Constans

26 października 2017 § Dodaj komentarz

Nocne strzały, we snach, tarcze i schrony; nie zaczerpnąłem oddechu, więc nie przyszłaś, zabrakło cię, ukojenia, świtu na wyciągnięcie ręki, dłoni, zabrakło. Noc oznaczona jako constans, noc permanentna, pozwól, że w tych ciemnościach tak to ujmę, niech mi będzie wolno, skoro i tak nic innego ująć mnie nie będzie dane; ujęcie, pamiętam fotografię, tamto zdjęcie – zdjęcia! – czerń, biel, jedno, drugie, nawet nie to, że mnie nimi ujęłaś, dość, nie ma cię, wszak słyszę, gdy mówisz: dość, ileż można tak grać, słowem, ujęciem, dość zatem. Tyle że noc, tej nigdy dość, jak gdyby te chmury żwawiej za oknem się przesuwały – chociaż nie, constans, niczego pewnego w tej ciemności, poza nią samą, ciemnieje sama w sobie, jakie więc chmury, że o tym, iż żwawsze, to nawet nie warto deliberować.

Ale oto i pierwsze zapachy, z piekarni, z balkonów – noc w stanie constans – pierwsze świadome mrugnięcia, chociaż z tą świadomością to przecież różnie bywa, o tej porze zwłaszcza, o tej stałej, niezmiennej godzinie, wydłużonej, poza jednostki czasu wykraczającej, dlatego nie przesadzałbym, raz to uczyniłem, pozdrawiam teraz z okopów, barykad, z niezdobytej fortecy pościeli, pozdrawiam ciebie i wypatruję, komiczna mitręga. Tyś ułudą w stanie constans, niczym noc, niczym jej królowa, niedostępna poza litanią, odległa, choć w noc wkomponowana, w nocną pamięć wpleciona – warkocze i komety – najżywszą, rozedrganą, bo nocną; pamięć w ciemnościach i dlatego jest jasne, że wszystko, a zwłaszcza ciebie tamtą, bo innej nie znam, że wszystko ogarnia constans.

Reklamy

Stratyfikuj!

2 października 2017 § Dodaj komentarz

No, może, w końcu; chyba śnisz.

Mimo wszystko nie dokazuj, uspokój się i mnie, wszystkie syderyczne wariacje nieba, z wczorajszym, jakże nocnym na czele; zapach tamtej zupy wciąż jeszcze nie dogasł – stratyfikuj, stratyfikuj! – oglądaj mnie i rozpisuj kolejne historie, choć przecież oboje wiemy, pragniemy, ciągnąc się, za uszy, w czasie, oboje znamy tamtą melodię, rozmierzwione poranki, ciemne, wszak ciemne ciemnością rozmytą i wyblakłą, jak jej, twoja skóra w rachitycznej poświacie, dobiegająca spod drzwi melodia, że pozwolę sobie to podkreślić, z pastelami wdzierającymi się oknami, bez rymów, ale za to ze spokojem, wszystkie – wystarczy jedna – melodie, nieba, ciężkie, lepkie partytury, otóż i uciekające możliwości, bo spojrzysz przecież, zwątpisz, prędzej czy później powiesz, że żal, że szkoda, gorzki smak niespełnienia, łzy trysną na pocieszenie, tyle mogę tobie obiecać, to pewne (zapytasz o perspektywę, o podmiot liryczny – stratyfikuj!), inaczej tego wyobrazić sobie nawet niepodobna, wiesz, ja wiem, doskonale, cóż za zgodność, doskonała wręcz, myślę, że tak właśnie byś powiedziała, odparłem, ulegając pokusie, jej, twój nieodparty urok, pamiętaj o warstwach, pokój, śniadanie, melodia, byle z dala od zgiełku, byle przy dźwiękach przerzucanych stronic, niespiesznie, to na tym w sumie polega, rzeki umykające, mapy nieukończone, zachodzące krainy błogości, kończ i stratyfikuj.

/zdjęcie – Pexels/

Ku słocie

5 września 2017 § Dodaj komentarz

I oto się staje, nadchodzi, znów na naszych oczach, na naszych sercach, zamkniętych, bo to operacja na zamkniętych sercach, moim, twoim, nastaje, znów się rozpycha i ściska. Znów gardło nie wytrzymuje, znów serce ulega, znów zaczęli palić liście; znów łakniesz, najdroższa, tego smutku, najckliwszego, tego smutku, którego się lękasz i pragniesz jednocześnie, taka ambiwalencja w najbardziej jednoznacznej postaci, znów się paradoks wkrada, znowuż poczęli liście palić, ku słocie to wszystko zmierza, ku listopadowi, otóż, tak, słowa się chylą ku listopadowi, już wkrótce, już niedługo, najdroższa, przyjdzie nam wtulić się w siebie, zniknąć w czeluściach błogosławionego listopada.

Niemniej, zaniechasz mnie? Formy ocaleją, skarlałe, pełne boleści, pogmatwane w niejednoznaczności: takie lub inne zakończenie, wybierz, wybieraj, otóż przedsionki, wąskie korytarze; prowadź mnie, dłoń, oto i ona, dłoń, ścieżka, ku słocie, nieprzejednana jesteś w swojej dobroci, nie zaniechasz?

/zdjęcie – Martin U Waltz/

Wariacja z nadzieją na opamiętanie

30 sierpnia 2017 § Dodaj komentarz

Deklaruję sam przed sobą, wszkaże bez wiary w skuteczność tejże deklaracji, że to już ostatni raz; ostatni raz ten temat, a właściwie temat jeden i temat drugi. Nie mogę się powstrzymać; jedyna nadzieja, że za tydzień już będzie po wszystkim.

Na podstawie słynnego obrazu Hoppera, wiadomo na jaką modłę – © Rinaldo Zoontjes.

A jeśli to już?

17 sierpnia 2017 § Dodaj komentarz

Kanikuła lub to, co się ostało, smutek zmierzchu, na zachód w sumie, już.

Z wolna zaczyna się to przeradzać w obsesję.

Edward Hopper, People in the Sun, 1960

Edward Lynch

19 lipca 2017 § Dodaj komentarz

Niesamowite.

Edward Hopper, Stacja benzynowa, 1940

Twin Peaks, epizod 8, sezon 3, 2017, reżyseria David Lynch

Zimno

11 lipca 2017 § 1 komentarz

Zapowiadałem się lepiej, bo w ogóle; teraz już wszystko w innych rękach, osobnych oczach, litaniach rzewnych i pacierzach.

Ja przyjdę, mówi ona, tamta, co do której nie było najmniejszych wątpliwości, jasna postać; zimno, chłodne lato nastało, drżąca dłoń, onieśmielona, sunie pośród niemych pytań: ku biodrom, ku słońcu, które ma nadejść.

Ja przyjdę, mówi, myśli skulone w słowa, słowa ubrane w myśli i tak będziemy milczeć najpełniej, najpiękniej; twarze skryte w dłoniach, policzki muskane żółtym słońcem lipca, który się rozpościera.

/zdjęcie – Jeanloup Sieff/