Epitafium dla Nawilczyńskiego

13 stycznia 2018 § Dodaj komentarz

Jest w moim życiu kilka stałych punktów; na przykład palenie: rano, pierwsze i wieczorem – niekiedy w towarzystwie zachodzącego słońca, innym razem w ciemnościach, rozdartych jedynie mętną poświatą osiedlowych latarni, które uchowały się jeszcze gdzieniegdzie pośród wszechogarniającej szarości betonowych labiryntów, pośród tych zewsząd wyrastających bloków – ostatnie. Te dwa codzienne papierosy to efekt nie tyle mojej słabości, jak, słusznie skądinąd, ta i ów mogliby przypuszczać, ile mojej siły, jak to sobie tłumaczę – do tych dwóch zdołałem się ograniczyć, do dwóch tylko udało mi się zbić dwucyfrowe liczby.

Ale ja nie o mnie przecież mam mówić. Ten balkon i to palenie do tego jedynie są mi potrzebne, że mogę wspomnieć i rozpocząć w ten sposób, że zdarzało się, gdy podczas tych moich rytualnych, porannych bądź wieczornych nikotynowych posiedzeń, otóż bywało, gdy na osiedlowy skwer, na który rozpościera się widok z mojego balkonu wbiegała krokiem równym, miarowym, powiedziałbym – lekkim i sprężystym, otóż zdarzało się, że wbiegała pewna postać – wbiegał Nawilczyński.

***

Nawilczyński, lat sześćdziesiąt z niewielkim haczykiem, persona dość na naszym osiedlu znana, wieloletni pracownik naukowy tutejszej politechniki, Zakład Chemii Organicznej, no i oczywiście – maratończyk. Liczne prace naukowe, powszechny szacunek i, co wydaje się nie mniej ważne, także ogólna sympatia pośród studentów.

Właśnie mam zadebiutować na łamach „Dziennika Lokalnego” i tą drogą, poprzez Politechnikę, udaje mi się skontaktować z Nawilczyńskim; udaje mi się dubeltowo, bo nie odmawia mojej prośbie i zgadza się na spotkanie, chociaż nie kamufluję niczego i mówię wprost, że chciałbym napisać reportaż, w którym w roli jednej z wiodących postaci ilustrujących temat widzę właśnie jego.

***

Siedzę naprzeciw Nawilczyńskiego w „Tamtej czarnej”; wyznam, że trochę drżą mi dłonie, kiedy unoszę do ust filiżankę z kawą. Raz, że debiut, dwa – jest coś w tej postaci, tej jakby pomnikowej sylwetce, jest coś – właśnie – monumentalnego, co sprawia, że czuję się w zasadzie zagubiony, tak, inne określenie nie odda tego trafniej. Sześć dekad na karku, lecz twarz młoda, mimo nawet dominującej już przecież siwizny, która zadomowiła się zarówno we włosach, zgrabnymi falami spływającymi z czoła i na kark, jak i w gęstej, choć krótko przyciętej brodzie. O, nie, nigdy w życiu nie dałbym mu sześćdziesiątki. Oczy są żywe, świdrują, pamiętam, że to właśnie sformułowanie przychodzi mi wówczas na myśli i postanawiam, że tak to właśnie przedstawię. Miesza łyżeczką w swojej filiżance, choć – wydaje mi się, że bym to zauważył – przecież nie słodził, lecz nieustannie się we mnie wpatruje, czeka, wyczekuje, tak to odbieram rozedrganymi zmysłami debiutanta i z lękiem nabieram przeświadczenia o mojej nieuniknionej kompromitacji.

***

– Z pełnym przekonaniem to mówię, czas nie ma specjalnego znaczenia – oświadcza Nawilczyński, gdy w końcu udaje mi się przezwyciężyć onieśmielenie i pytam go o jego bieganie. – Pytasz o maratony, ten majowy był moim dwudziestym dziewiątym, chociaż ja raczej starannie selekcjonowałem starty, no, w każdym razie, mógłbym ich zaliczyć więcej, tak myślę. Ale właśnie, nie chciałem ich zaliczać, tylko uczciwie przebiec. Czas, no rozumiem, że to jakaś wymierna wartość, jak wspominałem tobie jednak – ja większej wagi do niego nie przywiązuję, dlatego wyznam jedynie, że byłem blisko zbicia trzech godzin. Wolę te chwile, kiedy wcześnie rano albo, dla odmiany, późnym wieczorem, sam, niezauważony, przebiegam osiedle i dalej, wzdłuż torów, ku Gajom Pałęckim, o, wtedy najlepiej się czuję.

Myślę wtedy, że nie jest taki znów, jak to powiedział – „niezauważony”. Widzę go przecież czasem z mojego balkonu.

***

– Widzi pan, to jest swego rodzaju fenomen, zawodnik bardzo uniwersalny – opowiada Jerzy Bawłąs, właściciel ulokowanego na obrzeżach naszej dzielnicy Centrum Tenisowego CT, trener i przede wszystkim – z mojego punktu widzenia – bliski znajomy Nawilczyńskiego. – Wybitnie uzdolniony biegowo, ponadto świetny pływak, w młodości, o ile mnie pamięć nie zawodzi, ocierał się nawet o podium w ogólnopolskich zawodach, z predyspozycjami zwłaszcza do stylu grzbietowego. I o najbliższym mi tenisie też muszę wspomnieć – naprawdę porządny poziom, jak na osobę, która nigdy do tej dyscypliny nie podeszła bardziej niż tylko rekreacyjnie, to muszę oznajmić, że prezentuje w tej chwili poziom więcej niż przyzwoity. No i kapitalny człowiek.

