Kwestia spalonego a sąd ostatni

9 czerwca 2014 § 2 komentarze

Proszę wybaczyć podniecenie i radość, które – dość nieoczekiwanie, wyznam, bom myślał, że tego rodzaju napięcie, ekstaza i wzruszenie już poza mną – mnie ogarniają, bo to już przecież, jak to się mówi nieco bezładnie: na dniach; na dniach zatem rusza mundialowe misterium, a predylekcje, wrodzone bądź wyssane skwapliwie wraz z mlekiem matczynym dają o sobie znać, a więc predylekcje te, podobnie jak krew, z wodą niewiele mają wspólnego, czyli niewątpliwe tętnią, buzują, się objawiają cyklicznie, osiągając niekiedy krytyczny poziom, niczym w wieku lat sześciu czy ośmiu; w przypadku predylekcji wiek zresztą nie ma znaczenia. Proszę o wybaczenie zatem, że nieco monotonii się wkrada w spektrum tematyczne, nie po cichu bynajmniej, co to, to nie i bez żalu także, na pewno bez żalu, no bo gdzieżby na żal uchować szczelinę, skorom o radości i ekstazie napomknął przed chwilą.

Naturalnie, w tej podniecie nie brakuje przestrzeni dla refleksji, niuansu, bo o najbardziej ważkich sprawach można i trzeba za pomocą odcieni; i tu niezawodny jest Esterházy, och, poproszę o uwagę i oddam głos Węgrowi: rozpoczęła się jedna z historii mojej mamy, nic nie wzbudzało w niej tyle emocji co piłka, ani ojciec, ani dzieci, ani Pan Bóg, z którym pozostawała w spokojnej, że tak powiem prenitzcheańskiej przyjaźni, wierzyła w Boga, jak spragniony pije wodę, nie zastanawiała się nad nim, nie wątpiła ani nie była wdzięczna, choć może nawet była, ale tak jakoś nieuważnie, łykała wodę wielkimi łykami i z pełną spokoju radością osoby wierzącej rozglądała się, czy drużyna rozpoczęła już rozgrzewkę.

Ilekroć jednak czytam w „Niesztuce”, jak narrator tłumaczy umierającej matce, matce, bez wątpliwości, spoczywającej już na łożu śmierci, otóż tłumaczy jej zasadę spalonego, żeby czasem przed sądem ostatecznym mama nie stanęła nieprzygotowana, to zawsze ogarnia mnie rozczulające wzruszenie – oto prawdziwie metafizyczna pochwała futbolu, za którą wdzięczny jestem, panie Esterházy.

Letni żar zewnętrznej zbrodni

5 czerwca 2014 § 1 komentarz

Nie czytają, grzmi establishment, który czyta; to źle, to niedobrze, establishment, który czyta, ubolewa, nad niefrasobliwością nieczytających umowne ręce załamuje. Ale ktoś jednak czyta, prócz establishmentu śmietanka, światła sama, tak się wydaje, ci, którzy nie są statystyczni, co do łóżka z książką raczej, tak, czytają; przepraszam, nie przepadam za socjologią.

Jaki procent lektury czytających stanowi kryminał skandynawski, że się zapytam i pochylę, bo mnie to w pierwszej kolejności ciekawi, he? Mniemam, śmiem mniemać, że znaczny, no bo i półki, te wirtualne i te drewnopodobne się wyginają, uginają się pod dziełami rozmaitych „…sonów” tudzież innych Larsów i Henningów, a i wykresy sprzedażowe w słuszną są stronę skierowane, słusznie nachylone, podaż z popytem idą pod ramię, zespołowo grają.

Jeśli wniosek stąd płynie jakiś, to ten może, że dla nie-statystycznego bliższa jest zbrodnia w odległym Helsingborgu czy mrocznym Reykjavíku, względnie w dawnym Breslau (jeśli darujemy sobie te skandynawskie konotacje), bliższa, bardziej gorąca i namiętna – chociaż dzisiejszy żar niechybnie zmierza w kierunku „letniości”, jest żarem li tylko nominalnym – acz jest oczywiste, że zarazem bardziej makabryczna i posępna, a więc ta zbrodnia w sumie zewnętrzna jest bliższa, a tym samym ciekawsza, niż zbrodnia wewnętrzna; słowem – trup szwedzki, detektyw z Malmö, zagadki minionego Breslau są bardziej atrakcyjne i warte studiowania, aniżeli retrospekcja singerowskiego meszuge, mały świat Hrabala i upadek Konsula: zaiste, nie słychać o dodruku Lowry’ego.

Rytualne wezwanie; już czas

2 czerwca 2014 § Dodaj komentarz

Ja, grzesznik

Ja wiem, tę knajpę prowadzi kanalia. Cóż jednak począć, jako koneser szukam ino najwykwintniejszych potraw, najszlachetniejszego wina, pochodzącego z najlepszych winnic. Co zrobić, tak już mam: podniebienie nie sługa. I druga sprawa – to jest jak z kobietą, gdy chcesz jej przychylić nieba, a dostajesz w pysk. Bardzo soczyście dostajesz. Co oczywiście nie sprawia, w żadnym razie, że pragniesz jej mniej.

Tak sobie myślę, w rzadkich chwilach refleksji, że niegdysiejsze cierpienia tych wszystkich młodych Werterów, te Izoldy i Tristany, rozmaici Wokulscy i Izabele, to wszystko waga piórkowa, trampkarze młodsi, gdy przyrównamy ich problemy do sytuacji kibica ówczesnego. A mówiąc kibica, myślę o futbolu, dyscyplinie jako żywo wychodzącej ponad wątła formułę sportu, ponad prymitywną koncepcję rywalizacji, dyscyplinę (co ja owijam w bawełnę: filozofię, ideę!) sięgającą kontekstów głębszych i dalszych, niźli na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło.

Otóż futbolem światowym rządzi wyjątkowo nieprzyjemna szajka, na czele której stoi łobuz pierwszej wody, szelma w postaci najczystszej. Dziś obraca fortuną, rozdaje fundusze według własnego uznania, szantażuje suwerenne, zdawałoby się, rządy, funduje nam Mundial w Katarze, jutro na Antarktydzie, pojutrze pewnikiem na Księżycu. I wszystkich ma w dupie.

Naturalnie, wiemy to doskonale, wszakże nic z tego nie wynika. Gorycz wypływająca spod palców stukających w klawiaturę być może u tego czy owego wznieci szybsze bicie serca tudzież sprawi, że gniew uderzy falą gorąca w rozżarzoną już i tak od dłuższego czasu czaszkę. I co, proszę koleżeństwa? Ano – nic. Gdy przyjdzie pora na Euro, Copa czy – zwłaszcza! – Mundial, znów w nerwowym podnieceniu zaczniemy pod nie planować tygodnie, barbarzyńskiemu otoczeniu zaś, wrogo kryjącemu się pod postacią żon, matek, kochanek i potomstwa, nie zdającemu sobie sprawy z wyjątkowości i magii chwili, jak zawsze na próbę wyciągnięcia nas z raju odpowiemy rytualnym: potem!

Zaiste, skazani jesteśmy na miłość tragiczną, miłość pokorną i ustępliwą. Miłość, która wymaga od nas wiele. Kochamy, więc zamknąć musimy oczy i nozdrza na gówno, które oblepia naszą ukochaną, które wulgarnie ją maca. Oczy szeroko zamknięte, czy jakoś tak to się mówi.

Hamlet pytał w dramatycznym rozdarciu, trzymając czaszkę w dłoniach. Ja już nawet nie pytam. Chwytam futbolówkę i z nabożnym szacunkiem składam pocałunek. Jestem grzesznikiem, wiem o tym.

roger_higuita

[Legendarny, fenomenalny napastnik reprezentacji Kamerunu Roger Milla w pojedynku z nie mniej słynnym, szalonym bramkarzem kolumbijskim Rene Higuitą; Kamerun – Kolumbia 2:1, po dogrywce, Mundial’90, 23 czerwca 1990, Neapol; zdjęcie: Eric Renard]

Where Am I?

You are currently viewing the archives for Czerwiec, 2014 at Kasprowicz.