Billy Mercer

27 października 2017 § Dodaj komentarz

Bramkarz Huddersfield Town, William Billy Mercer, rok 1925.

Reklamy

Constans

26 października 2017 § Dodaj komentarz

Nocne strzały, we snach, tarcze i schrony; nie zaczerpnąłem oddechu, więc nie przyszłaś, zabrakło cię, ukojenia, świtu na wyciągnięcie ręki, dłoni, zabrakło. Noc oznaczona jako constans, noc permanentna, pozwól, że w tych ciemnościach tak to ujmę, niech mi będzie wolno, skoro i tak nic innego ująć mnie nie będzie dane; ujęcie, pamiętam fotografię, tamto zdjęcie – zdjęcia! – czerń, biel, jedno, drugie, nawet nie to, że mnie nimi ujęłaś, dość, nie ma cię, wszak słyszę, gdy mówisz: dość, ileż można tak grać, słowem, ujęciem, dość zatem. Tyle że noc, tej nigdy dość, jak gdyby te chmury żwawiej za oknem się przesuwały – chociaż nie, constans, niczego pewnego w tej ciemności, poza nią samą, ciemnieje sama w sobie, jakie więc chmury, że o tym, iż żwawsze, to nawet nie warto deliberować.

Ale oto i pierwsze zapachy, z piekarni, z balkonów – noc w stanie constans – pierwsze świadome mrugnięcia, chociaż z tą świadomością to przecież różnie bywa, o tej porze zwłaszcza, o tej stałej, niezmiennej godzinie, wydłużonej, poza jednostki czasu wykraczającej, dlatego nie przesadzałbym, raz to uczyniłem, pozdrawiam teraz z okopów, barykad, z niezdobytej fortecy pościeli, pozdrawiam ciebie i wypatruję, komiczna mitręga. Tyś ułudą w stanie constans, niczym noc, niczym jej królowa, niedostępna poza litanią, odległa, choć w noc wkomponowana, w nocną pamięć wpleciona – warkocze i komety – najżywszą, rozedrganą, bo nocną; pamięć w ciemnościach i dlatego jest jasne, że wszystko, a zwłaszcza ciebie tamtą, bo innej nie znam, że wszystko ogarnia constans.

Stratyfikuj!

2 października 2017 § Dodaj komentarz

No, może, w końcu; chyba śnisz.

Mimo wszystko nie dokazuj, uspokój się i mnie, wszystkie syderyczne wariacje nieba, z wczorajszym, jakże nocnym na czele; zapach tamtej zupy wciąż jeszcze nie dogasł – stratyfikuj, stratyfikuj! – oglądaj mnie i rozpisuj kolejne historie, choć przecież oboje wiemy, pragniemy, ciągnąc się, za uszy, w czasie, oboje znamy tamtą melodię, rozmierzwione poranki, ciemne, wszak ciemne ciemnością rozmytą i wyblakłą, jak jej, twoja skóra w rachitycznej poświacie, dobiegająca spod drzwi melodia, że pozwolę sobie to podkreślić, z pastelami wdzierającymi się oknami, bez rymów, ale za to ze spokojem, wszystkie – wystarczy jedna – melodie, nieba, ciężkie, lepkie partytury, otóż i uciekające możliwości, bo spojrzysz przecież, zwątpisz, prędzej czy później powiesz, że żal, że szkoda, gorzki smak niespełnienia, łzy trysną na pocieszenie, tyle mogę tobie obiecać, to pewne (zapytasz o perspektywę, o podmiot liryczny – stratyfikuj!), inaczej tego wyobrazić sobie nawet niepodobna, wiesz, ja wiem, doskonale, cóż za zgodność, doskonała wręcz, myślę, że tak właśnie byś powiedziała, odparłem, ulegając pokusie, jej, twój nieodparty urok, pamiętaj o warstwach, pokój, śniadanie, melodia, byle z dala od zgiełku, byle przy dźwiękach przerzucanych stronic, niespiesznie, to na tym w sumie polega, rzeki umykające, mapy nieukończone, zachodzące krainy błogości, kończ i stratyfikuj.

/zdjęcie – Pexels/

Where Am I?

You are currently viewing the archives for Październik, 2017 at 3 ucho.