Zmierzch ery szczęśliwych złudzeń (obraz i podobieństwo). Część 2

8 marca 2018 § Dodaj komentarz

Reklamy

Zmierzch ery szczęśliwych złudzeń (obraz i podobieństwo)

7 lutego 2018 § Dodaj komentarz

/fotografia: Elliott Erwitt/

Neapol, numero uno

22 stycznia 2018 § Dodaj komentarz

Wspaniałe ujęcie.

W Neapolu numer jeden jest nadal ten sam.

150 i będzie mniej

16 stycznia 2018 § Dodaj komentarz

Tymczasem, spieszę zauważyć, do Mundialu pozostało sto pięćdziesiąt dni.

/zdjęcie – Hans Heus/

Epitafium dla Nawilczyńskiego

13 stycznia 2018 § Dodaj komentarz

Jest w moim życiu kilka stałych punktów; na przykład palenie: rano, pierwsze i wieczorem – niekiedy w towarzystwie zachodzącego słońca, innym razem w ciemnościach, rozdartych jedynie mętną poświatą osiedlowych latarni, które uchowały się jeszcze gdzieniegdzie pośród wszechogarniającej szarości betonowych labiryntów, pośród tych zewsząd wyrastających bloków – ostatnie. Te dwa codzienne papierosy to efekt nie tyle mojej słabości, jak, słusznie skądinąd, ta i ów mogliby przypuszczać, ile mojej siły, jak to sobie tłumaczę – do tych dwóch zdołałem się ograniczyć, do dwóch tylko udało mi się zbić dwucyfrowe liczby.

Ale ja nie o mnie przecież mam mówić. Ten balkon i to palenie do tego jedynie są mi potrzebne, że mogę wspomnieć i rozpocząć w ten sposób, że zdarzało się, gdy podczas tych moich rytualnych, porannych bądź wieczornych nikotynowych posiedzeń, otóż bywało, gdy na osiedlowy skwer, na który rozpościera się widok z mojego balkonu wbiegała krokiem równym, miarowym, powiedziałbym – lekkim i sprężystym, otóż zdarzało się, że wbiegała pewna postać – wbiegał Nawilczyński.

***

Nawilczyński, lat sześćdziesiąt z niewielkim haczykiem, persona dość na naszym osiedlu znana, wieloletni pracownik naukowy tutejszej politechniki, Zakład Chemii Organicznej, no i oczywiście – maratończyk. Liczne prace naukowe, powszechny szacunek i, co wydaje się nie mniej ważne, także ogólna sympatia pośród studentów.

Właśnie mam zadebiutować na łamach „Dziennika Lokalnego” i tą drogą, poprzez Politechnikę, udaje mi się skontaktować z Nawilczyńskim; udaje mi się dubeltowo, bo nie odmawia mojej prośbie i zgadza się na spotkanie, chociaż nie kamufluję niczego i mówię wprost, że chciałbym napisać reportaż, w którym w roli jednej z wiodących postaci ilustrujących temat widzę właśnie jego.

***

Siedzę naprzeciw Nawilczyńskiego w „Tamtej czarnej”; wyznam, że trochę drżą mi dłonie, kiedy unoszę do ust filiżankę z kawą. Raz, że debiut, dwa – jest coś w tej postaci, tej jakby pomnikowej sylwetce, jest coś – właśnie – monumentalnego, co sprawia, że czuję się w zasadzie zagubiony, tak, inne określenie nie odda tego trafniej. Sześć dekad na karku, lecz twarz młoda, mimo nawet dominującej już przecież siwizny, która zadomowiła się zarówno we włosach, zgrabnymi falami spływającymi z czoła i na kark, jak i w gęstej, choć krótko przyciętej brodzie. O, nie, nigdy w życiu nie dałbym mu sześćdziesiątki. Oczy są żywe, świdrują, pamiętam, że to właśnie sformułowanie przychodzi mi wówczas na myśli i postanawiam, że tak to właśnie przedstawię. Miesza łyżeczką w swojej filiżance, choć – wydaje mi się, że bym to zauważył – przecież nie słodził, lecz nieustannie się we mnie wpatruje, czeka, wyczekuje, tak to odbieram rozedrganymi zmysłami debiutanta i z lękiem nabieram przeświadczenia o mojej nieuniknionej kompromitacji.

***

– Z pełnym przekonaniem to mówię, czas nie ma specjalnego znaczenia – oświadcza Nawilczyński, gdy w końcu udaje mi się przezwyciężyć onieśmielenie i pytam go o jego bieganie. – Pytasz o maratony, ten majowy był moim dwudziestym dziewiątym, chociaż ja raczej starannie selekcjonowałem starty, no, w każdym razie, mógłbym ich zaliczyć więcej, tak myślę. Ale właśnie, nie chciałem ich zaliczać, tylko uczciwie przebiec. Czas, no rozumiem, że to jakaś wymierna wartość, jak wspominałem tobie jednak – ja większej wagi do niego nie przywiązuję, dlatego wyznam jedynie, że byłem blisko zbicia trzech godzin. Wolę te chwile, kiedy wcześnie rano albo, dla odmiany, późnym wieczorem, sam, niezauważony, przebiegam osiedle i dalej, wzdłuż torów, ku Gajom Pałęckim, o, wtedy najlepiej się czuję.

Myślę wtedy, że nie jest taki znów, jak to powiedział – „niezauważony”. Widzę go przecież czasem z mojego balkonu.

***

– Widzi pan, to jest swego rodzaju fenomen, zawodnik bardzo uniwersalny – opowiada Jerzy Bawłąs, właściciel ulokowanego na obrzeżach naszej dzielnicy Centrum Tenisowego CT, trener i przede wszystkim – z mojego punktu widzenia – bliski znajomy Nawilczyńskiego. – Wybitnie uzdolniony biegowo, ponadto świetny pływak, w młodości, o ile mnie pamięć nie zawodzi, ocierał się nawet o podium w ogólnopolskich zawodach, z predyspozycjami zwłaszcza do stylu grzbietowego. I o najbliższym mi tenisie też muszę wspomnieć – naprawdę porządny poziom, jak na osobę, która nigdy do tej dyscypliny nie podeszła bardziej niż tylko rekreacyjnie, to muszę oznajmić, że prezentuje w tej chwili poziom więcej niż przyzwoity. No i kapitalny człowiek.

Od tej obserwacji zaczyna też doktor Aleksander Jagodziński, współpracownik z Politechniki, który z Nawilczyńskim wiele lat dzieli pokój na tej uczelni:

– Świetny człowiek, nie zdarzyło się, żeby odmówił pomocy, wsparcia. Nie słyszałem też o jakimkolwiek konflikcie z którymś z pracowników naukowych albo jakimś zatargu ze studentami. No i – jeśli wolno mi tak powiedzieć – prawdziwy oryginał, oczywiście w możliwie najbardziej pozytywnym tego słowa znaczeniu. Podczas gdy gros z nas, w dzisiejszych czasach, wybiera wakacje w luksusowym hotelu nad błękitnym basenem, Nawilczyński jeździ rowerem po Polsce, obwieszony sakwami, z namiotem. Bardzo fajny gość.

***

Tygodniowo nabiegane około siedemdziesięciu kilometrów, każdy weekend – co najmniej dwie godziny pływania, no i dla frajdy tenis, plus ten rower – nie tylko w tym wakacyjnym wymiarze – oto ponad sześćdziesięcioletni Nawilczyński, który nie tylko z powodu tych osiągnięć, wieku, ale może zwłaszcza dlatego, że siedzi teraz naprzeciw mnie i opowiada o swoich początkach biegowych onieśmiela mnie w pewien sposób.

– Jak to bywa zazwyczaj, zaczęło się od przypadku. W liceum chcieli wystawić sztafetę na zawody wojewódzkie, szukali czwartego do drużyny no i nauczyciel oszacował, że ja się nadam, chociaż sam wówczas o bieganiu nie myślałem, a sport utożsamiałem tylko i wyłącznie z piłką nożną – uśmiecha się mój rozmówca. – Wyszło na to, że wypadłem nieźle, nieskromnie powiem – najlepiej z naszej sztafety, trener wuefista wziął mnie potem na bok, przekonywał, że mam niejakie uzdolnienie do biegania, no i że coś z tym można by zrobić. Nie powiem, spodobało mi się, z czasem okazało się, że najlepiej radzę sobie na dłuższych dystansach i tak zostało do dziś. Chociaż, jak widzisz, jeszcze bardziej wciągnęła mnie chemia, poszedłem w naukę, no a ten sport to tylko tak na boku, jak to się mówi, aczkolwiek z boku, nie z boku, ale przez całe życie mi towarzyszy. Bo tak naprawdę, jeśli byś spytał, po co ja to robię, to powiedziałbym, że dla przyjemności, dla zdrowia. Bo sport to zdrowie, w myśl tego popularnego stwierdzenia, z którym ja się zgadzam. Otóż tak, sport to zdrowie, aż do śmierci – podsumowuje Nawilczyński, po czym proponuje jeszcze jedną małą kawę.

***

Doktora Jagodzińskiego po raz drugi spotykam, na inną już okoliczność, a wręcz, trzeba powiedzieć – przez przypadek, jakieś dwa tygodnie po naszej pierwszej rozmowie.

– Pan słyszał, oczywiście, o Nawilczyńskim?

Ponieważ nie mam najmniejszych podejrzeń, ni krzty jakiegoś przeczucia, zupełnie nie wiem, co powinienem odpowiedzieć, kompletnie nie rozumiem, co ma na myśli Jagodziński.

