Zapach perfum, zupy ogórkowej i śmierci

8 października 2014 § 1 komentarz

Wychodzę, dzień w dzień, o siódmej rano; zlewa się wtorek z piątkiem, czwartek nachodzi na minioną środę, nawet niewiele znaczy uderzenie soboty. Dziwny jest ten październik, gdzieś zatracił swój charakter i niepokojąco przypomina wczesny kwiecień; dalibóg, nie mam pojęcia, nie pamiętam, jak skrzeczą rano ptaki, czeredy ptaków, skryte gdzieś po krzakach, po drzewach, jak skrzeczą ptaki w kwietniowe poranki, ale te dni, nie wiedzieć czemu, niosą myśl o ptakach świergocących o siódmej rano na początku kwietnia i jeszcze te żółte liście na nienazwanych krzewach, jako żywo, niczym żółte forsycje, choć nie wiem, czy one w kwietniu kwitną – a wszystko to, jednak wszystko to w pierwszej dekadzie października.

O siódmej rano jestem na zewnątrz; to w sumie zaskakujące, ile o tej porze mija mnie dziewcząt, ja je mijam – naturalnie, mijamy się nie tylko z dziewczętami, niemniej, wyznam bez wstydu, ordynarnie – otóż tylko na dziewczyny zwracam uwagę. O siódmej przeszywają mnie ich zapachy, zapachy ich perfum, niektóre rozpoznaję, co nie znaczy, rzecz jasna, że potrafiłbym je nazwać, nie, na pewno nie, ale – rozpoznaję. A także, skoro już przy zapachach, dwóch stałych starców kroczy tymi alejkami, osiedlami, gdzie ja o siódmej rano w październiku, mija mnie lub ja ich, gdziekolwiek by szli lub dokądkolwiek by nie szli, rozpoznaję tych starców i ich zapach rozpoznaję, ów wydobywający się z porów na gładkich, zupełnie jakby nie ich policzkach zapach – to Przemysławka bądź jej następca, Brutal, dobrze mi się kojarzą, z minionym. Zatem zapachy, perfumy, dziewczyny i staruszkowie, a uwagę przykuwają ponadto – ciepły jest październik – okna, gdzieniegdzie pootwierane, z których wydziera się zapach gotowanej o poranku, zamglonym i dusznym poranku, zapach zupy ogórkowej – i tak te zapachy się mieszają w październiku, o którym myślę kategoriami poświęconymi kwietniowi, o siódmej rano.

W takie dni przychodzi od czasu do czasu pooddychać smutkiem, doświadczyć tego smutku, którego, to pewne, nie sposób odrzucić, strząsnąć, wypluć, niczym porannej flegmy zalegającej w gardle doświadczonego palacza, niepodobna się go pozbyć, umknąć. Po smutku, niczym cień bez światła, niczym uśmiech bez radości, po smutku nadchodzi, kroczy za nim, towarzyszy mu, niech będzie, że immanentnie w taki czas – strach nadchodzi. Swoiste novum stanowi miejsce, gdzie strach dokonuje upostaciowania – oto zielony prostokąt murawy, oto przestrzeń pomiędzy dwoma bramkami. Zgroza mnie ogarnia, gdy konstatuję, w jak błyskawicznym tempie znikają z aren piłkarze z mojego rocznika, co uwypukla się zwłaszcza na wielkich turniejach, znikają, owe rodzynki, ewenementy, znikają jak moje poczucie bezpieczeństwa i wiara w nieśmiertelność, czegokolwiek; i zabrzmi jak bluźnierstwo, wiem: epifania nadaremności życia, późno, zdaje się, doświadczona, ale teraz nie po raz pierwszy przecież, bo zdeponowana się tliła, gdzieś te przebłyski już notowałem. Dużo większego kalibru zarzut się uruchamia, gdy umiera ta aktorka, w wieku całkiem do mego zbliżonym, ta aktorka, co kwitła zazwyczaj, gdy wszystko wokół obumierało, jak to – ona także? Ale, w jednym się zgódźmy, to nie śmierć ją zabrała, a raczej nie tylko ona, nie całkiem suwerennie nadeszła, bowiem już za życia ukłuła; nadaremność życia przemawia, zacierając granicę, a teraz ten smutek nic nie znaczy, mimo że w oddechach czerpany, nic nie pomoże teraz, wcześniej i jutro, nigdy. Tak, nic ten smutek nie znaczy, niczego nie ukoi, lecz chyba dobrze, że jest. Zapłaczemy jeszcze, nie raz i nie dwa, a nasze łzy będą piękne, piękne i nadaremne, lśnić będą pięknie i smutno, nadaremnie.

Tlą się jeszcze zapomniane latarnie, bladą poświatą lekko się odróżniają od tej wszechobecnej szarości października i całkiem udanie komponują się z tym smutkiem; która to już – ósma, dziewiąta? Są jeszcze takie miejsca, takie miasta, a głównie takie mosty, gdzie mrok, ciemności zaledwie nieco rozrzedzają latarnie gazowe i jest wyznaczony człowiek, być może wypada go tytułować latarnikiem, który je gasi, wcześniej zapala, to chyba dobre miejsca. Wszak nie tu, tu wystarczy jeden przycisk, by to wszystko kontrolować, lecz osiedlowe alejki wciąż nękane są zapomnianym lichym światłem, mimo że to już ósma, dziewiąta może, w październiku.

Która to już – ósma, dziewiąta? Smutek wciąż nie odpuszcza, trudno się z nim rozstać i chyba nie sposób, chyba nie warto. Dziewiąta, blisko dziewiątej; trzeba iść.

Advertisements

§ One Response to Zapach perfum, zupy ogórkowej i śmierci

  • Wtem! | 3ucho pisze:

    […] śmiechu mi nie jest, nie, na pewno, a więc rezygnując z tej nadbudowy, nadaremnej, że się do wzmianki o nadaremności odwołam, rzecz drugorzędna, i wracając do rzeczy, powiedziałbym, wszak nie powiem, więc […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

What’s this?

You are currently reading Zapach perfum, zupy ogórkowej i śmierci at Kasprowicz.

meta

%d blogerów lubi to: