Szubrawiec pod ścianą

19 listopada 2014 § Dodaj komentarz

Nie szkodzi, że zaprzeszłe – a niby jakie miałoby być? – nadal słyszę skrzypienie starych schodów, wciąż widzę, jak w wąski łuk się składają; w styczniu na klatce jest najzimniej, mróz bierze we władanie niehomogeniczną szybę, a teraz struktura jeszcze bardziej pogmatwana, a teraz… Teraz jeszcze listopad.

Nie masz większego sukinkota nad czas; łajdak u zarania – przesadzam, płynę: zaranie nijak ma się tu do rzeczy, daleko gorzej nawet, bo pod oksymoron podchodzi w tym zestawieniu, po raz drugi już jednak powiem, że nie szkodzi i zaranie podtrzymam bez specjalnych wyrzutów sumienia – u zarania zatem miał łajdak to i owo porządkować, tymczasem (nawet tu, w to niewinne, zdawać by się mogło, i zgrabne w sumie określenie się wkrada, najbardziej szubrawymi metodami się posiłkując), tymczasem działa przeciwnie do założeń, za nic mając udrękę sponiewieranych. I spójrzmy – im głębiej w las, a zarazem bliżej tej drugiej ściany lasu, tym bardziej wzrasta czasowa entropia, miesza się wszystko, bez dowodów na pomieszanie zmysłów i posądzeń o swawolę, względnie harce pamięci.

szyba_chyba

Wybór widm listopadowych

4 listopada 2014 § Dodaj komentarz

Że też listopad tyle spojrzeń przyciąga, tyle zdań wywołuje, no któż by pomyślał; ja, ja pomyślałem, że się wyrwę, wbrew sobie aktywny i pilny.

Listopad, niemal koniec świata, tako rzecze Świetlicki, ale co tam Świetlicki, że pozwolę sobie podziękować głównemu poecie, co tam Świetlicki, co tam koniec świata, prognozowany przecie nie po raz pierwszy ni nawet szesnasty, co tam, co tam, gdy M. mówi, że oto czas smutku i przygnębienia, czas listopadowy, w owych smutkach i przygnębieniach najokazalszy w całym roku. I bądź tu mądry, człowieku, skoro czujesz inaczej, fundamentalną różnicę odczuwasz, wyraźniej, z każdym rokiem, z każdym listopadem mocniej i czulej; a może tylko smutek i przygnębienie w tych kolejnych listopadach już ci się z końcem świata nie kojarzą, człowieku, a może tu właśnie różnica zasadnicza i fundamentalna się czule pozwala odkryć, może to, to właśnie. Jakkolwiek, nie oskarżam listopada, bom tak roztkliwiony, bo deszcze, dreszcze, bo liście, bo wiele wspomnień drgających, że i wyobrazić sobie takiego postponowania w ogóle niepodobna, że o skargach ni wspomnieć się nie godzi, idźże, prokuratorze nędzny, jedźże, do cieplejszych krajów, dajmy na to.

A skoro o krajach, to tutaj nie sposób o mieście nie wspomnieć, o dzielnicy starej, gdzie czasem się jeszcze człowiek zapuści, z rzadka, owszem, ale się zapuści, bo tam korzenie, naderwane, nadszarpnięte, nie przeczę, ale zawszeć – korzenie. Z drugiej strony wrażenie nieco inne: oto złudzenie, że nie ja w dzielnicę dawną wkraczam, nie ja ją nachodzę, od biedy – odwiedzam, nie ja. Nie ja! To ona za mną podąża, nie pozwala zapomnieć, szarpie, chwyta za ramię, pamiętaj mówi – jakbym, człowieku, kiedykolwiek próbował, kiedykolwiek chciał zapomnieć! – palcem wskazuje, o, widzisz, tam, w tej kolejce, tuż przed kontuarem, gdzie akurat powabna dziewczyna, nie umyka ten szczegół, coś przy kasie fiskalnej majstruje, tamten, w tej kolejce, toć przecież Henryk z ulicy P., no oczywiście, tłuściutkie włosy i czarne ramiona, to znaczy czarne ramiona, bo czarny płaszcz, gęsto skropiony w wyższych partiach łupieżem, toć Henryk ani chybi!; albo ci dwoje, przygarbieni, co to teraz kroczą dostojnie a jednak zamaszyście, mimo zgarbienia, już znacznie po szesnastej, zmierzcha, a oni znacznie w wieku posunięci, to rodzice L., który to potem, już w innych czasach się na języki dostał, z racji płciowych zainteresowań, niestandardowych, jeżeli wolno tak powiedzieć. Oto więc spotykam tych od L. i H. we własnej osobie i innych przecież także, niczym jakieś widma się wyłaniają, pojawiają, to coś na granicy snu, igraszek wyobraźni i złudzeń, lecz i twardych, zarejestrowanych okoliczności, pomimo wszystko to się dzieje, to jest naprawdę.

Chwila! Powiedziałem – spotykam? Tak, w takim razie jednak źle powiedziałem. Powinienem był napisać: napotykam, widzę i rozpoznaję (wszak oni, te widma zaprzeszłe, oni mnie chyba nie rozpoznają, chyba nie, odnoszę wrażenie), jednakże nie odzywam się, nie przypominam, niekiedy nawet wzrok opuszczam, wbijam go w stopy, ziemię, asfalt, bruk cmentarnych alejek, się topię czasami, usuwam, rozpływam. I, diagnozuję, po to tylko chyba mimetyzm uruchamiam, po to tylko to wszystko odnotowuję, by tamtego, co było, czego nie ma – teraz nie ma – co jednak kategorycznie, mam pewność więcej niż absolutną, co jednak kategorycznie istnieje, po to jedynie to wszystko, by tego świętego nie naruszyć, nie kancerować, ale troską otoczyć, pielęgnować i przywoływać. Tak dobrze jest, tak trzeba, w imię tej czułości, co w listopadzie.

Where Am I?

You are currently viewing the archives for Listopad, 2014 at Kasprowicz.