długa na bolecha

Dlaczego lubię Theodora Gebre Selassie?
/11 czerwca 2012/

Właściwie to nawet nie ma mowy o jakimś przeglądzie po pierwszej serii spotkań, bowiem nie wszystkie jeszcze ekipy miały okazję się zaprezentować. Z tej jednak racji, że grupa ostatnia jest dokładnie ostatnią grupą, to jest, mówiąc nieco ściślej, nie ma tam ani jednej drużyny, do której żywiłbym choćby cień sympatii (no cóż, nie ma co ukrywać, będzie się oglądać dzisiejsze mecze z trochę mniejszym entuzjazmem), a ponadto weekend to weekend i jego koniec zawsze stanowi jakąś cezurę, stąd – ad rem, ad rem, panie kolego – słów kilka o tym, jak widzę dotychczasowe zmagania podczas Euro 2012.

Dziś nie ma co znęcać się nad UEFA i tą drugą, większą szajką, ale gołym okiem widać absurdalność przyznania organizacji turnieju dwóm tak dużym państwom jednocześnie. Trasa z Poznania do Doniecka liczy, bagatela, prawie dwa tysiące kilometrów, czyli porównywalnie z odległością pomiędzy Warszawą a Londynem. Na cóż i po cóż zatem się patyczkować, niech Euro organizuje od razu cała Europa; wcale bym się zresztą nie zdziwił, gdyby łobuzy z wiadomej federacji kiedyś taką ideę podchwyciły. Trzynaście z szesnastu ekip stacjonuje na terenie Polski – to również coś chyba znaczy. Oczywiście, dróg za wielu nie ma: można naturalnie dokonać prywatnego bojkotu, ale poza czystością sumienia niczego nie osiągniemy decydując się na takie rozwiązanie; można też, uświadamiając sobie własne skurwienie, delektować się grą, bowiem póki co ten turniej daje gwarancję najwyższego poziomu. W pełni świadomi własnej słabości kierujemy się rozsądnie ku opcji numer dwa.

A ten poziom, skromnym zdaniem niżej podpisanego, na razie jest całkiem przyzwoity. Najsłabiej na chwilę obecną zaprezentowała się Irlandia; nawet Czesi, pomimo arcy-niekorzystnego wyniku, nie wypadli kompromitująco. Tak sobie myślę, że ta cała zwyczajowa otoczka, która towarzyszy z reguły dużym imprezom, na razie przesłania poziom sportowy, nie daje w pełni skupić się na grze; to jest mniej więcej tak, jak w sytuacji, gdy rozmodlone towarzystwo klęczy – może nawet leży krzyżem – w jakiejś dostojnej katedrze, wznosząc się na transcendentne poziomy nieosiągalne dla zwykłych śmiertelników, aż tu nagle do świątyni wkracza rozentuzjazmowana wycieczka barbarzyńskich turystów, którzy, podnieceni, nie zdając sobie sprawy z powagi sytuacji, wydają z siebie donośne uwagi o zajebistości sklepienia czy całkiem słitaśnych figurkach wokół ołtarza. Takie już jednak przekleństwo albo siła – zależy z jakiej perspektywy spojrzymy na rzeczone zagadnienie – naszej dyscypliny; jestem przekonany, że mistrzostwa kontynentu w piłce wodnej da się śledzić w stanie zupełnej koncentracji.

Jestem nadzwyczajnie przerażony swoistą obojętnością, jaką odczuwam wobec tak zwanej drużyny narodowej. To chyba po raz pierwszy tak mam – i nie wiem, czy dzieje się tak za sprawą tego dziada w ortalionowym dresie (polecam wczorajszy niby ekskluzywny wywiad Kołtonia ze Smudą; no naprawdę – szczyt wazeliniarstwa i faryzeizmu), czy może za sprawą tego procederu, którego nie potrafię zaakceptować, a który polega na przeszukiwaniu ksiąg parafialnych przez biegłych menedżerów i wskazywaniu, że prababka tego czy przyszywany wuj tamtego, która to prababka i który to wujek wyemigrowali za chlebem na Zachód w 1871 roku być może mają jakieś polskie konotacje, że istnieją pewne ślady pokrewieństwa z tym czy z tamtym; doprawdy – nie wiem. Że tak robią wszyscy? Ale czy to oznacza, że wszyscy muszą to akceptować? Ja jestem, no cóż, trzeba to uczciwie wyznać, człowiekiem starej daty i żeby z czymś się pogodzić, muszę otrzymać chociażby minimalne przyzwoite uzasadnienie; tutaj takiego nie znajduję. Zestawmy takiego Perquisa z Theodorem Gebre Selassie, czeskim obrońcą – jaki związek z Polską ma Perquis (i – odpowiednio – pozostałe Obraniaki), a jaki z Czechami Selassie? Bardzo łatwo odpowiedzieć na to pytanie. Obecność tego pierwszego w polskiej kadrze to absurd; gra tego drugiego w drużynie czeskiej – oczywista oczywistość, że posłużę się słowami klasyka.

I jeszcze bez przerażenia zapytam na sam koniec, kiedy znajdzie się wreszcie odważny, który odsunie od mikrofonu tego półgłówka o spojrzeniu rybki Nemo i fryzurze rodem z horroru klasy C, no kiedy? Dwa bodaj mecze okraszone komentarzem pana Sz. i człowiek zaczyna doceniać fakt, że można odbiornik TV pozbawić dźwięku. Słuchanie lekarza Laskowskiego to prawdziwa przyjemność. Przynajmniej w porównaniu ze Sz.

Niebo płacze nad wydmuszkami
/25 kwietnia 2012/

Już wczesnym wieczorem powietrze było dość ciężkie; chmury poczęły się zbierać. Nieco później stało się to, co się miało stać. W nocy niebo zaczęło płakać; krople zrazu spadały spokojnie, deszcz jednak z godziny na godzinę wzbierał na intensywności. Szloch pojawił się wkrótce, paroksyzmy żalu wstrząsać poczęły firmamentem – i trwa to do tej chwili. Niebo rozpacza nad klęską Dumy Katalonii; niebo wciąż płacze. Serca wyznawców (termin nieprzypadkowy) Blaugrany przeszywa rozpacz; serca niewiernych pulsują radością.

Jakże szczęśliwy jestem. Ukontentowany.

Ja to powiem, choć brzmi jak usprawiedliwienie: nie, nie jestem miłośnikiem Realu. Onegdaj nawet lubiłem Barcelonę; rychło jednak nastoletnia fascynacja minęła, odeszła wraz z dorastaniem i pryszczami. To jest tak, jak z Angeliną Jolie czy inną Jennifer Lopez: bombardują cię tą imitacją zewsząd, pokazują, stawiają jako paradygmat, ideał, galaktyczne zwieńczenie doskonałości. Otwierasz lodówkę, a tam Angelina (Barca), odpalasz telewizor, a tam jeden Zimoch z drugim Polem szczytuje, piejąc z zachwytu nad Jennifer czy Andrésem, rozrywasz paczkę chipsów – wyskakuje obrazek z boskim Leo. Robi się z wolna coraz bardziej niedobrze, żołądek zaczyna odczuwać niestrawność. Potem zbierasz się na odwagę i pragniesz dotknąć tej piersi, ta zaś jest podejrzanie twarda i jędrna; usta i kości policzkowe wypchane botoksem, nabrzmiałe propagandą. Mit, ów balon tak chętnie pompowany, pryska, choć niewierni są w mniejszości. Wyznawcy Blaugrany i tak zawsze wiedzą lepiej.

Ale wczorajszy mecz przejdzie do historii; to niebywałe, niewiarygodne, fantastyczne. Miłość do futbolu wezbrała we mnie z siłą większą niż kiedykolwiek, choć w życiu bym się tego nie spodziewał. To właśnie jest magia, wola, galaktyczna determinacja, sztuka, która dokonuje niemożliwego, nie zaś osiemdziesiąt procent posiadania piłki oraz dwa tysiące trzysta sześćdziesiąt siedem wymienionych podań. Tym właśnie różni się ideologia piłki od zwykłej, wulgarnej dyscypliny sportowej. Chelsea nie jest drużyną z mojej bajki, lecz sentyment do tego zespołu narodził się we mnie zaskakująco, acz będzie ze wszech miar uzasadniony.

Błąd Guardioli polegał na tym, że nie budował zespołu od tyłu, stawiając w zamian za to wszystko na atak. Futbol ofensywny, futbol totalny. Brzmi ładnie, prawda? Wczoraj pękło to wszystko. Prawdziwy mecz to nie Play Station, nie ma graczy doskonałych. Naprawdę cieszę się, że kończy się – mam taką nadzieję – okres dominacji idealnych atrap, era supremacji wydmuszek pozbawionych wad (poza jedną – że właśnie są wydmuchane). Pewnie za chwilę uznam, że słowa te są przesadzone, że zanadto poniósł mnie entuzjazm. Ale co tam, naprawdę się dziś cieszę. Czegoś takiego, jak wczorajszy wieczór, dawnom nie przeżył.

Uwielbiam ten moment, gdy Mourinho zatopiony w fotelu przymyka oczy i analizuje mecz – zwłaszcza, gdy sprawy na boisku nie toczą się po jego myśli. Guardiola skacze, łapie się za głowę i poprawia krawat. Jeszcze wiele brakuje mu do Portugalczyka.

Mała fikcja gdańska
/5 grudnia 2011/

No, nie ma co ukrywać, trochę temu Gdańskowi zazdroszczę, podobnie jak tym jego nielicznym mieszkańcom, którym dane będzie obejrzeć starcie Italii z mistrzami świata i Europy. Chociaż do wszelkich prognoz, proroctw tudzież jakiegokolwiek fiction mam stosunek, mówiąc delikatnie, niezbyt przychylny, nietrudno wszakże przewidzieć, jak potoczą się wydarzenia 10 czerwca 2012.

Delikatny wiatr od morza sprawi, że pierwsze czerwcowe upały nie będą aż tak odczuwalne, aż tak dotkliwe. Tak, właśnie tak – aura nikogo nie zaskoczy, co więcej, dziennikarze nazwą ją iście południową, do której Włosi, a głównie Hiszpanie są przyzwyczajeni. Telewidzowie będą oczekiwać w godnym lepszej sprawy niewypowiedzianym napięciu, aż Dariusz Szpakowski obwieści Urbi et Orbi, że oto pogoda do gry idealna, w zasadzie prawdziwie piłkarska pogoda, jednak w tym momencie pan Dariusz – o ile w ogóle przeżyje – będzie przebywał na oddziale neurologii (względnie psychiatrii; decyzja jest uzależniona od opinii lekarza reanimującego); przez lata nadszarpywany układ nerwowy polegnie od nadmiaru emocji. Transmisję dla telewizji publicznej będzie wobec tego komentował – niejako w zastępstwie – Sebastian Szczęsny (nie mylić z Maciejem bądź Wojciechem). Reprezentacja Włoch zostanie przywitana gwizdami; na trybunach przeważać będą Hiszpanie, ponadto tak zwana część neutralna wspierać będzie podwójnych mistrzów – kult Realu i Barcelony, ochy i achy, jęki, spazmy i ogólna gloryfikacja znajdą ujście, bo przecież muszą. Hiszpanie zaatakują od pierwszego gwizdka niemieckiego arbitra Wolfganga Starka; to będzie prawdziwy pokaz futbolu XXI wieku, na bramkę strzeżoną przez Buffona akcje będą sunąć z niebywałym impetem i niepojętą wręcz regularnością. Sebastian Szczęsny, co chwila ocierając lśniące od potu czoło niewielkim frotowym ręcznikiem opatrzonym logo jednego ze sponsorów turnieju, będzie krzyczał wprost do mikrofonu coś o piłce kosmicznej, galaktycznej; krótko mówiąc – wirtuozeria, jak się patrzy. Hiszpanie będą nacierać flankami i środkiem; będą uderzać z dystansu i próbować krótkich zagrań, popisy z pogranicza sztuki cyrkowej zmieszają się z namacalnym niemal rozmachem, towarzyszącym poczynaniom mistrzów świata. W przerwie ekspert w studio – niejaki Gmoch – obwieści stuletnie panowanie hiszpańskiej myśli w światowym futbolu, nakreśli imponującą wizję ekspansji hiszpańskich wzorców na wszystkie strony globu: od Helsinek po Port Elizabeth, od Rio de Janeiro po Ułan Bator. Bramkarz hiszpański, Casillas, do 56 minuty będzie ziewać, co jakiś czas rzucając okiem na telebim, gdzie operator pokazuje zbliżenia co bardziej urokliwych niewiast, wyłapanych na trybunach przez czujne oko kamery. A Makaroniarze? Co z nimi? Ano, nic specjalnego. Szkoleniowiec Squadra Azzurra przygotował solidny plan taktyczny; przez cały mecz bezwzględnie będzie domagał się od swoich graczy, by się go trzymali. I, trzeba przyznać, słynne catenaccio 10 czerwca osiągnie poziom arcy-wybitny; nazwać je będzie można później, bez cienia przesady, boskim. We wspominanej 56 minucie pierwsza zabójcza kontra Włochów przyniesie im prowadzenie; rozwścieczeni Hiszpanie zaatakują – jeśli to tylko możliwe – z jeszcze większą pasją. Minuta 70-ta da Italii podwyższenie: koszmarny, dziecinny błąd obrońców hiszpańskich przy wyprowadzaniu piłki z własnej połowy, najpewniej wynikający z pośpiechu, przejęcie piłki, dobry, mierzony strzał tuż przy słupku. 0:2; do końca regulaminowego czasu jedynie dwadzieścia minut. Hiszpanie dążą do odrobienia strat; bezskutecznie. Niemiecki sędzia – zupełnie bez uzasadnienia – przedłuży pojedynek aż o siedem minut; mistrzom świata starczy jednak czasu jedynie na kontaktowego i honorowego zarazem gola: Buffon zostanie pokonany po raz pierwszy i ostatni po dyskusyjnym karnym w przedostatniej minucie doliczonego czasu gry.

Niżej podpisany otworzy butelkę wina – rzecz prosta, włoskiego – i ukontentowany, z delikatnym uśmiechem błąkającym się po zmęczonej twarzy jeszcze niespełna kwadrans będzie śledził rozdzieranie szat w telewizyjnym studio; po czym, dopiwszy kieliszek, wyłączy telewizor. Niech będzie chwała za ten czas!

PS – Jak to jednak z fiction bywa: pewnie będzie zupełnie inaczej.

Serce w natarciu
/29 czerwca 2011/

Ani się człowiek nie obejrzał, a tu lato śmiało wkroczyło. Tak, tak, proszę koleżeństwa, lato mamy obecnie kompletne: kalendarzowe, astronomiczne i Bóg jeden raczy wiedzieć, jakie jeszcze. W każdym bądź razie – za oknem również. I bardzo dobrze, bom sobie obiecał tej zimy przeklętej, że choćby czterdzieści Celsjuszów doskwierało – to wszystkim, ale nie mnie! Jedno, co mnie jeno martwić poczęło, to bolesna refleksja, że wraz z tą kanikułą nastaje sezon tak zwany ogórkowy. I już, już żem się godził z nieuchronnym, zakładając, że najciekawsze, co nas napotkać teraz może, to kolejny transfer dostojnej Kluzikowej do następnego ugrupowania (jak się człek rozpędzi, to trudno go potem zatrzymać, choćby i czerwony żakiecik ruchy krępował; co ma sobie kobieta żałować, w końcu mówią rozmaici mądrzy ludzie, że wszystkiego trzeba w życiu spróbować) i śrubowanie poziomu żenady ponad wszelką skalę, gdym zajrzał w rozpiski, po czym aż z radości podskoczyłem.

Okazuje się bowiem, psze państwa, że początek lipca nie tylko, że nie upłynie pod znakiem ogórka, lecz zapowiada się iście rewelacyjnie. Już w piątek najbliższy rusza – niezasłużenie w naszych kręgach niedoceniana – Copa America, a konkretnie jej czterdziesta trzecia edycja. To wielki turniej, wielka sprawa. W mojej prywatnej klasyfikacji plasuje się tuż za Mundialem, mniej więcej na równi z Mistrzostwami Europy. Wygląda na to, że w tym roku trzeba będzie złamać świętą zasadę, że nie kibicuje się gospodarzom: co zrobić, skoro rozgrywki toczyć się będą pod argentyńskim niebem? Serce nie sługa i na taką drobnostkę, mniemam, przymknie oko, darując chwilowe odejście od reguł.

A dosłownie chwilę później, w sobotę, dojdzie do wielce wyczekiwanej walki o mistrzostwo wagi ciężkiej; dawno już nie było (bodaj z dziesięć lat, jeśli dobrze wyszperałem) takiej stawki, takiej unifikacji. Władimir Kliczko dzierży dwa pasy mistrzowskie, David Haye – jeden. Zapowiada się szlagier nad szlagiery. W moim przypadku serce już dawno znokautowało rozum i całkowicie stanęło po stronie Hayemakera.

Tak czy owak, pierwsze dni lipca zapowiadają się pasjonująco! Mam nadzieję, że wieści i obrazy z La Platy i Hamburga zepchną, hen, głęboko, w czeluście informacyjnego niebytu czerwony żakiet pani Kluzikowej, czyli, krótko mówiąc, tam, gdzie jego miejsce.

Mizeria i uprzedzenie
/12 czerwca 2011/

Nie będę państwa koleżeństwa oszukiwał – jakoś niespecjalnie do publicystyki sportowej mnie ciągnie. Ale, było nie było, parę zdań żeby niekiedy machnąć, to i człowieka, owszem, poniesie. Nie mam, co prawda, papierów na sportowe analizy, takoż i na obiektywizm w najmniejszym stopniu silić się nie zamierzam; zresztą, obiektywizm to ino w logice ma zastosowanie – kto twierdzi inaczej, ten kiep i basta.

Czemuż więc tu i teraz akurat głos zabieram, akurat dzisiaj mnie ponosi? Tak do końca, to nie wiem, jednak pytają mnie tu i ówdzie, co ja o tej reprezentacji tak zwanej narodowej sądzę. Zazwyczaj – ponieważ sądzę niewiele, a sprawa ta minimalnie mnie obchodzi – odpowiadam wymijająco, jakoś z opresji argumentacji i wywodu się ratując. Lecz w miniony czwartek zdarzyło mi się, żem nieopatrznie mecz z Francją podpatrywał. A nazajutrz przejrzałem relacje prasowe z meczu, gdzie wcale pochlebne opinie o grze drużyny polskiej wyłowiłem. Że wstydu uniknąć się udało, że postęp w grze jest, że momentami to wyglądało całkiem, całkiem. I tak sobie pomyślałem, że chyba na inny mecz patrzyłem, proszę koleżeństwa. Powtórzę z całą mocą – dyplomów ja nie posiadam, by z piedestału fachowca grę jakiegoś piłkarza, poczynania jakiejś drużyny czy decyzje któregoś selekcjonera oceniać. Jednak od jakichś trzech dekad te mecze z niezmiennym zainteresowaniem śledzę, od zmagań w ligach niższych krajowych, przez ligi rozmaite europejskie i rywalizację na kontynencie południowoamerykańskim, po święta niewątpliwe, w postaci Euro czy – szczególnie – Mundialu. Jedynie zmagań niewiast w tej dyscyplinie unikam, bo jako esteta starej daty nie mógłbym na trzeźwo spoglądać, jak białogłowy po nogach się kopią. Tak czy owak, coś tam wiem i to czy tamto rozumiem. No więc, to żadne odkrycie, wielkiej tam gry z żabojadami nie było; a nawet przyzwoitej doszukać się trudno. Mizeria, panie pułkowniku, jak mawiał na inną okoliczność stary Kiemlicz. Toteż po meczu czwartkowym, choć jakiejkolwiek cezury, broń Boże, on nie stanowi, gdy ktoś ciekaw będzie opinii, to chętnie odpowiem, że Smuda powinien odejść.

Powód pierwszy i najważniejszy. Ja go nie lubię. Po prostu i aż. Jeśli miałbym wskazać prywatny paradygmat buractwa i dziadostwa w jednym, to będzie to pan Franciszek; obowiązkowo w swoim dresie z kreszu, coś tam w tym niezrozumiałym narzeczu pod nosem sepleniący, impertynencki i pełen pychy. To nie jest człowiek tego formatu, by mógł sprawować funkcję selekcjonera. Gdybym siedział wewnątrz tej drużyny, w jakikolwiek sposób, to byłoby mi zwyczajnie wstyd, że ktoś taki jest szefem kadry. Piłka nożna to nie jest jakieś tam, przepraszam ewentualnie urażonych, rzucanie kulą czy wyścigi żaglówek, tutaj wbrew pozorom prócz intuicji potrzebna jest także niejaka ogłada i myślenie, stąd mam prawo oczekiwać, że na czele kadry niemal czterdziestomilionowego kraju stanie ktoś, kto w dwóch zdaniach nie popełnia osiemnastu błędów językowych.

Powód drugi. Trudno odszukać personę – może poza Kluzikową ostatnio – która bardziej zakręciłaby się w meandrach własnych buńczucznych deklaracji, szumnych zapowiedzi i przedstawiania rozmaitych surowych zasad. Smuda to mistrz niekonsekwencji. Nie będzie pijaństwa, kto raz podpadnie, nie zagra. Żadnych naturalizacji, póki Franciszek na stanowisku. Co z tego wyszło, widać gołym okiem. Niewiarygodność bije na kilometr. Z niej zaś rodzi się rzecz jeszcze gorsza – brak szacunku i jakiegokolwiek autorytetu. No bo jakże można wierzyć i ufać komuś, kto w poniedziałek mówi, że białe jest białe, w środę, że w sumie jednak może i zielone, zaś w sobotę, że jednak to białe czarnym jest; komuś, komu w klubie pod nosem mecze sprzedają, a on nie ma jakoby o tym pojęcia?

Powód trzeci. Smuda to jest człowiek, którego funkcja selekcjonera najzwyczajniej w świecie, po ludzku, przerosła. Nie ma koncepcji, nie ma wizji. W meczu towarzyskim walczy zawzięcie, ze strachu przed kompromitacją o wynik, o utrzymanie rzekomo nie przynoszącego wstydu 0:1. Część polskich kopaczy to całkiem nieźli gracze; dziwnym zbiegiem okoliczności z reguły lepiej jednak prezentują się w klubach, niż reprezentacji. Może dlatego, że tam prowadzą ich różne Kloppy, nie zaś Smudy? Fakt, że coś tam się udało zdziałać z Zagłębiami i Widzewami, nie oznacza jeszcze, że przełoży się to na wynik reprezentacji; to jest wyzwanie dużo wyższego kalibru, któremu Smuda nie sprostał dotychczas i nie sprosta w przyszłości. Nawet, jeżeli polska reprezentacja osiągnie względny sukces na przyszłorocznych Mistrzostwach Europy – dla jednych będzie to wyjście z grupy, dla innych uniknięcie kompromitacji w postaci surowego lania, a dla kogoś jeszcze na przykład ćwierćfinał – to nie uwierzę, że to zasługa Franciszka Smudy. Powyższe, ktoś powie, świadczy o głębokim uprzedzeniu stukającego te słowa. A czy ja to staram się ukryć? Naturalnie, że jestem uprzedzony i źle się z tym nie czuję.

Powód czwarty. Franciszka Smudę łobuzy z PZPN powołały na stanowisko selekcjonera pod wpływem rozpaczliwych nawoływań mainstreamowych mediów i głosów przygniatającej większości kibiców – czyli tak zwanej opinii publicznej, która – kółko się zamyka – jest kształtowana właśnie przez owe media, nawet, jeśli strony tego oficjalnie nie potwierdzają. Natomiast – jak uczy historia i doświadczenie – większość z reguły nie ma racji. Dlatego należy przyznać, że Franciszek Smuda pełniący funkcję selekcjonera to jest pomyłka niebywała, co dało się bez trudu zauważyć od początku jego rządów.

Nogi bramkarza Wojciecha, czyli stronniczy przegląd tygodnia
/20 lutego 2011/

Oto stała się rzecz niesłychana, proszę pani, proszę pana. Sprawę rozpatrywać należy niemalże w kategoriach skandalu obyczajowego, jeśli nie afery. Wieszczę, że wydarzenie może otrzeć się o komisję śledczą. Ale o co chodzi? Już wyjaśniam. Otóż, jak się okazało, kibice Arki Gdynia w sposób kulturalny, acz niezmiernie stanowczy wyrazili swój sprzeciw przeciwko partycypacji Szpakowskiego Dariusza w otwarciu nowego stadionu w Gdyni. Potem – krótko potem – oświadczenie zniknęło, poczęto się ze sprawy rakiem wycofywać, nawet Urząd Miasta głos zmuszony był zabierać. No naprawdę, moi mili, sprawa wydaje się grubymi nićmi szyta.

Kim jest Szpakowski Dariusz? Dla wszystkich fanów futbolu – poza Mazowszem – pan Dariusz to ongiś właściciel jednego z bardziej fatalnych tupecików oraz, obecnie, właściciel koszmarnej fryzury, rodem z castingu do filmu Przyjaciel wesołego diabła. Prócz tego pan Dariusz od lat kilkudziesięciu jeździ sobie po świecie za pieniądze podatnika i próbuje komentować mecze piłkarskie (sporadycznie, ale ino przy okazji największych imprez także mecze koszykówki i hokeja na lodzie; niżej podpisany był też raz czy drugi świadkiem, jak pan Dariusz starał się okrasić swym komentarzem nawet zawody wioślarskie). Cechą charakterystyczną warsztatu pana Dariusza jest to, że podczas każdego meczu mówi to samo, bez względu na dyscyplinę, a mówi od rzeczy, bardzo bełkotliwie. I ja nie rozumiem, psze państwa, czego ci arkowcy chcą od Pana Dariusza.

Z ostatniej chwili. Zarejestrowano dwa wyznania naszego bohatera. Primo: pan Darek nie przejmuje się głosem mniejszości. Secundo: kibice z Gdyni już przeprosili. Pan Darek raczej się nie gniewa.

Z innej beczki. Ruszyła Liga Mistrzów, jej wiosenna (ta wiosna, to, proszę państwa, pożal się Boże), pucharowa odsłona. Po pierwszych czterech meczach zapamiętamy głównie amok Gennaro Gattuso oraz porażkę najlepszej drużyny globu. Co do piłkarza Gennaro z Milanu, to po kim jak po kim, ale po nim właśnie tego się można była spodziewać. Z tą wszakże różnicą, że teraz trafił na równego sobie kozaka, czyli skoczył do gardła chyba nie temu, komu powinien. Oto bowiem Joe Jordan nie dość, że nie uciekał, to twardo stawił Włochowi czoła, a nawet, podobno, w słowach nie przebierał, prowokując Gattuso. Jordan w przeszłości sam do świętych nie należał, a raczej do tak zwanych zawadiaków-rozrabiaków, co to nie tylko pot, ale i zęby na boisku zostawiają. Trafiła więc kosa na kamień albo kamień na kosę, choć czy jest tu jakaś różnica, to prawdopodobnie mniej istotne.

A Barcelona przegrała i bardzo fajnie, choć akurat do Arsenalu miłością nie pałam. Z meczem tym inna wiąże się nieco historia. Zauważyłem bowiem, że przy okazji przeglądania fotorelacji z tego meczu bodaj po raz pierwszy w życiu zwróciłem uwagę na męskie nogi. Poza moimi własnymi, rzecz prosta. Mianowicie jest takie zdjęcie, na którym kopacze Robin van Persie i Wojciech Szczęsny dziękują kibicom za wsparcie. Nogi piłkarza Robina wyglądają jak nogi piłkarza, natomiast nogi bramkarza Wojciecha wyglądają… No właśnie, jak? Możliwe odpowiedzi (lub skojarzenia) są trzy: jak nogi sarny, jak nogi żyrafy bądź jak nogi Transformersa. Ponieważ rozwiązanie jest stosunkowo łatwe, nie będę nawet namawiał Redakcji do ufundowania nagrody za prawidłowe wyjaśnienie.

Ja, grzesznik
/12 lutego 2011/

Ja wiem, tę knajpę prowadzi kanalia. Cóż jednak począć, jako koneser szukam ino najwykwintniejszych potraw, najszlachetniejszego wina, pochodzącego z najlepszych winnic. Co zrobić, tak już mam: podniebienie nie sługa. I druga sprawa – to jest jak z kobietą, gdy chcesz jej przychylić nieba, a dostajesz w pysk. Bardzo soczyście dostajesz. Co oczywiście nie sprawia, w żadnym razie, że pragniesz jej mniej.

Tak sobie myślę, w rzadkich chwilach refleksji, że niegdysiejsze cierpienia tych wszystkich młodych Werterów, te Izoldy i Tristany, rozmaici Wokulscy i Izabele, to wszystko waga piórkowa, trampkarze młodsi, gdy przyrównamy ich problemy do sytuacji kibica ówczesnego. A mówiąc kibica, myślę o futbolu, dyscyplinie jako żywo wychodzącej ponad wątła formułę sportu, ponad prymitywną koncepcję rywalizacji, dyscyplinę (co ja owijam w bawełnę: filozofię, ideę!) sięgającą kontekstów głębszych i dalszych, niźli na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło.

Otóż futbolem światowym rządzi wyjątkowo nieprzyjemna szajka, na czele której stoi łobuz pierwszej wody, szelma w postaci najczystszej. Dziś obraca fortuną, rozdaje fundusze według własnego uznania, szantażuje suwerenne, zdawałoby się, rządy, funduje nam Mundial w Katarze, jutro na Antarktydzie, pojutrze pewnikiem na Księżycu. I wszystkich ma w dupie.

Naturalnie, wiemy to doskonale, wszakże nic z tego nie wynika. Gorycz wypływająca spod palców stukających w klawiaturę być może u tego czy owego wznieci szybsze bicie serca tudzież sprawi, że gniew uderzy falą gorąca w rozżarzoną już i tak od dłuższego czasu czaszkę. I co, proszę koleżeństwa? Ano – nic. Gdy przyjdzie pora na Euro, Copa czy – zwłaszcza! – Mundial, znów w nerwowym podnieceniu zaczniemy pod nie planować tygodnie, barbarzyńskiemu otoczeniu zaś, wrogo kryjącemu się pod postacią żon, matek, kochanek i potomstwa, nie zdającemu sobie sprawy z wyjątkowości i magii chwili, jak zawsze na próbę wyciągnięcia nas z raju odpowiemy rytualnym: potem!

Zaiste, skazani jesteśmy na miłość tragiczną, miłość pokorną i ustępliwą. Miłość, która wymaga od nas wiele. Kochamy, więc zamknąć musimy oczy i nozdrza na gówno, które oblepia naszą ukochaną, które wulgarnie ją maca. Oczy szeroko zamknięte, czy jakoś tak to się mówi.

Hamlet pytał w dramatycznym rozdarciu, trzymając czaszkę w dłoniach. Ja już nawet nie pytam. Chwytam futbolówkę i z nabożnym szacunkiem składam pocałunek. Jestem grzesznikiem, wiem o tym.

Post Scriptum: w piątkowym numerze Gazety W. Lewandowski Robert powiada, że bramkę w sparingu z Norwegią dedykuje, jako i cały występ, swojemu imiennikowi, niejakiemu Kubicy. Mój Boże kochany, czy oni wszyscy powariowali? A może mnie już do końca odbiło?

Pasek nasz żółty powszedni
/7 lutego 2011/

Włączam ja sobie, proszę państwa koleżeństwa, telewizorek, jak to słusznie przy niedzieli czynić należy, i cóż widzę? Ano przez popołudnie i wieczór caluteńki pół ekranu żółty pasek zabiera (a potem, na inszych kanałach, paski w różnych pozostałych kolorach), co nie jest – albo nie było – powszechnym obyczajem, bo zazwyczaj oznacza coś niezwykle ważnego, o skali ogromnej, zasięgu światowym, et cetera, et cetera. Myślę ja sobie, jako człek w miarę poczciwy, że tragedia jakaś się stała, bo ongiś pasek żółty i paski w kolorach pomniejszych obwieszczały śmierć papieża, katastrofę lotniczą tudzież słynne tsunami; no, w czasie posuchy ogórkowego sezonu ewentualnie jakąś kłótnię Donka z Grzesiem czy Jarka z Lutkiem. Tymczasem, proszę ja was, okazało się, że niejaki Kubica Robert nogę i rękę był złamał, gdy samochodzikiem po włoskich dróżkach się ścigał, bo toć wiadomo, że światowe chłopaki lubieją sobie czasem brawurowo pośmigać.

Życzę ja Kubicy Robertowi szybkiego do zdrowia powrotu, niemniej, na szczęście chyba, w tej Italii telewizji polskiej nie oglądał, bo ani chybi byłby zniesmaczon równie mocno, co niżej czy wyżej podpisany, bo stłuczkę jego do rangi katastrofy dziesięciolecia podniesiono. Teraz czekam, jak piłkarzyna jakiś nogę złamie, siatkarzyna nadgarstek – trza wówczas w telewizji rabanu narobić będzie nie mniejszego. Kto wie, czy parlament obrad nie przerwie nawet. I tylko się zastanawiam, jaki kolor zastąpi ten żółty na pasku ekranowym, bo się już opatrzył – ten żółty odcień, znaczy się – i nawet na dzieciarni wrażenia nie robi.

Trzy słowa: jeden, dwa, trzy
/28 stycznia 2011/

Jeden

W jednym ze styczniowych numerów jednego z ogólnopolskich tygodników niekoniecznie o tematyce sportowej przeczytałem jeden artykuł. Dla jasności, się pochwalę, przeczytałem więcej niż jeden artykuł – tak, tak, czasem mi się zdarza taka ekstrawagancja – podnosząc poziom czytelnictwa pro publico bono, niemniej jednak jeden zapamiętałem – jeden artykuł, oczywiście. Nawet się przyznam, że ten jeden artykuł to tak do końca artykułem nie był, bo był to jeden taki wywiad. Rozmowa, którą przeprowadziła taka jedna miła pani Renata, o ile pamiętam dobrze jej imię, z takim jednym bokserem, Tomaszem Adamkiem konkretnie.

Dwa

Nasz bohater zwierza się tam obficie, jak to mamusia jego szanowna prała go tęgo, gdy pacholęciem był jeszcze, za co on mamusi obecnie dziękuje, bo na dobrego chłopaka wyrósł był dzięki temu. Polemizować nie śmiem, bo gdzie mi tam w tej materii za eksperta uchodzić, toć kompetencji jakichkolwiek nie posiadam. Najbardziej zatrzymał mnie jednak fragment, w którym Adamek Tomasz opowiada, jak mamusia przywiązywała go do nogi od łóżka, by tenże Adamek Tomasz domostwa samowolnie nie mógł opuścić i narozrabiać, gdy mama pochłonięta domowymi obowiązkami pozostawała, co łacno – ono rozrabianie – przewidzieć było można. Powyższe samo jakoś nakłada mi się na czas teraźniejszy, gdy Tomasz do nogi od łóżka przywiązany jest tym razem nie przez mamę szanowną, ino przez niejakiego Ziggy’ego i się odgrażają – i on, i Ziggy ów – że dwóch braci Kliczków może sprać, tylko niech oni zechcą w praniu tym uczestniczyć. Nawet – mówią – w hali tego nie będziemy praktykować, ale na stadionie, coby więcej publiki w praniu Kliczków mogło uczestniczyć. Co znaczy oczywiście, że nie publika miałaby to pranie czynić, lecz obserwować jeno. Kliczków jest dwóch, ale Adamek mówi, że mu obojętne, kogo prać będzie, czy to Władka czy Witka, podobnie też deklaruje legendarny Ziggy. Tylko niech te Kliczki się stawią, a on od tej nogi od łóżka uwolniony będzie.

Trzy

Ja tam do naszego pretendenta nic nie mam i sukcesów mu życzę, choć niespecjalnie w nie wierzę. Tak sobie myślę, że tych Kliczków sprać może, bo to doktory są, proszę koleżeństwa, a nawet kandydaci na stanowiska jakoweś na najwyższych szczeblach publicznej administracji, a i Pismo powiada, że przecież Dawid sprał Goliata, to czemu Tomek Władka albo Witka by nie mógł poobijać, ale co potem, to nie wiem. Bo potem jest ten trzeci, który – nie ukrywam – jest moim ulubieńcem i faworytem, a o którym już wcześniej bazgroliłem na niniejszych gościnnych łamach. To, psze państwa, David Haye, którego bardzo lubię i cenię, bo sobie tatuażu nie wydziergał jeszcze i bardzo mamę swoją kocha, jak wyjaśniał swego czasu. To mi się bardzo podoba, jako i to trzecie, że pięściarzem jest niepoślednim i w nim mistrza wszechwag upatruję.

Bezsenność konesera
/25 stycznia 2010/

Mimo że wiosen kolejnych przybywa (nie, żebym zaraz się tym chełpił czy cieszył z tegoż powodu; nawet zgoła jest odwrotnie: jeśli dobrze pamiętam, ostatni raz, kiedy chciałem być starszy, miał miejsce chyba w podstawówce, potem chciałem już być młodszy), człowiek potrafi jeszcze czasem sam siebie zaskoczyć. Zadziwić – to sformułowanie będzie chyba celniejsze. Otóż całkiem niedawno uznałem się apodyktycznie za konesera boksu, dyscypliny, której miłośnikiem nigdy specjalnym nie byłem. No pewnie, że czasem się pooglądało, jakiś meczyk na żywca też mam, zdaje się, zaliczony, no i kojarzę, kto to był sędzia ringowy Popiołek. Ale żebym tam jakieś nadzwyczajne uczucia wobec bokserskich zmagań żywił – co to, to nie. Jak to się więc stało, że mi wypiłaś moje kakao? Jak to się stało, że zostałem wytrawnym znawcą pięściarstwa? Spieszę z wyjaśnieniami.

Owóż – znów piję do upływającego czasu – wraz z wiekiem wzrasta u człowieka potencjalna skłonność do bezsenności. Do bohatera filmu Insomnia jeszcze mi co prawda daleko, faktycznie jednak zdarza się niekiedy, że choćbym dwoił się i troił, nie odpływam w sen wtedy, gdy sobie tego zażyczę. I wówczas jakoś trzeba sobie radzić. Można, na ten przykład, uzyskawszy niespodziewanie trochę czasu, medytować, pracować, myśleć, to i owo zaplanować albo coś w ten deseń, ale można też – jeśli wymienione przed momentem czynności nie są twoją najsilniejszą stroną – odpalić TV. I to właśnie w omawianej tu sytuacji zazwyczaj praktykuję.

Tym oto sposobem bodaj pięciokrotnie oglądałem retransmisję walki Nikołaja Wałujewa z Davidem Hayem o mistrzowski pas organizacji WBA. Pierwsze cztery projekcje oglądałem li tylko: tak, oglądałem, bo dźwięk, z racji późnej pory oraz towarzystwa pozostałych domowników z bezsennością się nie zmagających, dokumentnie wyłączyłem. A więc oglądałem sobie i z każdą kolejna rundą a potem retransmisją pojedynek ów podobał mi się coraz bardziej. Tak, ta najnudniejsza z nudnych walk (zdaniem hałastry tak zwanych fachowców tudzież specjalistycznych komentatorów) mi się podobała, sączyłem ją sobie nieśpiesznie, niczym jakowyś szlachetny trunek. Co więcej nawet, wbrew rzeczonej hałastrze, z końcowym werdyktem się zgadzam, uznając go za sprawiedliwy. Pomimo mojej dotychczasowej (i, co tu kryć, aktualnej) sympatii do Wałujewa, Haye mnie urzekł i zaimponował: dwunastorundowym tańcem, pewną dezynwolturą ringową, delikatną prowokacją, pewnością siebie i nawet mądrością podczas walki. Co z tego, że Bestia machała nieustannie na lewo i prawo potężnymi łapskami, skoro to uciekający (ja bym powiedział, że walczący w defensywie; ot, że pozwolę sobie na delikatną nadinterpretację, takie bokserskie catenaccio, którego jestem zagorzałym fanem) non stop Haye trafiał częściej i czyściej? Liczba ciosów wyprowadzonych z pewnością była wyższa po stronie Nikołaja, wszelako chyba pasów nie dają za prucie powietrza, co? Ekonomia, panie.

Wspominałem już, że cztery spośród pięciu moich seansów z Wałujewem i Hayem w rolach głównych ograniczyłem jeno do strony wizualnej, darując sobie fonię. Nie pamiętam już z jakich powodów, wszakże którejś nocy zaszalałem i projekcję nr 5 postanowiłem okrasić dźwiękiem. Jako etatowy niemalże widz nocnych transmisji i retransmisji przeróżnej proweniencji bez trudu antycypowałem, iż na komentatorskich stanowiskach dokazują dwaj panowie K: Kulej i Kostyra. To taki duet, jakby ktoś nie znał, który raz usłyszawszy, człowiek zaczyna się zastanawiać, kto z tej dwójki jest głupszy; tandem zupełnie pozbawiony ikry i talentu jakiegokolwiek do tej roboty. Obaj niezbicie dowodzili, że każdą kolejną rundę wygrywał Nikołaj, zaś bodajże w jedenastej jeszcze piszczeli, że Wałujew wyraźnie prowadzi na punkty, natomiast Davida Haye’a uratować może tylko nokaut. Nie jego, rzecz prosta, ale Bestii, choć do końca pewny być nie mogę, co jeden z drugim mieli na myśli. To mi przypomniało sytuację z transmisji piłkarskich, gdy w trosce o nerwy swoje wyciszam Szpakowskiego. Tym panom od boksu też podziękowałem już definitywnie. Obędzie się bez uwag waszych fachowych, ekspercie Kostyro i ekspercie Kuleju.

Niespodziewanie zatem Haye został mistrzem, a ja znawcą boksu zawodowego, boksu światowego, chociaż wcale o to nie zabiegałem, więc proszę uprzejmie ekspertem mnie nie tytułować. A Haye’a polubiłem, naprawdę.

Tasiemiec powraca
/17 września 2009/

Zaczyna się znowu. Nareszcie! Albo – niestety! Zakupiono właśnie kolejny pakiet odcinków serialu pod tytułem S jak Selekcjoner. Ścieżkę muzyczną ma ponoć napisać Seweryn Krajewski, zaś głosu użyczy sam Zbigniew Lew (dla mniej kumatych – znów sunę z aluzjami fryzjerskimi, więc nie mylić proszę tego Zbycha z innym Zbigniewem Lwem) Wodecki – podobno Gąsowski, jak uznali producenci, ze swym wokalem bardziej nadaje się do żeglarstwa, natomiast Bajor jest za młody. Kilka odcinków emitowanych na żywo sprzed siedziby PZPN będzie stanowić swoiste novum w tegorocznej edycji, podobnie jak fakt, że prawa do emisji wykupiło kilka stacji i rozgłośni jednocześnie. Prasa, wiadomo, ma dostęp nielimitowany. Będzie się działo, bez dwóch zdań. Atmosferę ma podkręcić – czy trzeba ją jeszcze nakręcać dodatkowo? – ruszająca na dniach kampania promocyjna, prowadzona na wszelkie możliwe sposoby. Przetarg na jej – kampanii – organizację ogłoszono jeszcze za kadencji Leo (swoją drogą, zapobiegliwe są te nasze dziadki, prawda?), zaś rozstrzygnięto go w ekspresowym tempie w ubiegłą sobotę. Jak powiadają wtajemniczeni, 30% budżetu kampanii ma sfinansować miłościwie nam panujacy PZPN, resztę wykładają sponsorzy. Stratedzy ze strony producenta i piłkarskiej centrali szacują wstępnie, że serial ma przyćmić oglądalnością Taniec z Gwiazdami, Jak oni śpiewają oraz Wiadomości. Razem wzięte, naturalnie. Goście specjalni, eksperci w studio, nocne maratony, analizy, quizy i cholera wie, co jeszcze. Każdy z kandydatów zostanie przesłuchany przed kamerami przez Lisów Dwoje, Rymanowskiego oraz Olejnik. Prezes Lato zapewnił, że odpowiednie komórki PZPN organizują bogaty program artystyczno-kulturalny, który uświetnić ma wybory selekcjonera oraz wypełnić luki w programie, gdy Beton będzie obradował za zamkniętymi drzwiami. Z nieoficjalnych źródeł wiadomo, że do występu przymierzani są Don Wasyl oraz Majka Jeżowska. I jeszcze, uwaga – nieletni proszę zamknąć oczy! – na wewnętrznym raucie dla VIP-ów cycki ma pokazać sama Cichochłopek! Menedżerka artystki jest już w tej sprawie, jak ustalili dziennikarze pewnej codziennej gazetki, po słowie z prezesem Grzegorzem. Hitem ma być biały dym w pzpn-owskiej kotłowni, który, na wzór konklawe, oznajmi zniecierpliwionej publice (zgromadzonej przed telewizorami oraz na ulicach stolicy), że działacze wychlali już cały zapas wódki i dokonali wyboru selekcjonera.

Wiedzcie jednak, że tak naprawdę to niewiele mnie obchodzi, kto tym selekcjonerem zostanie. Ktokolwiek by to nie był, nie on będzie grał. Nawet sam Copperfield cudów by nie dokonał, gdyby przyszło mu pracować z piłkarzami, których olbrzymia większośc szansę na grę otrzymuje jedynie w tej całej reprezentacji. Chociaż jak teraz sobie pomyślę, to pewnikiem najbardziej nadawałby się Smuda. No bo spójrzcie tylko – facjata słusznie i prawdziwie polska, natomiast gadana bardziej jakby w stylu naturalizowańców, z dwuletnią góra kadencją. Nie słyszałem, by choć ze dwa zdania kiedyś po naszemu poprawnie sklecił. Ale mi tam to w sumie nie przeszkadza, w zasadzie sam jestem niepiśmienny. Generalnie więc – takie dwa w jednym, we Franciszku, znaczy się. Bo i szkoły jakieś pokończył zagraniczne, ale i do dziadów umizgi już począł czynić. Bo selekcjoner, wiedzcie, to nade wszystko swój chłop być musi. A Smuda, jak sam zapewniał niedawno, z każdym się dogada. Po cóż więc Prezes i jego przydupasy mają szukać kogoś innego?

Cukiernia 2009
/15 września 2009/

W niedzielny wieczór poczułem nieodpartą potrzebę, by sprawdzić na regionalnej kablówce prognozę pogody. Nie zdarza się to znów tak często, niemniej, gdy tylko taki imperatyw da o sobie znać, zerkam na stosowny pasek informacyjny rzeczonej stacji i w (góra) dwie minuty moja ciekawość zostaje zaspokojona. Tym większe było więc me zdziwienie, gdy, poczyniwszy odpowiednie kroki, ujrzałem tamże sunący niespiesznie komunikat, wielką czcionką obwieszczający – PILNE: POLSCY SIATKARZE MISTRZAMI EUROPY. I tak jakieś pięć minut (tyle wytrwałem) na okrągło, bez przystanku. Pierwsza myśl: dlaczego to takie pilne? Przecież napisane jest wyraźnie – że są już tymi mistrzami; to co, za chwilę mogą przestać nimi być? Potem już tylko złość, że trza walczyć z lenistwem i szukać prognozy gdzie indziej. Jest stacja ku temu specjalnie wydzielona, ale powiedzcie sami, co mnie obchodzi temperatura w Tunisie czy zapowiadane opady w Ułan Bator?

No więc (podobno nie należy w ten sposób rozpoczynać zdania) polska reprezentacja wygrała Mistrzostwa Starego Kontynentu. Historyczna chwila. Epokowy triumf. Ogromny sukces. Gruszka MVP. Premier Donaldo zaprasza na śniadanie. Będzie konsumpcja i gratulacje. I feta będzie, na Placu Defilad. To i może defilada też będzie. Odkryty autobus? Baloniki, konfetti? Niech żyje bal i myśl taktyczna Castellani’ego! Pięknie. Chyba łza w oku winna mi się zakręcić.

Ech, jakoś nie chciała. Czuję się jak barbarzyńca, gdyż nie podzielam ogólnej euforii narodu oraz kiedy uświadomię sobie, jak niewiele obchodzi mnie męska siatkówka. Ot, pewnie tyle, co niejaki Kubica Robert tudzież obróbka skrawaniem. Niestety, ta siatkówka jest strasznie nudna, pachnie plażą i złocistym browarem na kilometr. A ci złoci chłopcy tacy wymuskani, te ich sarnie nóżki takie gładkie i czyste. I jeszcze fryzury z przedziałkiem, gdzieniegdzie. I oblicze Gruszki – jakże on się cieszył, jakże cudnie uśmiechał, doprawdy, wszystko to takie słodkie, polane lukrem i miodem. No naprawdę, cukiernia jakaś. Dobrze, że na reprezentację żeńską można spojrzeć z większą przyjemnością, acz – co oczywiste – nie ze sportowych względów.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: