Jerzy Termos nie zostanie pisarzem

8 października 2013 § 1 komentarz

– Pan nigdy nie zostanie pisarzem – mówi Mandżurewicz, a słowa jakby w zwolnionym tempie wydostają się z jego popękanych, spieczonych ust. Jerzy Termos siedzi prosto na surowym krześle i z każdą sekundą wyraźniej rozumie ich – tych słów – znaczenie. Nastaje cisza. Termos ma wrażenie, że wygłoszony przez Mandżurewicza wyrok wisi nad nimi (bardziej nad nim) w zatęchłym powietrzu niewietrzonego, obskurnego pokoju numer 35 w siedzibie Wydawnictwa Opus Magnum. Patrzy na twarz Mandżurewicza. Jerzyk konstatuje, że nigdy dotąd nie widział facjaty tak nalanej, rozległej i przytłaczającej. Małe oczka świdrują, wkręcają się niemal w Jerzyka, czuje ich bolesną aktywność, kontrastującą z apatią czoła i przepastnych policzków. Brunatno-czerwone wypryski na skórze nabierają niepokojącego blasku w słonecznych promieniach, z coraz większą śmiałością wkradających się do pokoju przez pełne tłustych plam i ptasich odchodów niedomknięte okno. Jerzy Termos zaczyna się bać.

– Przejrzałem pana maszynopisy – kontynuuje tymczasem Mandżurewicz. – Pan myślisz, że miałem na to ochotę? Celowo powiedziałem: przejrzałem, bo czytać tego się nie da. Te wypociny to możesz pan skierować do nastoletnich panienek i ich pisemek. Chociaż i tam nie, bo one teraz wolą o cipkach bardziej poczytać i pooglądać, a nie o cukrowatych walentynkach, coś je pan wysmażył, ha, ha, ha.

Chwyta się za brzuch, a jego twarz jakby ożywa, nabiera impetu, rozkręca się z każdym kolejnym spazmem śmiechu. Policzki zaczynają tańczyć, z oczek tryskają łzy radości. Nos drży i już zaczyna lśnić, rozgrzewać się – o, teraz wygląda zupełnie jak ten gadżet, który wkłada sobie nań cyrkowy klaun. Potężny podbródek (właściwie – podbródki) faluje: góra, dół, góra, dół; brakuje tylko, by coś spośród tych fałd wyskoczyło. Mandżurewicz jest zadowolony ze swojego żartu. Cieszy się. Ohyda, myśli Jerzyk, ale tylko tyle, myśleć, znaczy się, może. Stęchlizna, wszechobecna w tym pokoju, zaczyna doskwierać coraz bardziej.

– Czy pan zdajesz sobie sprawę, jak cenny jest mój czas? Czy pan pomyślałeś choć przez chwilę, nim do mnie przyszedłeś? Czy pan wiesz, z kim rozmawiasz? – niedobrze, myśli Jerzyk, facet nakręca się, wesołość przeistacza się z wolna w rozsierdzenie. Niedobrze, zaraz wybuchnie. Termos – nie wiedzieć czemu akurat w tym momencie – zauważa, że korpusik pana Władeczka Mandżurewicza wydaje się zbyteczny, jest li tylko nędznym dodatkiem (nawet nie uzupełnieniem) do baloniastej czaszki. Głowa, głowa, głowa, a potem długo, długo nic. Łeb jak dynia, Halloween jakieś, czy coś; skojarzenia same nachodzą Jerzyka. Po przeciwnej stronie stołu, równie surowego, co krzesła, radosna ruchliwość Mandżurewicza zaczyna przeradzać się w ruchliwość niespokojną, gestykulację wściekłości. Na twarz Jerzyk obawia się już spoglądać, opuszcza oczy.

– Panie, wiesz pan, kto ja jestem!? Władysław Mandżurewicz! Man-dżu-re-wicz! Pan żeś jeszcze w gacie robił, jak ja piłem wódeczkę ze Staszkiem Woźnicą i Edkiem Czarpurkiem! Czy pan słyszałeś kiedyś o nich? A gdzież tam, pan to w ogóle niczego chyba nie słyszałeś. Tak sobie myślę, że biedny Stasiu teraz by się w grobie na Powązkach przewracał, gdyby zobaczył, z czym tu pan do mnie przylazłeś, z jaką szmirą obsraną. Panie, ja panu dobrze i gratisowo poradzę, choć już i tak kupę czasu przez pana zmarnowałem. Weź się, człowieku, za jakąś normalną robotę, idź gdzieś się zabaw, ale nie zawracaj pan swoim bełkotem głowy uczciwym ludziom.

A jednak, jednak mam jeszcze nad nim minimalną przewagę, stłamszony Jerzyk chwyta się ostatniej deski ratunku, niczym ten tonący łapie brzytwę. O, tak, mam go, tego chama, czym jeszcze zaskoczyć. Już, już, ma się przełamać i pisnąć coś w odpowiedzi, w obronie, bo że przemówi donośnie, w to Jerzyk nie wierzy – nazbyt zna siebie. Ale i ta koncepcja upada. O Boże, Jerzy słyszy Mandżurewicza i zaczyna doń docierać niezbicie, że od trzydziestu minut obcuje z jasnowidzem. Pan Władeczek bowiem jakby czyta w jego myślach.

– I co, pewnie teraz pan w rozpaczy swojej kombinujesz, że te tłumaczenia zostają, he? To ja panu powiem – ze dwie powiastki tych nędznych makaroniarzy, coś je pan niby potłumaczył, sobie poczytałem, a co. Pana nieszczęście, żem znał je wcześniej w przekładzie sprzed lat dwudziestu. Znasz pan tę kapitalną dykteryjkę o tłumaczeniach, że odpowiem w taki sposób? Nie znasz? To ją panu powiem. Wiedz pan, że z tłumaczeniami jest jak z kobitami – te piękne nie są wierne, zaś te wierne nie są piękne. Pan jesteś wierny jak pies, ha, ha, ha.

Mandżurewicz znów odpływa w radość. Gdy Jerzyk opuszcza pokój nr 35 i gdy potem znajduje się na korytarzu, wśród odrapanych ścian, zwiędłych kwiatów w zbutwiałych doniczkach, gdy mija kolejnych interesantów, wtopiwszy się w zwykłe popołudnie najzwyklejszego dnia, wciąż słyszy rubaszny rechot pana Władeczka.

Aleksandr Rodczenko

[z archiwum polskiego jazzu, 2009]

/fot.Aleksandr Rodczenko/

Advertisements

§ One Response to Jerzy Termos nie zostanie pisarzem

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

What’s this?

You are currently reading Jerzy Termos nie zostanie pisarzem at Kasprowicz.

meta

%d blogerów lubi to: