Udręka jak ptak niebieski

21 września 2016 § Dodaj komentarz

Zmagam się z jesienią, nieokiełznane, rozpoznane symptomy, namiastki zmierzchu, zmagam się z udręką pytań, pamiętasz. Pamiętasz przecież, że był taki czas, że pytałaś, że pokładałaś zaufanie, licząc, że znam jakieś rozwiązania, że znam niektóre odpowiedzi; otóż był taki czas, a teraz tkwię w objęciach kwantyfikatorów, sina jest twarz jesieni, rodząca się pośród zmierzchu, upływu i czasu, rodząca się a już zmęczona, wyciąga ręce, objęcia niczym kleszcze.

Niebo nabiera sinej dominanty, później czerwonych odcieni, skąpane myśli grzęzną w udręce. Tak ładnie to odmalował, powiedziała, tamten czas, gdy erzac uchodził za udrękę, naprawdę pięknie, nie bez znaczenia jest sentyment, wymalowany twój pokój, kuchnia, puszki pełne przypraw i zapach mielonej codziennie kawy, matka, tak, widzę to, jakby nic nie umknęło, matka krząta się wokół stołu, rozkłada chleb, talerze, ale kawy to bym się napiła, powiedziałaś. Oczywiście, krygujesz się, oczywiście, to piękne, lecz mnie to nie dotyczy, przynajmniej nie do końca, trochę o to zahaczam, co prawda, ale to nie o mnie w istocie, to nie o mnie, chociaż czas był mój, jeden, dziewięć, dziewięć i w górę, we wrześniu nowe rozdziały, miasto w słońcu, ulice w deszczu, ja z tobą i z parasolką chodziłam, psy w końcu zaczęły nas poznawać, trasa ta sama, od poniedziałku do piątku, budził mnie zapach jesieni, zapach pożółkłych modrzewi, mówiła.

We śnie szukałem matki, już to na łące ją widziałem, sukienka w kwiaty, już to wyglądała przez okno swojej sypialni, kiedym skrzypiał furtką, szukałem matki u fryzjerki w Alejach, w pasmanterii, szukałem jej w ośrodku wczasowym, podówczas akurat to mnie ona szukała, gdym zaszył się za wypożyczalnią kajaków, wreszcie ujrzałem jej lico w lustrze, wciąż śniąc, jak przypuszczam, jej piękną twarz dostrzegłem, czarne włosy w niejakim nieładzie, i spinka z niebieskim ptakiem w nie wpięta; matka delikatnym, dyskretnym ruchem zaczesuje uciekające kosmyki, ptak upada pod jej stopy.

Zmagam się z udręką nadchodzącego zmierzchu, z niebem o barwie denaturatu. Zmagam się z własną pamięcią, nie mogę uciec, zmienić niczego; dokądkolwiek nie pójdę, wszędzie siebie ze sobą zabiorę.

Póki co preludium, uwertura do nieuniknionego. Póki co jeszcze przed osiemnastą nie rozświetlają się tysiące okien korporacyjnych budynków, póki co dziewczyny wciąż dzielnie pedałują, prężą uda, łydki, na swoich rowerach z koszykami przecinają parki i ścieżki wzdłuż arterii.

bog_dziwor22

/fot. Bogdan Dziworski/

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

What’s this?

You are currently reading Udręka jak ptak niebieski at Kasprowicz.

meta

%d blogerów lubi to: