Sklepy w grudniu, tak

21 grudnia 2016 § Dodaj komentarz

„W sobotnie popołudnia wychodziłem z matką na spacer. Z półmroku sieni wstępowało się od razu w słoneczną kąpiel dnia. Przechodnie, brodząc w złocie, mieli oczy zmrużone od żaru, jakby zalepione miodem, a podciągnięta górna warga odsłaniała im dziąsła i zęby. I wszyscy brodzący w tym dniu złocistym mieli ów grymas skwaru, jak gdyby słońce nałożyło swym wyznawcom jedną i tę samą maskę – złotą maskę bractwa słonecznego; i wszyscy, którzy szli dziś ulicami, spotykali się, mijali, starcy i młodzi, dzieci i kobiety, pozdrawiali się w przejściu tą maską, namalowaną grubą, złotą farbą na twarzy, szczerzyli do siebie ten grymas bakchiczny – barbarzyńską maskę kultu pogańskiego.”

Bruno Schulz, Sklepy cynamonowe, Sierpień

zmierzch

/ilustracja: Schulz, Zmierzch, ok. 1934, oryginał zagubiony, fotokopia w prywatnej kolekcji/

Reklamy

Zapiski z pełni grudnia

13 grudnia 2016 § Dodaj komentarz

Przy stole siedząc jadłem zupę pomidorową czytając przy tym wiersze
Świetlicki Rymkiewicz na przemian można powiedzieć makaron jak wstążki
Kropla zupy spływa z wargi na brodę sunie odrywa się dając wiersza zalążki
Dresówki jak nieba błękit ślad pomidorówki to słońce najczerwieńsze

Żony w telewizorze w poświacie i w lokach Magdy Gessler guacamole
Córki w blasku wstążki we włosach i zupie z okazji trzecich urodzin aplikacja
Synowie uroczo strzelają do Hansa Jürgena być może dzień zwieńczy kolacja
Między poetów wkrada się Espanyol kontra zupa wciąż nie padły gole

Jesteś jednak najdroższa ślizgam się po tobie pomiędzy tobą te baśnie
Z jednej w kolejną poezję wiersz krople zupy deszczu za oknem byłaś była
Gdziekolwiek w baśni słowach oddechach delikatnie tak dotykiem karmiła
Jak świat się karmi zupą mną kroplą dreszczem – twój obraz nie zaśnie

Mimo wszystko symbolizują tamte powroty roleta wanna trumna sauna
Gładka jak jedwab na szyi kochanki kredowa kartka ze strofą słychać cykadę
Cisza mówi życie wciąż kręgli mamy do strącenia niemało zaś na promenadę
Autokar zagłuszył owada fortepian Petruccianiego kaleki i brzmi trauma

Cisza, godziny

8 grudnia 2016 § Dodaj komentarz

Myślałem kiedyś, że zatrzymam czas; gdyby nie fakt, że jest cicho, okrutnie cicho, należałoby stwierdzić, że zapadło milczenie.

Chociaż tamte godziny, kiedy skrywam twarz w dłoniach, kiedy świadomość kresu dni kolorowych jest nadzwyczaj wyraźna, tamte godziny, w których obawę masz wpisaną w ciemności, choćbyś całe życie zajmował się Cervantesem bądź Lovecraftem, tamte godziny zdają się rozciągać w nieskończoność, jako i ciemności wokół, znikąd pomocy, dłoń poszukuje klamki (wyjście z mroku), dłoń sunie ku poduszce, jest zimna, wyje brakiem, tętni nierealnym wspomnieniem miękkich włosów, roztacza zapach potencjalnej obecności, otóż, tak, w istocie rzecz sprowadza się do potencji, do wszystkich straconych szans, które w tych godzinach, mimo tej ciemności, które wówczas widzę najjaśniej.

Milczenie zapada się w ciemność, miękko, realnie, głęboka fraternizacja z nieobecnością, poduszki jak gwiazdy, zimne i odległe, czarny prostokąt okna, myślę, że coś jest na zewnątrz, czas we mnie ani drgnie, te godziny, czas się w nich zatrzymał, lecz one płyną nieustannie, te godziny, tamten mrok, Cervantes i mięta, jutro, już jutro, obiecuję, jutro będę dorosły.

mirror1947

/zdjęcie – Erwin Blumenfeld/

Wszystkie liczby jesieni

1 grudnia 2016 § Dodaj komentarz

Po śniegu, pośniegowe błoto, grudzień jesień klamrą dopina, tę jedną i jedna wystarczy przecież, jako i siedem odsłon cyklu, który był nie wypalił, co bez bólu – acz z niejakim wstydem – wyznaję; nie jest to oczywiste, lecz, snadź, regularność mi nie jest pisana: po jedynce cztery, potem dwanaście, szesnaście, piętnaście, nie wiem, na ile to się jeszcze potoczy, liczby pierwsze i ostatnie, liczby rzucone, rozrzucone, jak jesień na trzy lub więcej, nie wiem, teraz już mogę nie wiedzieć, tak, zatem jakoś się potoczy, musi, w którąś stronę musi przeca, siedemdziesiąt ileś, jeden, dziewięć i dalej, do przodu, zakamuflowany miesiąc.

Jadę ciemnym porankiem, jadę tam, gdzie wcale nie chcę, jadę i was mijam, was, domy wasze i okna; mijam i widzę: parzycie kawę, rozbijacie jajka, niezdarne pocałunki w obłokach snu, nie wiecie o mnie, nie widzicie.

A teraz, grudzień, a teraz – jeden, dziewięć, trzy i siedem, spacer i zoo, no chodź, jeden uśmiech cię nie zbawi; zróbmy tak, że z tej fotografii uczynimy najtwardszy rdzeń grudnia, zimy, dwa, zero, jeden, sześć, i tak dalej.

zoo_londyn_1937

Where Am I?

You are currently viewing the archives for Grudzień, 2016 at Kasprowicz.