Od tej obserwacji zaczyna też doktor Aleksander Jagodziński, współpracownik z Politechniki, który z Nawilczyńskim wiele lat dzieli pokój na tej uczelni:

– Świetny człowiek, nie zdarzyło się, żeby odmówił pomocy, wsparcia. Nie słyszałem też o jakimkolwiek konflikcie z którymś z pracowników naukowych albo jakimś zatargu ze studentami. No i – jeśli wolno mi tak powiedzieć – prawdziwy oryginał, oczywiście w możliwie najbardziej pozytywnym tego słowa znaczeniu. Podczas gdy gros z nas, w dzisiejszych czasach, wybiera wakacje w luksusowym hotelu nad błękitnym basenem, Nawilczyński jeździ rowerem po Polsce, obwieszony sakwami, z namiotem. Bardzo fajny gość.

***

Tygodniowo nabiegane około siedemdziesięciu kilometrów, każdy weekend – co najmniej dwie godziny pływania, no i dla frajdy tenis, plus ten rower – nie tylko w tym wakacyjnym wymiarze – oto ponad sześćdziesięcioletni Nawilczyński, który nie tylko z powodu tych osiągnięć, wieku, ale może zwłaszcza dlatego, że siedzi teraz naprzeciw mnie i opowiada o swoich początkach biegowych onieśmiela mnie w pewien sposób.

– Jak to bywa zazwyczaj, zaczęło się od przypadku. W liceum chcieli wystawić sztafetę na zawody wojewódzkie, szukali czwartego do drużyny no i nauczyciel oszacował, że ja się nadam, chociaż sam wówczas o bieganiu nie myślałem, a sport utożsamiałem tylko i wyłącznie z piłką nożną – uśmiecha się mój rozmówca. – Wyszło na to, że wypadłem nieźle, nieskromnie powiem – najlepiej z naszej sztafety, trener wuefista wziął mnie potem na bok, przekonywał, że mam niejakie uzdolnienie do biegania, no i że coś z tym można by zrobić. Nie powiem, spodobało mi się, z czasem okazało się, że najlepiej radzę sobie na dłuższych dystansach i tak zostało do dziś. Chociaż, jak widzisz, jeszcze bardziej wciągnęła mnie chemia, poszedłem w naukę, no a ten sport to tylko tak na boku, jak to się mówi, aczkolwiek z boku, nie z boku, ale przez całe życie mi towarzyszy. Bo tak naprawdę, jeśli byś spytał, po co ja to robię, to powiedziałbym, że dla przyjemności, dla zdrowia. Bo sport to zdrowie, w myśl tego popularnego stwierdzenia, z którym ja się zgadzam. Otóż tak, sport to zdrowie, aż do śmierci – podsumowuje Nawilczyński, po czym proponuje jeszcze jedną małą kawę.

***

Doktora Jagodzińskiego po raz drugi spotykam, na inną już okoliczność, a wręcz, trzeba powiedzieć – przez przypadek, jakieś dwa tygodnie po naszej pierwszej rozmowie.

– Pan słyszał, oczywiście, o Nawilczyńskim?

Ponieważ nie mam najmniejszych podejrzeń, ni krzty jakiegoś przeczucia, zupełnie nie wiem, co powinienem odpowiedzieć, kompletnie nie rozumiem, co ma na myśli Jagodziński.

– Nawilczyński nie żyje, naprawdę nic pan nie słyszał? W ubiegły czwartek znalazła go siostra, przyjechała do niego zaniepokojona faktem, że nie odbiera telefonu, miała zapasowy komplet kluczy. Siedział, jakoś tak nieludzko skulony, na schodach prowadzących na piętro jego willi, podobno serce nie wytrzymało.

***

– Proszę pana, w głębi duszy jestem przekonany, że żaden lekarz, a na pewno przynajmniej żaden spośród tych lekarzy, których znam osobiście, nie podpisze się oficjalnie pod tezą, jakoby sport oznaczał zdrowie – mówi mi doktor Mariusz Hałas ze Specjalistycznego Centrum Ortopedii. – Wystarczy spojrzeć na losy zawodowych sportowców, na to wszystko, co spotyka ich już po zakończeniu tak zwanej wyczynowej kariery. Bieganie? Jakie bieganie, proszę pana! Żaden lekarz, który pragnie uczciwie wyłożyć karty na stół przed pacjentem, nie zaleci biegania dla tak zwanego zdrowia. Co najwyżej spacery, marsze – o, to zupełnie inna sprawa, te czynności są znacznie bliższe specyfice, naturalnej aktywności człowieka. Ale, na Boga, nie bieganie!

***

Odwiedzam grób Nawilczyńskiego na cmentarzu w starej dzielnicy. Szybko postawili nagrobek; prócz zdjęcia, na którym widnieje zasępiona twarz starego chemika, znajduję tam też ni to motto, ni to epitafium, cytat z Christophera McDougall’a: Kiedy biegniesz po ziemi i biegniesz razem z ziemią, możesz biec bez końca.

***

Wieczorem, gdy czerwony zmierzch wieńczy kolejny dzień tej smutnej jesieni, znów wychodzę na balkon.

/wrzesień 2017/

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

What’s this?

You are currently reading Epitafium dla Nawilczyńskiego at 3 ucho.

meta

%d blogerów lubi to: