Focus, grymas, Kopciuszek

28 Maj 2014 § Dodaj komentarz

Pośród wad rozlicznych mam i tę, że łacno akceptuję łamanie obietnic, zaś pogodzenie się z niedotrzymaniem tych, które składam sam przed sobą, przychodzi wręcz dobrotliwie; więc łamię, bez żalu może, bowiem zamierzałem tematyki oscylującej wokół sportu zaniechać, bo i nazbyt emocjonalnie człek czasem do tego podchodzi, że aż, za przeproszeniem, nie wypada, łamać w sumie także nie wypada, kto by się jednak nad takim łamaniem na dłuższą metę rozwodził, więc choć nie wypada, łamię.

Trochę to sobie musiało odleżeć, nie ma co zaprzeczać, poleżało, i żal jakby z każdym dniem mija, mimo wszystko, a może i nie.

Otóż gdy gra Barcelona z Realem, to rzecz dość obojętna, takie starcie napuszonych, nadętych milionami bufonów, nie mylić proszę w żadnym razie z Gianluigi Buffonem, obślizgłych niczym fryzura redaktora Lisa, która w zestawieniu z wypowiadanym przezeń dość często okrutnym słowem sfokusować sprawia, że żyć się odechciewa, zatem może nie tyle obojętne to starcie, co odpychające, niczym kult tych drużyn (proszę pamiętać o fryzurze redaktora), na porządku dziennym dający się zaobserwować.

Co innego jednak, gdy Kopciuszek – choć mocno to naciągana paralela, bowiem ani nazbyt brudny, ani roboty z tym przebieraniem aż tyle nie miał, ten Kopciuszek Rojiblancos – już był w ogródku, już witał się z gąską, już utonąć miał w objęciach księcia, na tym balu, gdzie nie brano pod uwagę tej obecności, żywej i pulsującej obecności, niepokonanej aż do finału obecności, de facto – też naciągane – regulaminowo w dziewięćdziesięciu minutach niepokonanej, jako jedynej niepokonanej, i dwie ledwie minuty Kopciuszka dzieliły od tytułu, od ekstazy, od żyli długo i szczęśliwie, od przejścia do historii – Historii! – dwie (sic!) minuty, ale zegar jął nieubłaganie tę północ wybijać, Kopciuszek się zagapił na moment, zgubił koncentrację, a gdy przyszło rzecz rozstrzygać ponad czasem przewidzianym w regulaminie, czyli po północy, dnia, można to tak ująć, następnego, pierwsze krzywe spojrzenie, pierwsza uwaga o rozmytym tuszu, o pudrze na policzku, że coś z nim nie tak, pierwsza tego typu uwaga i Kopciuszek się rozpłakał, poplątał, kompletnie zagubił, nie musiał nawet uciekać, już było po wszystkim, skądinąd po wszystkim dla wszystkich od tej chwili widoczne i oczywiste, nieubłagane po wszystkim.

Żal zatem, bo nie był gorszy ten nasz Kopciuszek, dopóki nie myślał o perspektywie zegara, dopóki krew krążyła szybko, dopóki książę się uśmiechał. Rywal nie imponował przesadnie, mimo uzurpacji królowania, rywal drażnił, irytował, zwłaszcza wymuskany chłoptaś z siódemką na plecach irytował, gdy twarz wykrzywiał w okropnym grymasie, okropnym, powtórzmy, grymasie, acz fryzura jego nie drżała, choć intensywna okropność grymasu mogłaby na to wskazywać, ale żel ją chronił, dobry, markowy żel i pozostała fryzura niezachwiana, constans, tak jest.

Constans, tak jest; mogła być metafizyka i wzruszenie, dwóch minut zabrakło do lśnienia, do metafizycznej euforii, mogło tak być w istocie, lecz wyszło jak zawsze, w rzeczy samej: żal i constans, co na jedno chyba wychodzi.

Cisza

21 Maj 2014 § Dodaj komentarz

Cisza w Dolinie Ciszy; tak, jest cisza, widać ją.

Jakby dzwonem były całe niebiosa –
A uchem tylko – istnienie –
Zaś cisza i ja – samotnym –
Rozbitym – obcym plemieniem –

Emily Dickinson, 280, fragment

Valley of Silence

[zdjęcie: Pete McBride]

Niewyczerpana symfonia

20 Maj 2014 § Dodaj komentarz

Brzmi sobie, brzmi sobie i mnie permanentnie wygasająca symfonia zachodu; zresztą, brzmiała chyba zawsze, nie słyszałem, nie słyszeliśmy, może podświadomie te dźwięki były odrzucane, nie docierały, bo to i stopery przecież, welony i maski, karnawał codzienności, zwłaszcza ten karnawał, co ogarnia wszystko.

Poranny papieros nie smakuje jak dawniej, zresztą, ten wieczorny także rozczarowuje oraz wszystkie inne, pozostałe, pomiędzy nimi, rozpostarte pomiędzy tym porannym a tamtym wieczornym, niczym pranie na sznurze, umocowanym pomiędzy tamtym, spójrz tylko, kwitnącym bzem kwietniowym a uschłym świerkiem października, już wcześniej, w suchym sierpniu umordowanym; i wisi tam, na tym sznurze, na tym sznurze pomiędzy lilakiem a sfatygowanym świerkiem, wisi, faluje na lekkim wietrze maja damska bielizna, niczym złota moneta w trawie lśni, dalej kąpielówki i szlafrok, jakieś ręczniki, koszule, wreszcie ciemny garnitur do trumny, ten chyba wietrzy się jeno.

I brzmi teraz symfonia, wybrzmiewa, niewyczerpana, tego się nie spodziewałem, bo niczego się nie spodziewałem; brzmi, aż połknie mnie w końcu i nadal brzmieć będzie, powinienem się tego spodziewać.

Instant

9 Maj 2014 § 2 komentarze

Jakie to czasy, ja nie wiem – podłe, być może; nowe, wspaniałe, też dałoby się to wybronić. Ja nie wiem, chociaż odczuwam w sposób niemożliwy do zwerbalizowania czas, upływ i zmianę, pewne emocjonalne wycofanie, wzrost sprzedaży tarcz, odzieży ochronnej i kasków, jako i pancerzy na serce; zbrodnia i namiętność są mniej ostre, wyblakłe, rozpuszczalne, instant, trzecia półka, drugi regał.

Ja nie wiem.

sieff38

[zdjęcie: Jeanloup Sieff]

Cykliczne to i owo, właściwie żółte to

5 Maj 2014 § Dodaj komentarz

Żółty jest maj, rok w rok się łapię na tym zadziwieniu, można powiedzieć – na tym spodziewanym zadziwieniu, niemniej, sygnalizując cykliczne zadziwienie, poprzestanę na tym, bo już gdzieś wspominałem mniej więcej w tym duchu, o tym maju, o tym żółtym odcieniu; widocznie jednak tak to już jest, że, nawet w maju, na początku maja, to i owo trzeba, chce się, powtórzyć, podkreślić się chce.

dom_w_arles

Dom Vincenta w Arles (Żółty Dom) van Gogha; żółty na pewno, choć z września.

Where Am I?

You are currently viewing the archives for Maj, 2014 at Kasprowicz.