– Nawilczyński nie żyje, naprawdę nic pan nie słyszał? W ubiegły czwartek znalazła go siostra, przyjechała do niego zaniepokojona faktem, że nie odbiera telefonu, miała zapasowy komplet kluczy. Siedział, jakoś tak nieludzko skulony, na schodach prowadzących na piętro jego willi, podobno serce nie wytrzymało.

***

– Proszę pana, w głębi duszy jestem przekonany, że żaden lekarz, a na pewno przynajmniej żaden spośród tych lekarzy, których znam osobiście, nie podpisze się oficjalnie pod tezą, jakoby sport oznaczał zdrowie – mówi mi doktor Mariusz Hałas ze Specjalistycznego Centrum Ortopedii. – Wystarczy spojrzeć na losy zawodowych sportowców, na to wszystko, co spotyka ich już po zakończeniu tak zwanej wyczynowej kariery. Bieganie? Jakie bieganie, proszę pana! Żaden lekarz, który pragnie uczciwie wyłożyć karty na stół przed pacjentem, nie zaleci biegania dla tak zwanego zdrowia. Co najwyżej spacery, marsze – o, to zupełnie inna sprawa, te czynności są znacznie bliższe specyfice, naturalnej aktywności człowieka. Ale, na Boga, nie bieganie!

***

Odwiedzam grób Nawilczyńskiego na cmentarzu w starej dzielnicy. Szybko postawili nagrobek; prócz zdjęcia, na którym widnieje zasępiona twarz starego chemika, znajduję tam też ni to motto, ni to epitafium, cytat z Christophera McDougall’a: Kiedy biegniesz po ziemi i biegniesz razem z ziemią, możesz biec bez końca.

***

Wieczorem, gdy czerwony zmierzch wieńczy kolejny dzień tej smutnej jesieni, znów wychodzę na balkon.

/wrzesień 2017/

Autobiografia na kwadrans przed zaśnięciem

15 grudnia 2017 § Dodaj komentarz

Piąta piętnaście, moja droga, moja droga godzino. Wychodzę spojrzeć, jak dzień się budzi, nastaje, jak życie – bądź to, co za nie uchodzi – w ciemnościach poczyna się rozpychać, miasto się budzi, moja droga, piąta piętnaście. Pierwsze autobusy (wyjazd z zajezdni) na granatowych ulicach, nad nimi niebo jeszcze bardziej granatowe, wokół zgliszcza po jesieni, jeszcze przedzimowe; ciemność o randze aksjomatu nakrapiana skąpym blaskiem reflektorów (pierwsze autobusy, wyjazd z zajezdni), nikłą poświatą latarni, które, rzekłabyś, jawią się niczym łby egzotycznych ptaków, złączonych w rozedrganym mezaliansie z laleczkami voodoo, tu i ówdzie żar łapczywie umykających pierwszych papierosów, wyjazd z zajezdni.

Tamte marzenia! Głowa niczym kula przeoranej ziemi, kikut w bonusie, nawet jej ścinać nie było potrzeby, kapitulacja, trzeba by rzec, że łatwa, gdyby ktoś zechciał zapytać. Tamte tęsknoty do dziś obecne, wyraźne, tamte tęsknoty złączone w formę substancji, najważniejszy budulec. Co tam zresztą – tamte! Tęsknota, jak sięgnę pamięcią, tęsknota, choć oko wykol, ile się wokół rozejrzę, tyle tęsknot, a bywa, że nim się obejrzę, zapominam, za czym tęskniłem, co nie znaczy, że tęsknić przestaję. Moje tęsknoty niczym powietrze, utkwione w krtani tęsknoty, już, już czające się, by z oczu wytrysnąć, co nigdy nie nastąpi. Wszystkie możliwości, które – wiem – zaprzepaściłem, nigdy nieodgadnione drogi ku nim wiodące, zamknięte w formie tęsknoty, tęsknota jako substancja. Wszystkie możliwości przeszyte niewiarą, lenistwem, wokół mnie skupione w postaci kokonu, z którego nigdy się nie wydostanę; byle tylko do domu, prowadzą latarnie, inne blade światła, granat nieba jest pusty, byle do domu, do siebie, wewnątrz, prawdziwa rozpusta tęsknoty i rozrzewnienia – jeszcze, więcej, przepij sentymentem, to zawsze dobrze tobie służy, jeszcze, więcej i tak do końca, jakiegoś, bo będzie przecież.

Unoszę powieki; są tak ciężkie, mam wrażenie, że powinny odpaść: to coś, odpowiedzialne za ich utrzymanie, nie daje jednak za wygraną – unoszę powieki; dostrzegam dłoń zmierzającą w moim kierunku. Dłoń przeczesuje moje potargane, sklejone zimnym, nocnym potem włosy; już prawie lato, wszak noce nadal są chłodne. Aleś ty rozpalony, mówi mama, przykładając dłoń do mego czoła (jest mi zimno), żebyś tylko nie był chory; mama jakby zastyga w zamyśleniu, wpatruje się gdzieś w sufit czy na ścianę, w nieznany mi punkt. Ubierz się, włóż tamten ciepły niebieski sweter, mówi, wyrwawszy się z zadumy, pozwolę ci obejrzeć mecz, dziś gra doktor Socrates; mama kocha Brazylię. Nawet żal mi tej Algierii, wzdycha mama w moim śnie, nie ma najmniejszych szans.

Mówiłem chyba o marzeniach; a więc, tak, mam jedno, wielkie i nigdy niespełnione, które i teraz się nie ziści. Otóż kronika filmowa, albo gigantyczny kalejdoskop: raz jeszcze to wszystko ujrzeć, przeżyć, stopić się, niechby i tylko z perspektywy widza, ale byłbym podówczas widzem najpełniej świadomym, jedynym, który rozumie.

Cztery baterie (typu paluszek) starczają nieledwie na odtworzenie jednej strony kasety, potem mechanizm spowalnia, co niesie ze sobą również spowolnienie melodii, świat wszakże, ten, który dziś jest mnie obojętny, tamten świat należy do mnie, czuję nieposkromioną niczym wyższość nad wszystkim, co mijam, właściwie miażdżę to wszystko inne sobą: nie tyle z zuchwałości, nie tyle z pogardy, ile przy okazji niejako, co się okaże po czasie zupełnie nieistotne – bez straty dla świata, bez korzyści dla mnie. Inna rzecz, co wydaje się wręcz niesłychane – ekstraordynaryjne, jak powiedziałaby Aldona – że wszystkie ważne płyty pochodzą jeszcze z dwudziestego wieku. Tymczasem trzeba się spieszyć, zbierać się trzeba, ostatni tramwaj linii numer dziewiętnaście wkrótce odjeżdża, ostatnia dziewiętnastka mija starą szkołę, czasu zostało akurat tyle, by wspiąć się raz jeszcze na drzewo, raz jeszcze rzucić okiem na szatnię dziewcząt, potem nie bez ryzyka wypada spalić emfatyczne listy, tryskające infantylnym pięknem (proszę nie mylić z kiczem), a przez to istotne, ważkie, nikłe płomienie za salą gimnastyczną, motorniczy ponagla, histeryczny dzwonek; nieczynna pływalnia, potem zakręt (jeśli się nie mylę) i wprost przed siebie, na północ: pierwsze uderzenie morskiej soli, najpierwszy bezmiar naszego morza, które jest zawsze stalowe i zimne, zamglone horyzonty, piękno i zachwyt najczystsze.

Potem już wszystko z wolna poczyna się rozmywać; może ów maj jeszcze bym wspomniał, rozszarpane serce pośród notatek z semiotyki, intensywne doznania, na które nie byłem gotowy, acz czekałem na nie, jakże wytrwale, ale i tak przyjdzie się jeszcze obejrzeć, dalej, w imadle nocy, kiedy autobus nadjedzie się wyrwę, królowo, by wrócić do domu, do życia. I może jeszcze przez chwilę, o, tak na moment, rozpłynąć się w tamtym dobrym smutku, królowo melancholio najświętsza, smutku, kto wie, ocierającym się o szczęście, łzy grzęzną w gardle, nabrzmiałe oczy, jeszcze na chwilę tak ulec i wpaść w objęcia dobrego smutku, wstydzę się łez, smutku, raz jeszcze tak się rozpłynąć.

Teraz zaś stać się mogę twarzą kampanii reklamowej jesieni, zmierzchu, otóż i moje przeznaczenie, w które nie wierzę; wierzę w przypadek, w związek bezprzyczynowy, a zatem i bez skutków, bez skutku wierzę.

Od tych wszystkich Cioranów, Pessoi czy innych May I Take You Home, otóż od tego wszystkiego, synku, od tego wszystkiego uśmiechu ci nie przybędzie, mówi mama, w pokoju pachnie modrzewiem. Wystarczy, że na koniec dnia na coś czekasz, chłopaku, bo jeśli czekasz, to dzień był dobry i będzie dobrze, po raz ostatni we śnie mówi mama, dłonią stara się rozmierzwić moje posklejane włosy, bo czekanie jest dobre, trzeba na coś czekać. A co, mamo, zbieram się na odwagę, a co, mamo, mówię, jeśli czekam jedynie na sen?

Bardzo chce mi się spać.

/zdjęcie – Elliott Erwitt, 1953/

Patrzę na ciebie

14 grudnia 2017 § Dodaj komentarz

Tyle tylko.