Renée, moment decydujący

24 kwietnia 2015 § Dodaj komentarz

Kiedy w styczniu 1949 roku – dzień był mroźny, choć lekko przyprószone delikatnym, świeżym śniegiem Pola Elizejskie skąpane były w słońcu – nad szklaneczką wyśmienitego pastisu spotkali się Henri Cartier-Bresson i Jacques Henri Lartigue, ten pierwszy z niejakim przejęciem jął rozwodzić się o koncepcji „decydującego momentu”. Lartigue naturalnie słuchał uważnie, jednakże po upływie jakiegoś kwadransa, gdy Cartier-Bresson umilkł i zaczął bacznie wpatrywać się w niego, jakby oczekując reakcji, poczuł, że wypada coś odpowiedzieć, że teraz jego kolej. Przez chwilę z miną wielce poczciwą tarł podbródek, po czym głęboko westchnąwszy, rzekł:
– Drogi Henri, z całym szacunkiem i zainteresowaniem należącym się pańskiej teorii, o sobie mogę powiedzieć tylko tyle, że w mojej pożal się Boże twórczości wyróżnić potrafię jedynie dwa decydujące momenty. Otóż, pierwszy, to ten, gdym w wieku lat siedmiu otrzymał aparat; drugi z kolei, kiedy spotkałem na swej drodze boską Renée.

renee_perle

/na zdjęciu: Renée Perle; fot.Jacques Henri Lartigue/

Reklamy

Bar w hotelu Czerwiński SDR

23 kwietnia 2015 § Dodaj komentarz

Buchalter, dobrze pod sześćdziesiątkę, były, jak się okazało, buchalter o twarzy bulteriera, do dziś mam żal do siebie o to samo się nasuwające porównanie, otóż były buchalter o twarzy do złudzenia przypominającej pysk bulteriera dosiadł się do mnie przy barze w hotelu Czerwiński SDR – mimo starań nie udało mi się ustalić, co znaczy owo SDR – dosiadł się do mnie, choć jakiejkolwiek zachęty ku temu z mej strony nie było, nie mogło być, co więcej, moja twarz, jak zazwyczaj, wyrażała zapewne dogłębne zniechęcenie, dosiadł się i pił, a trunki dość miękko znikały w jego gardle. Jestem już blisko końca, rzekł buchalter gdzieś tak pomiędzy czerwonym winem a tequilą, wszystko już przeżyłem i powiem tyle, że nie warto marnotrawić czasu, życia nie warto marnować na pogoń za ideałem, za jakimś wyobrażeniem ideału, no przecież, prawda, nie kocha się za coś, ale raczej pomimo wszystko, pomimo słabości i niedoskonałości, buchalter wpatrywał się w rząd butelek wypełniających barowe półki; długo pozostawałem pod wrażeniem tych wszystkich różnorodności, które spożył tej nocy, bez wyraźnych oznak niedyspozycji.

Henri_Cartier_Bresson_230415

/zdjęcie – Henri Cartier-Bresson/

Po nogach ją poznacie

20 kwietnia 2015 § Dodaj komentarz

Siedzieliśmy w tej piwnicy dzień w dzień, można tak powiedzieć, choć sformułowanie to znalazłoby odzwierciedlenie w rzeczywistości jeno w wakacje, gdy upał znacznie doskwierał. Po co żeśmy tam siedzieli? Powiedzmy, że chłód piwnicy przynosił ukojenie.

W zasadzie, poza niedzielami, przechodziła tamtędy, wzdłuż lichego okna naszej sutereny, jak nazywaliśmy tę klitkę, codziennie. Nie widzieliśmy nic prócz koszyka, z którego wystawała zawsze bagietka – o, tak, zapach mąki i zapach chleba, niesione lekkimi podmuchami, docierały do naszych nozdrzy; dalibóg, nie wiedzieliśmy, jak pachną mąka i wypiekany chleb, aleśmy byli o tym przekonani, że, istotnie, to ich właśnie woń; poza tym, naturalnie, widzieliśmy jej nogi. Kostki opięte skórzanymi rzemykami wieńczącymi jej sandały sunęły na wysokości naszych głodnych oczu.

Późno to odkryliśmy, ale w końcu ta wątpliwość musiała zostać wysłowiona. Jak ją poznamy, padło któregoś razu, gdyśmy wyobrazili sobie, że natkniemy się na nią w piekarni. Po nogach ją poznamy, Dakłort jako jedyny zachował przytomność, po nogach.

dane_shitagi

/zdjęcie – Dane Shitagi/

Chmury, do trzeciej grali jazz

16 kwietnia 2015 § Dodaj komentarz

Chmurny opuszczałem klub, do trzeciej grali jazz, a niebo było wówczas ciemne, smętne; do trzeciej grali jazz, nieco wcześniej wróciły wspomnienia, za jej sprawą i trochę też za sprawą muzyki, a grali do trzeciej, dopóki perkusista nie zaczął gubić rytmu; ten słodki smutek, wspomnienia krążyły nade mną, niebo było chmurne, prawdopodobnie perkusista siedział już przy barze i chmurne niebo nie robiło na nim żadnego wrażenia.

DaveBrubeck

/Dave Brubeck, rok 1951, zdjęcie – Bob Willoughby/

Neapol

15 kwietnia 2015 § Dodaj komentarz

Żółtopomarańczowe sady w okolicy Łowicza nieśmiałą poświatą rozrywają mgłę; gdzieś na Kaszubach trwa wilgotny poranek, różowe niebo, pastele, pierwsze i kolejne słowa deszczu, polnymi drogami ku jutrzejszemu słońcu, chodź.

Po polsku oddycham i śnię po polsku, z rzadka odczuwam potrzebę komunikacji, porozumienia ze światem, lecz wówczas – polszczyzna, za jej pomocą, z jej bogactwem; nasiąknięty jestem polskością, chociaż onegdaj lekceważyłem.

Wolę polskie gówno w polu,
Niż fijołki w Neapolu.

To Kazimierz Przerwa-Tetmajer; skądinąd Neapol nie budzi niechęci.

joanna_mamczur

/zdjęcie – Joanna Mamczur/

Oczy panny Montag

14 kwietnia 2015 § Dodaj komentarz

Odnajduję w brulionie zapis z lutego 2011, którego całą treść stanowi wyrwany z kontekstu ustęp z Franza Kafki:

„Oczy panny Montag ustawicznie były skierowane na jego usta. Przywłaszczyła sobie w ten sposób z góry władzę nad tym, co dopiero miał powiedzieć”.

Nie pamiętam, na jaką okoliczność to wynotowałem, a skoro tak, wyrywam śmiało dalej; kontekst zniesie zapewne i większe kaprysy. Odnoszę słowa Kafki do naszych relacji, tych zaprzeszłych i zaprzepaszczonych, ale i tych przyszłych, które wyobrażam sobie, być może, niekiedy nawet jako euforyczne, obecnie zaś przypominające kierat; masz władzę, wynikającą z tych relacji, panno Montag, i przywłaszczyłaś sobie usta.

ian_pettigrew

/zdjęcie – Ian Pettigrew/

J., tragedie

13 kwietnia 2015 § Dodaj komentarz

O siódmej rano przemierzam osiedle w kwietniu; chodniki, asfaltowe ścieżki, pod którymi pulsują wybijające się korzenie starych drzew, a także boiska, wylane jeszcze w poprzednich dekadach, wszystko to, wszystko to znaczone szarością niby-betonu pokryte jest różowymi słońcami, barwnymi kwiatami, ciepłą warstwą kredy, reminiscencjami po słonecznych popołudniach. Teraz, o siódmej rano w kwietniu, teraz pachnie deszczem.

Wciąż widzę Janka, jest kres stycznia któregoś roku minionego – och, wzdycham na marginesie, te lata, ten stale rosnący zbiór. Widzę Janka, kroczy pośród roztopów, brudne resztki śniegu, ścieżka jest wąska; Janek idzie, po bokach śnieg, Janek idzie, w ręku dzierży pordzewiały klucz, wiatr targa krawatem w futbolówki, pod szyją krawat w piłki. Najsampierw, Janku, rozpocznij, coś szepcze, jednak Janek jakoś tak bardziej ku końcowi, ten klucz w sumie nie pasuje, w przeciwieństwie do krawata, duży, zgrabny węzeł pod szyją.

Może panowie, nasamprzód, zechcieliby się przedstawić, bardzo proszę; kurtyna, Jan Serce i Józef Merrick, zapraszamy do środka. Są takie dni, najdroższa, że trzeba, no, nie sposób inaczej, że trzeba myśleć tragediami.

A teraz kwiecień, znów pachnie deszczem, jakieś słońce się rysuje.

Where Am I?

You are currently viewing the archives for Kwiecień, 2015 at Kasprowicz.