Ćma pod Paryżem

26 lipca 2016 § Dodaj komentarz

To najgorszy turniej od lat, najbardziej nudny finał dużej imprezy, jaki pamiętamy. Defensywa, panie, obrona, te dogrywki, karne i mało goli. Nie inaczej, nie inaczej; pocieszające jedynie, że szybko o tym zapomnimy. Ot, było, odbyło się, odhaczone; takie głosy słyszę, takie głosy mnie nawiedzają, tak konstatują te głosy.

Otóż: albom na inny finał zerkał (że i cały turniej dałoby się obronić, to inna sprawa, niemniej, za gruba dla mnie – to rzecz na większą rozprawę), albom inne głosy do siebie dopuścił. Tertium non datur, trzeciej możliwości, trzeciej drogi nie ma. Inne głosy się odzywają we mnie, zapewne to kwestia z wiekiem coraz śmielej sobie poczynającej nostalgii, sentymentalnych pokładów w każdym obecnych, różnie jednak, ze zmienną siłą rozedrganych u tego czy u owej, od wielu czynników to zależy, wiek i wrażliwość najpewniej nie są tu osamotnione, acz nie można wykluczyć, że odgrywają rolę decydującą. O, choćby taka okoliczność, że francuskie EURO to prawdopodobnie ostatni turniej, podczas którego na boisku uświadczyć mogłem piłkarzy, których rok urodzenia oscylował jeszcze wokół mojego. Coś się niebezpiecznie kończy, czas nieubłaganie upływa, choć nigdy, jestem o tym przekonany, choć czas się nigdy nie gubi i nie znika.

Zaistniało piękno w tym finale, stały się rzeczy niesłychane, pamięć ich będzie bronić, trzymać je, przywoływać, stały się rzeczy piękne, niesamowity to był i – wybaczcie nadmiar i egzaltację – piękny, tak, piękny to był finał, inaczej nie sposób mi go określić. Oto gospodarz i faworyt, z prawdopodobnym królem strzelców w składzie, gospodarz, który pogonił Niemców, oto naprzeciw niego drużyna, która wyszła z grupy bez wygranej, z trzeciego miejsca, niemalże prześlizgująca się przez kolejne rundy, z jednym tylko zwycięstwem w tak zwanym regulaminowym czasie gry, to są rzeczy niesłychane, możliwe jedynie w tej dyscyplinie.

A inne jeszcze głosy, w stosunku do których moje również pozostają w opozycji, one obwieszczają Urbi et Orbi, że Francja kulturą gry przewyższała rywala o co najmniej dwie klasy, jakby to jakoś można było zmierzyć, klasę i kulturę zarazem; ja uważam, że od początku, a już na pewno od momentu opuszczenia boiska przez Ronaldo – uważam, że lepiej grała Portugalia.

O, właśnie – Ronaldo. Zdradzę, że nigdy nie byłem jego specjalnym miłośnikiem, co tam specjalnym, w ogóle jego miłośnikiem nie byłem. Niemniej – nie przypuszczałbym ongiś, że dane mi będzie czynić tego rodzaju wyznanie – gdy cisnął opaską, usiadł, zrezygnowany i łzy mu poczęły do oczu podchodzić, tak, wówczas i mnie coś w gardle ścisnęło i autentycznie żal mi go było. Ten wyciosany z kamienia gladiator i kontrastująca z całym dotychczasowym doświadczeniem bezradność, która emanowała z niego, jednocześnie jakby wbrew niemu, ale, owszem, to była bezradność; ten cyborg, jak określa go wielu, ten cyborg z zazwyczaj wykrzywioną w jakichś dziwnych, pretensjonalnych grymasach twarzą, która teraz przybrała prawdziwie ludzkie oblicze. I z tą twarzą skrytą za dłonią, znoszony z murawy portugalski piłkarz w finale Mistrzostw Europy, a z trybun podparyskiego kolosa w miejsce wcześniejszych gwizdów płynąć zaczynają oklaski; na twarzy skrytej za dłonią wciąż płyną łzy. Ten obraz na długo zapamiętam, jako i drugi, wcześniejszy: Ronaldo już wie, że nie dotrwa, nie przetrwa chociażby pierwszych czterdziestu pięciu minut, to jest nieuniknione, niczym fatum, i wówczas gdzieś na czoło, gdzieś nad brwią, na powiekę może, siada mu ćma; to jest jakiś symbol, chociaż, dalibóg, nie wiem jeszcze, jaki. Potem Ronaldo wraca na ławkę i w doliczonym czasie wpada w jakąś ekstazę, skacze, pokrzykuje i szarpie Santosa, w zasadzie dominuje nad portugalskim selekcjonerem. A ten mi zaimponował, tak że zmieniłem moją skromną o nim opinię: miałem go dotąd za sympatycznego safandułę, ot, jednego z wielu, gdzieś w drugim, trzecim szeregu przeze mnie sytuowanego. Tymczasem – podkreślę, bo się mu należy – Santos mi zaimponował, z fenomenalnym wyczuciem, ze zjawiskowym spokojem reagował na boiskowe wydarzenia i nawet to ujęcie, gdy siedzi gdzieś tam na ławce, ze zwieszoną głową, podtrzymywaną dłonią, nawet wówczas wyglądało to raczej na ufną modlitwę niźli rozpacz, tak myślę.

Ten finał jest niczym baśń. Na murawie melduje się Eder, zawodnik obśmiewany, wyszydzany we własnym kraju, z drugiej z kolei strony dla wielu – zbadałem rzecz – do 10 lipca niemalże anonimowy; melduje się i gra fantastycznie, w końcu przeprowadza akcję, która, jak się okaże wkrótce, będzie rozstrzygająca. Eder, nawet nie najbardziej znany Eder na tym turnieju, Eder niczym jakiś Kopciuszek (mówiłem, że to jak baśń), jako Kopciuszek pośród tych wszystkich Griezmannów, tych Pogbów i – zwłaszcza! – atletycznych Sissoków, gdzie winien być zagubiony, gdzie winien podjąć walkę co najwyżej na miarę Don Kichota, niech mi będzie wybaczone to skojarzenie, które po pierwszych spojrzeniach na mnie spłynęło. Otóż, cokolwiek będzie dalej, czy, co zapewne bardziej prawdopodobne, czegokolwiek nie będzie, zapamiętam Edera i wspomnę, nie mam wątpliwości, czas się nigdy nie gubi. Wspomnę też Rui Patricio, co do którego umiejętności – jakby to ująć, w miarę łagodnie? – byłem do tej pory sceptyczny, a tutaj, proszę, rozegrał być może mecz życia, kapitalna gra, proszę nie przeczyć. I nie żałuję, że dane mi było, po trzykroć co najmniej, opinię swą przewartościować, bo drżenie serca też swój w tym udział miało.

I gdzieżby tam mnie, niegodnemu, mierzyć się ze słowami legendarnego trenera, Kazimierza Górskiego, którego nadzwyczaj szanuję i który rzekł był onegdaj, że futbol to prosta gra i filozofia jest tu zbyteczna. Szacunek to jedno, szacunek – ważna rzecz, nie sprawi on jednak, że wyrzeknę się swojego zdania, mianowicie: futbol to nie jest prosta gra i filozofia jest potrzebna, na wzór człowieka zresztą, który też bywa skomplikowany i niektóre istoty ludzkie łakną filozofii. Futbol to nie jest prosta gra, co przecież potwierdza niedzielny finał. Nie zgadzaj się ze mną, Czytelniku, lecz uwierz mi, że ja w to wierzę.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

What’s this?

You are currently reading Ćma pod Paryżem at Kasprowicz.

meta

%d blogerów lubi to: