąż ciemność i kształty. Zimą noce bywają nakrapiane bielą; czasami białe nawet.

/fot.Mike Brodie/

brodiev3

brodiev2

Jerzy Termos nie zostanie pisarzem

8 października 2013 § 1 komentarz

– Pan nigdy nie zostanie pisarzem – mówi Mandżurewicz, a słowa jakby w zwolnionym tempie wydostają się z jego popękanych, spieczonych ust. Jerzy Termos siedzi prosto na surowym krześle i z każdą sekundą wyraźniej rozumie ich – tych słów – znaczenie. Nastaje cisza. Termos ma wrażenie, że wygłoszony przez Mandżurewicza wyrok wisi nad nimi (bardziej nad nim) w zatęchłym powietrzu niewietrzonego, obskurnego pokoju numer 35 w siedzibie Wydawnictwa Opus Magnum. Patrzy na twarz Mandżurewicza. Jerzyk konstatuje, że nigdy dotąd nie widział facjaty tak nalanej, rozległej i przytłaczającej. Małe oczka świdrują, wkręcają się niemal w Jerzyka, czuje ich bolesną aktywność, kontrastującą z apatią czoła i przepastnych policzków. Brunatno-czerwone wypryski na skórze nabierają niepokojącego blasku w słonecznych promieniach, z coraz większą śmiałością wkradających się do pokoju przez pełne tłustych plam i ptasich odchodów niedomknięte okno. Jerzy Termos zaczyna się bać.

– Przejrzałem pana maszynopisy – kontynuuje tymczasem Mandżurewicz. – Pan myślisz, że miałem na to ochotę? Celowo powiedziałem: przejrzałem, bo czytać tego się nie da. Te wypociny to możesz pan skierować do nastoletnich panienek i ich pisemek. Chociaż i tam nie, bo one teraz wolą o cipkach bardziej poczytać i pooglądać, a nie o cukrowatych walentynkach, coś je pan wysmażył, ha, ha, ha.

Chwyta się za brzuch, a jego twarz jakby ożywa, nabiera impetu, rozkręca się z każdym kolejnym spazmem śmiechu. Policzki zaczynają tańczyć, z oczek tryskają łzy radości. Nos drży i już zaczyna lśnić, rozgrzewać się – o, teraz wygląda zupełnie jak ten gadżet, który wkłada sobie nań cyrkowy klaun. Potężny podbródek (właściwie – podbródki) faluje: góra, dół, góra, dół; brakuje tylko, by coś spośród tych fałd wyskoczyło. Mandżurewicz jest zadowolony ze swojego żartu. Cieszy się. Ohyda, myśli Jerzyk, ale tylko tyle, myśleć, znaczy się, może. Stęchlizna, wszechobecna w tym pokoju, zaczyna doskwierać coraz bardziej.

– Czy pan zdajesz sobie sprawę, jak cenny jest mój czas? Czy pan pomyślałeś choć przez chwilę, nim do mnie przyszedłeś? Czy pan wiesz, z kim rozmawiasz? – niedobrze, myśli Jerzyk, facet nakręca się, wesołość przeistacza się z wolna w rozsierdzenie. Niedobrze, zaraz wybuchnie. Termos – nie wiedzieć czemu akurat w tym momencie – zauważa, że korpusik pana Władeczka Mandżurewicza wydaje się zbyteczny, jest li tylko nędznym dodatkiem (nawet nie uzupełnieniem) do baloniastej czaszki. Głowa, głowa, głowa, a potem długo, długo nic. Łeb jak dynia, Halloween jakieś, czy coś; skojarzenia same nachodzą Jerzyka. Po przeciwnej stronie stołu, równie surowego, co krzesła, radosna ruchliwość Mandżurewicza zaczyna przeradzać się w ruchliwość niespokojną, gestykulację wściekłości. Na twarz Jerzyk obawia się już spoglądać, opuszcza oczy.

– Panie, wiesz pan, kto ja jestem!? Władysław Mandżurewicz! Man-dżu-re-wicz! Pan żeś jeszcze w gacie robił, jak ja piłem wódeczkę ze Staszkiem Woźnicą i Edkiem Czarpurkiem! Czy pan słyszałeś kiedyś o nich? A gdzież tam, pan to w ogóle niczego chyba nie słyszałeś. Tak sobie myślę, że biedny Stasiu teraz by się w grobie na Powązkach przewracał, gdyby zobaczył, z czym tu pan do mnie przylazłeś, z jaką szmirą obsraną. Panie, ja panu dobrze i gratisowo poradzę, choć już i tak kupę czasu przez pana zmarnowałem. Weź się, człowieku, za jakąś normalną robotę, idź gdzieś się zabaw, ale nie zawracaj pan swoim bełkotem głowy uczciwym ludziom.

A jednak, jednak mam jeszcze nad nim minimalną przewagę, stłamszony Jerzyk chwyta się ostatniej deski ratunku, niczym ten tonący łapie brzytwę. O, tak, mam go, tego chama, czym jeszcze zaskoczyć. Już, już, ma się przełamać i pisnąć coś w odpowiedzi, w obronie, bo że przemówi donośnie, w to Jerzyk nie wierzy – nazbyt zna siebie. Ale i ta koncepcja upada. O Boże, Jerzy słyszy Mandżurewicza i zaczyna doń docierać niezbicie, że od trzydziestu minut obcuje z jasnowidzem. Pan Władeczek bowiem jakby czyta w jego myślach.

– I co, pewnie teraz pan w rozpaczy swojej kombinujesz, że te tłumaczenia zostają, he? To ja panu powiem – ze dwie powiastki tych nędznych makaroniarzy, coś je pan niby potłumaczył, sobie poczytałem, a co. Pana nieszczęście, żem znał je wcześniej w przekładzie sprzed lat dwudziestu. Znasz pan tę kapitalną dykteryjkę o tłumaczeniach, że odpowiem w taki sposób? Nie znasz? To ją panu powiem. Wiedz pan, że z tłumaczeniami jest jak z kobitami – te piękne nie są wierne, zaś te wierne nie są piękne. Pan jesteś wierny jak pies, ha, ha, ha.

Mandżurewicz znów odpływa w radość. Gdy Jerzyk opuszcza pokój nr 35 i gdy potem znajduje się na korytarzu, wśród odrapanych ścian, zwiędłych kwiatów w zbutwiałych doniczkach, gdy mija kolejnych interesantów, wtopiwszy się w zwykłe popołudnie najzwyklejszego dnia, wciąż słyszy rubaszny rechot pana Władeczka.

Aleksandr Rodczenko

[z archiwum polskiego jazzu, 2009]

/fot.Aleksandr Rodczenko/

W każdym bądź razie upieram się

2 października 2013 § 2 komentarze

Jestem, jesteśmy – byłem; ta zmiana coś pewnie znaczy – świadkami srogiej kampanii wymierzonej w niewinne, zdawałoby się, sformułowanie: „w każdym bądź razie”.

Rozmaici puryści i filologowie (tak nawiasem, trwa niejaki spór również o poprawną odmianę tego ostatniego słowa – „filolodzy” czy „filologowie”?) uważają za niedopuszczalne i uwłaczające wręcz stosowanie wspomnianego zwrotu. Zachodzę w głowę, co tak naprawdę jest takiego strasznego w tym „w każdym bądź razie” – i niczego podobnego doszukać się nie mogę. Jest to typowa kontaminacja dwóch innych konstrukcji, to jest: „w każdym razie” z „bądź co bądź”. Co w takim skrzyżowaniu niebezpiecznego, dalibóg, nie wiem.

Jestem zdania, że w listopadzie powinien padać deszcz, zimą powinno być zimno, a język musi żyć, w granicach, rzecz prosta, przyzwoitości. W każdym bądź razie tutaj bariera przyzwoitości – upieram się – nie została przekroczona.

Where Am I?

You are currently viewing the archives for Październik, 2013 at Kasprowicz.